Kiedy w początku lat 50. XX wieku prof. Antoni Dziatkowiak, jedyny dzisiaj naoczny świadek i uczestnik tworzenia zrębów polskiej kardiochirurgii, zaczynał swoją przygodę z kardiochirurgią, w Europie nie było jeszcze tej specjalności. Aż trudno uwierzyć, że zaledwie 50 lat później, odchodząc w 2001 roku na emeryturę, miał na swoim koncie ponad 30 tys. zoperowanych pacjentów, którym przywrócił zdrowie, i 500, którym dzięki transplantacji serca ofiarował nowe życie, a Instytut Kardiologii
Collegium Medicum UJ w Krakowskim Szpitalu Specjalistycznym im. Jana Pawła II i Klinika Chirurgii Serca, Naczyń i Transplantologii, którymi kierował ponad 20 lat, był wówczas wiodącym ośrodkiem leczenia chorób serca w Polsce.
∗∗∗
Antoni Dziatkowiak urodził się w 1931 roku w Rogaczewie Wielkim w Wielkopolsce, gdzie jego ojciec był zarządcą folwarku potomków gen. Dezyderego Chłapowskiego z Turwi, a dziadek Michał był włodarzem w majątku w Brodnicy Śremskiej u hrabiego Andrzeja Mańkowskiego.
– Wśród moich przodków żadnych tradycji inteligenckich nie było. Wywodzę się z chłopów pańszczyźnianych i jestem z tego dumny! – mówi prof. Dziatkowiak.
Jak to się stało, że został lekarzem? Co wpłynęło na to w odpowiednich momentach? Pierwszy taki odpowiedni moment nastąpił, gdy podczas kryzysu w 1933 roku i po utracie pracy przez ojca rodzina za chlebem przeprowadziła się do Mosiny pod Poznaniem.
– Potem był 1945 rok. Miałem 14 lat i był to akurat czas na zrobienie małej matury. Ale o tym mogłem tylko marzyć. Na szczęście burmistrz Mosiny uznał, że niebezpiecznie byłoby posyłać swoje urocze córki do szkół w Poznaniu, bo jeszcze wtedy były powojenne niepokoje, i utworzył w naszym miasteczku miejskie gimnazjum koedukacyjne – śmieje się. – Gdyby nie ta przypadkowa okazja, najprawdopodobniej nigdy bym do gimnazjum nie poszedł. Bardziej niż wykształcenie interesowały mnie las, konie, psy i koty. Gdy oprawiałem koźlę, skórowałem królika, by nie umrzeć z głodu, mama narzekała, że to tak długo trwa. A ja oglądałem szczegóły budowy narządów wewnętrznych, zwłaszcza interesowała mnie architektura serca. Nie myślałem wówczas, że pójdę kiedyś na medycynę. Fascynowała mnie przyroda, biologia, tak samo jak lekkoatletyka, boks, które uprawiałem później w gimnazjum i w liceum.
Tę fascynację przyrodą dostrzegł jego wychowawca w gimnazjum prof. Witold Feigel (ryc. 1).I wywróżył, że jego uczeń będzie lekarzem.
Drugi odpowiedni moment nastąpił dwa lata później. W 1948 roku zamknięto gimnazjum w Mosinie jako zbyt reakcyjne. Wówczas Antosiem i jego starszym o rok bratem Józefem (obaj uczyli się w jednej klasie) zajął się ten sam wychowawca. Zawiózł chłopców do Poznania i umieścił w najlepszej tamtejszej szkole, w Gimnazjum i Liceum im. Karola Marcinkowskiego.
W końcu trzeci odpowiedni moment przyszedł tuż przed maturą w 1951 roku. Dyrektor liceum Mieczysław Prażmowski oznajmił, że dla chętnych do dalszej nauki możliwe są bezpłatne studia w ramach wymiany studentów pomiędzy tzw. krajami demokracji ludowej. Najbliżej, bo w Czechosłowacji, na Uniwersytecie Karola w Pradze można było zapisać się na studia medyczne. – Takie były warunki, a oferta zachęcająca – mówi prof. Dziatkowiak.
