Wszystko zaczyna się obracać coraz wolniej, bo słońce, bo urlop (kazali wziąć chociaż zaległy), bo trzeba pobyć z dziećmi, żeby się dowiedzieć, że partnerskie wychowanie sprawdza się jedynie w podręcznikach.
W tym spowolnionym tempie tylko ochrona zdrowia jakby budziła się z czegoś, co nazwałabym
syndromem oczarowania. Ale aby dać się zaczarować, trzeba najpierw dać się odczarować. Iluż to ministrów zdrowia już pożegnaliśmy z ulgą! Ich odejście stawało się wartością samą w sobie, skracało kolejki, podwyższało pensje, finansowało najdroższe terapie. Dzień dymisji rozjaśniał szpitalne korytarze, powtarzano słowa „dialog”, „szacunek”, „finanse”. Jeszcze tylko kilka memów (to pewna nowość) lub wnikliwych analiz, które tak z lotu ptaka dostrzegały skupiska zła, że się dziwiłam, iż autor nie został jeszcze ministrem zdrowia. I nadchodził ten nowy, pełen pomysłów i troski, że tak się wszystko sypie.
Odczarowani popadamy w oczarowanie. Obecnie ministrem Łukaszem Szumowskim. A co może zrobić on sam? Nie dać sobie wmówić, że stąpa po pięknej tafli, bo po bliższym przyjrzeniu się widać rysy (ileż to upadków rozpoczęło się od czarnych protestów), nie uważać, że młodzi są zbyt kulturalni, by znowu zacząć strajkować, jeśli przytakiwaczy jest więcej niż krytyków, zaniepokoić się, nie ufać barokowym debatom.
Lato minie, a obywatele jesienią rozliczają chętniej.
Następny artykuł:
Właściciel lokalu zajął przychodnię, w tym dokumentację medyczną