∗∗∗
Medyczne studia zaczął na Uniwersytecie Karola w Pradze, na Wydziale Lekarskim w Pilźnie. Gdy na II roku Czechosłowacy zerwali umowę o wymianie studentów, wrócił do Polski, ale już nie sam. W Pilźnie poznał warszawiankę Hankę Woch, koleżankę z roku, w której się zakochał (ryc. 2).
Ryc. 2. Na pierwszym roku medycyny w Pilźnie Hanna Woch i Antoni Dziatkowiak w „pitevnie” ćwiczą anatomię prawidłową w prosektorium.
Ryc. 3. Zaczęło się w 1953 roku w Warszawie w kościele pw. św. Jakuba na placu Narutowicza.
Ryc. 4. …i niezmiennie trwa nadal w Krakowie już 62 lata.
Pod koniec II roku studiów, już w Polsce, w Poznaniu, w 1952 roku student Dziatkowiak zapisał się do koła naukowego przy Oddziale Chirurgii Torakalnej Szpitala Miejskiego im. Józefa Strusia. Ordynatorem był tam młody dr Jan Witold Moll (ryc. 5).
– Żona bardzo mi to odradzała z obawy przed gruźlicą, bowiem operowano tam głównie chorych z gruźlicą jamistą płuc, więc prątki Kocha fruwały w powietrzu. Nie zniechęciłem się, tym bardziej że mój mentor dopuszczał mnie, studenta medycyny, do asysty przy dużych operacjach na klatce piersiowej. To mi się bardzo podobało i dawało handicap na przyszłość. Gruźlicą się nie zaraziłem, ale pasją do chirurgii na pewno – wspomina prof. Dziatkowiak. – Tak się zaczęła moja współpraca, a potem przyjaźń z Janem Mollem.
Już wtedy dr Moll wykonywał u dzieci pierwsze operacje wad wrodzonych serca w głębokiej hipotermii bez pełnego krążenia pozaustrojowego, bo takiego sztucznego płucoserca jeszcze w Polsce nie było.
„Dla mnie szokującymi były pierwsze operacje na bijącym sercu. Perikardiektomia, czyli zdjęcie z serca dławiącej łupy włóknisto-wapniowej wraz z workiem osierdziowym, dalej tzw. komisurotomia mitralna palcem włożonym do lewego przedsionka czy aortalna – metalowym rozwieraczem Tubbsa włożonym przez koniuszek serca do ujścia aortalnego, czy do ujścia tętnicy płucnej przez koniuszek prawej komory bijącego serca były brutalną interwencją i ingerencją w piękny, miarowy rytm serca. Truchlałem ze strachu, że serce tego nie wytrzyma i przestanie bić” – napisał w książce pt. „Serce i skalpel. Fascynacje i wspomnienia kardiochirurga”.
W początkach lat 50. diagnostyką i leczeniem chorób serca zajmowali się interniści, a leczeniem inwazyjnym próbowali chirurdzy.
Jedynym wówczas sposobem operowania wrodzonych wad serca było wprowadzenie pacjenta w stan średniej hipotermii. Znieczulano go, intubowano do sztucznego oddychania i nagiego wkładano do wanny z zimną wodą, dorzucając lodu. Gdy ciało pacjenta osiągnęło temperaturę 32°C, przekładano go na stół operacyjny, otwierano klatkę piersiową i odsłaniano serce. Na zaszycie otworu w przegrodzie międzyprzedsionkowej chirurg miał 3 do 4 minut. Pośpiech był konieczny, bo wiadomo było, że dalsze obniżanie temperatury ciała poniżej 28°C może doprowadzić do migotania komór, a dłuższe zatrzymanie tłoczenia krwi do mózgu może spowodować nieodwracalne uszkodzenia. Oczywiście takie błyskawiczne zabiegi były przeprowadzane przy naprawianiu tylko drobnych usterek, na częściowo otwartym, bijącym sercu. Po zamknięciu klatki piersiowej podnoszono temperaturę ciała nadmuchem ciepłego powietrza z fryzjerskich suszarek, okładając pacjenta kocami i termoforami.
Znacznie bezpieczniej było wprowadzić pacjenta w głęboką hipotermię, czyli obniżyć temperaturę ciała do 10-12°C. W takiej temperaturze nie ma w organizmie przemiany materii i nie grozi uszkodzenie mózgu. Czynność serca można bezpiecznie zatrzymać nawet na godzinę. Operacje w głębokiej hipotermii przeprowadzano jednak dopiero, gdy skonstruowano wymiennik ciepła do szybkiego schładzania i ogrzewania krwi i wprowadzono sztuczne krążenie pozaustrojowe.
– Na początku wszystko szło podobnie: pacjenta głęboko usypialiśmy, wkładaliśmy do wanny z lodowatą wodą, a gdy temperatura ciała dochodziła do 29°C, czyli w pobliże granicy klinicznej przeżywalności, wyjmowaliśmy go z wanny, układaliśmy na stole operacyjnym i wtedy podłączaliśmy krążenie pozaustrojowe z wymiennikiem ciepła, za pomocą którego dalej ochładzano ciało do temp. 12°C. Po operacji pacjent był ogrzewany już nie grzałkami i kocami, ale podgrzaną własną krwią, krążącą przez pompę i wymiennik ciepła – opowiada prof. Dziatkowiak. – Pierwszy raz oglądałem taką operację na III roku medycyny. Zafascynowała mnie, choć widok trupiobladego ciała, chłodzonego w lodowatej wodzie, budził przerażenie.
Dzięki doc. Mollowi w 1953 roku Dziatkowiak trafił do Zakładu Chirurgii Operacyjnej i Doświadczalnej AM w Poznaniu, kierowanego przez prof. Jana Krotowskiego.
– Tam zobaczyłem pierwszy aparat do krążenia pozaustrojowego pomysłu prof. Krotowskiego, wielkości potężnego kuchennego stołu – wspomina. – Jako zbyt skomplikowany nigdy nie wszedł do użytku, ale otwierał możliwości badań doświadczalnych.
∗∗∗
Na III roku medycyny Dziatkowiak miał szansę dołączyć do grupy pasjonatów tworzenia urządzeń potrzebnych w kardiochirurgii – do zespołu inżynierów narzędziowni z Zakładów im. Józefa Stalina Przemysłu Okrętowego, dziś Hipolita Cegielskiego. Franciszek Płużek i Stanisław Szymkowiak pod kierunkiem doc. Jana Molla pracowali nad skonstruowaniem wymiennika ciepła do szybkiego schładzania i ogrzewania krwi pacjenta, operowanego w głębokiej hipotermii. Ten pierwszy wymiennik ciepła opatentowano jako MPS – od pierwszych liter nazwisk wynalazców. Na jego podstawie w 1958 roku Zakłady Cegielskiego wyprodukowały model kliniczny do krążenia pozaustrojowego z wymiennikiem ciepła pod nazwą MPS-1. Później skonstruowano spieniający utleniacz krwi – oksygenator MPD-3. Litera „D” pochodziła od nazwiska studenta Dziatkowiaka, który brał udział w tych badaniach (ryc. 6).
Ryc. 6. Sztuczne płuco – utleniacz spieniający krwi MPD-3.
– Tamto sztuczne płuco, oksygenator, to była rura ze stali kwasoodpornej o średnicy 4 cm, wysokości ok. 70 cm z dwoma wlotami u dołu: jednym wpływała krew żylna od pacjenta, czyli bogata w dwutlenek węgla, uboga w tlen; drugim wlotem z butli przez reduktor podawano tlen. Rura umieszczona była w szklanym cylindrze o średnicy 15 cm i wysokości 40 cm. Pod wpływem tłoczonego tlenu krew się pieniła, co znaczyło, że się utlenowuje. OK. Ale piany, która gromadziła się u góry urządzenia, nie można było podać do ustroju pacjenta! – wspomina profesor. – Jak ją zgasić? Zastosowaliśmy nylonowe czyściki kuchenne. Nad wylotem kolumny układaliśmy kłębek z pięciu gąbek, jedna obok drugiej, nastrzykniętych silikonem, który obniżał napięcie powierzchniowe pęcherzyków piany i stanowił odpieniacz. Po ściankach spływała już żywoczerwona krew, bogata w tlen.
∗∗∗
W 1956 roku Antoni Dziatkowiak i jego młoda żona Hanna uzyskali dyplomy lekarza medycyny. Antoni Dziatkowiak zaczął praktykę na II Oddziale Chirurgicznym Szpitala J. Strusia.
– Początki były prawdziwym poligonem. Tuż po wojnie był dotkliwy niedobór lekarzy, zwłaszcza chirurgów, więc lekarz izby przyjęć wykonywał czynności internisty, chirurga, pediatry, okulisty, laryngologa i urologa. Dzisiaj włos jeży mi się na siwej głowie, gdy wspominam tamte czasy – uśmiecha się prof. Dziatkowiak. – Dziś bym się nie odważył na niektóre czynności, wykonywane wówczas na ostrym dyżurze. Którejś nocy przyprowadzili mi do szpitalnej izby przyjęć (karetki pogotowia były tylko dla nieprzytomnych i obłożnie chorych) mężczyznę z szeroko otwartymi ustami, wykrzywioną szczęką i ślinotokiem, bo na treningu bokserskim kolega wymierzył mu za mocny cios. Żuchwa wypadła ze stawu, dlatego nie mógł zamknąć ust. Trzeba było działać. Niewiele myśląc, odruchowo, jak dawniej na ringu, przez jego mokry ręcznik frotté uderzyłem go prawym sierpowym od lewej strony – i prawe ramię żuchwy wskoczyło na swoje miejsce. Dziś by mnie pozwał do sądu, ale wtedy wylewnie mi dziękował.
W 1964 roku dzięki pomocy prof. Molla wyjechał na kardiochirurgiczne stypendium do Houston w USA. Po powrocie nie mógł sobie znaleźć miejsca.
– Tam w Teksasie operowało się 20, 30 serc dziennie, w Polsce jedno miesięcznie. Więc gdy prof. Moll zaproponował mi przejście do Kliniki Chirurgicznej w Łodzi, gdzie już od 1959 roku był szefem, zgodziłem się natychmiast – opowiada.
Ryc. 7. 1972 rok. Jubileusz 60-lecia urodzin prof. Jana Molla w Łodzi – świeczki zdmuchują od lewej: doc. Kazimierz Rybiński, prof. Jan Moll, doc. Antoni Dziatkowiak i dr Marek Edelman.
Ryc. 8. „Rozwód” z Akademią Medyczną w Łodzi – uroczyste pożegnanie doc. Dziatkowiaka udającego się na kierownicze stanowisko do Krakowa. Otrzymuje zdjęcie swojego Nauczyciela i Mistrza, prof. Jana Molla z ciepłą dedykacją.
Tymczasem 7 grudnia 1967 roku w Kapsztadzie Christiaan Barnard, jako pierwszy na świecie, przeszczepił serce człowiekowi. Mimo że pacjent wkrótce zmarł, był to w medycynie krok na miarę lotów kosmicznych.
– My w Łodzi przez dwa lata też się do tego przygotowywaliśmy. Mieliśmy przemycane piśmiennictwo zachodnie, wiedzieliśmy, że przeszczepy w ramach jednego gatunku są realne. Ćwiczyliśmy na psach, a technikę na zwłokach ludzkich – opowiada Dziatkowiak. – Podczas ferii zimowych w 1968 roku dostałem telefon, żeby wracać, bo jest dawca, a prokuratura wyraziła zgodę na pobranie bijącego serca.
4 stycznia 1969 roku, rok i miesiąc po prekursorskim przeszczepie w Kapsztadzie, łódzki zespół przystąpił do transplantacji serca.
– Napięcie było ogromne, ale organizacja sprawna, zgodna z wielokrotnie przećwiczonym schematem. Po wycięciu chorego serca, wszyciu zdrowego od dawcy i napełnieniu go krwią, ciepłą i bogatą w tlen, przeszczepione serce zaczęło bić pięknym własnym rytmem – wspomina profesor. – Wpadliśmy w euforię. Chciało się ze szczęścia zatańczyć. Ale wówczas nie wiedzieliśmy, i nikt na świecie nie wiedział, że nadciśnienie płucne u biorcy jest przeciwwskazaniem do przeszczepu. Po licznych próbach wspomagania krążenia serce przestało bić.
Prokuratura umorzyła sprawę, jednak prof. Moll do swojej śmierci w 1990 roku nie wykonał żadnego innego przeszczepu. Prof. Rybiński, też biorący udział w zabiegu, zajął się chirurgią endokrynologiczną. Tylko Dziatkowiak wytrwał (ryc. 7).
W 1979 roku przyjechał do Krakowa (ryc. 8). W Instytucie Kardiologii CM UJ przygotowywał zespół do chirurgicznego leczenia wrodzonych i nabytych wad serca oraz tętniaków aorty piersiowej. Planując przeszczepy, szkolił zespół tak, by uzyskiwał on dobre wyniki w co najmniej tysiącu operacji na otwartym sercu rocznie.
– Prof. Moll, od 1983 roku na emeryturze, często odwiedzał nas w Krakowie. Dokładnie rok przed śmiercią mój wielki Nauczyciel i Mistrz napisał do mnie piękny list, który zakończył słowami: „przepracowaliśmy razem kawał trudnego lecz pięknego życia, za co jestem Tobie bardzo zobowiązany… Twój Jan Moll”. Traktuję ten list jak relikwię: oprawiony w złotą ramę wisi obok Jego portretu, na honorowym miejscu w moim gabinecie.
∗∗∗
W 1985 roku w Zabrzu doc. Zbigniew Religa dokonał przeszczepu serca – pierwszego po Mollu.
– Gdy tylko dotarła do mnie wiadomość, że Zbyszek przeszczepił serce, natychmiast do niego zadzwoniłem z gratulacjami i zaoferowałem pomoc na wypadek napaści mediów; miałem przecież w tym zagadnieniu doświadczenie! – wspomina prof. Dziatkowiak.
Prof. Dziatkowiak pierwsze serce przeszczepił w Krakowie trzy lata później – 21 października 1988 roku (ryc. 9). Jego pierwszy pacjent z Poznania żył 13 lat, zmarł z powodu innej choroby.
Do 2001 roku, kiedy Dziatkowiak, mając 70 lat, przeszedł na emeryturę, w Krakowie przeszczepiono ponad 500 serc. Średnia przeżycia pacjentów z nowym sercem sięga 20 lat. Dopiero dziś, z perspektywy lat widać, jaki ogromny był to wysiłek całego zespołu.
Czy miał dylematy moralne?
– Oczywiście, że tak. Wiele razy zastanawiałem się, kto kardiochirurgów upoważnił do naprawiania Natury. Wyjmujemy zniszczone chorobą serce i wstawiamy nowe, jak silnik w serwisie samochodowym. Czyż nie jest to wyraz rzemieślniczej pychy i arogancji? Największe dylematy miałem jednak w momencie konieczności wyboru chorego spośród kilkunastu równo kwalifikujących się biorców. Komu dać jedyne tej nocy serce? Czy starszemu panu, który już ledwo dyszy, czy 30-letniemu ojcu gromadki dzieci, profesorowi uniwersytetu, bezdomnemu? To były bardzo trudne decyzje, przy podejmowaniu których nikt z ziemskich autorytetów nie mógł mi pomóc – mówi.
Prof. Dziatkowiak dziś mieszka w willowej dzielnicy Krakowa wraz z żoną Hanną, córką Wandą, zięciem Jackiem, wnuczką Madzią i jej mężem Aleksandrem oraz prawnuczką Zojką, która przyszła na świat w czerwcu br.
– Jest ona nagrodą i darem, jakim Los i Natura wynagradza nas, pradziadków, za trud i nieprzespane noce w szpitalach w Poznaniu, Łodzi i w Krakowie. Mamy satysfakcję i dumni jesteśmy z córek, zięciów oraz wnuków. Dziękujemy im, że są tu z nami w kraju, a nie gdzieś tam na saksach, że pomnażają wspólny krajowy dorobek w medycynie, wszyscy bowiem są lekarzami.
Następny artykuł: