Ciężkie było to lato dla pacjentów.

„Niekończący się upał”, „Sahara”, „burze”, „skoki ciśnienia”, „duszno”, „za mało piję, wiem o tym”, „nawet w nocy nie było czym oddychać” – to z poczekalni mokotowskiej przychodni. – Teraz jakby chłodniej, ale gdzieś tam, w człowieku upał siedzi – wzdycha

pacjentka z piętnastym numerkiem.

Z urlopów, z działki, z ławeczki pod domem wrócili pacjenci. Jaki wpływ na ich organizm miało to megagorące lato? Jak zdemontowało lub zdemolowało ten zadowalający stan zdrowia naszych pacjentów, który mozolnie stworzyliśmy?

Wielu z nich nie potrafiło dbać o siebie w tak ekstremalnych warunkach. Trudno było im zrozumieć, że naprawdę pić wodę trzeba często i dużo. Że czerstwy staruszek nie musi być opalony na heban, a jeść należy lżej, częściej i mniej oraz bez schabowych. W kolejce w mokotowskiej przychodni pacjenci wymieniają się refleksjami na temat swojego stanu zdrowia.

Ziemia wysuszona, zieleń zgaszona, karetki jeżdżą częściej. Nasze organizmy nie nadążają za zmianami klimatu. My sami również. Nawet jeśli pacjent nie zrobił sobie tak popularnych wakacji od leków, to i tak dość był bezradny w tej sytuacji.

A sami lekarze? Jeden z moich znajomych (chirurg!) nadużył sportów ekstremalnych – tak go oszołomił czar tego lata, że deskę surfingową pomylił z paralotnią. Inny zapomniał, że pogoda w górach zmienia się błyskawicznie.

Jeśli chcesz zmieniać świat, zacznij od siebie. To z Korczaka, ale do zdrowia pasuje.

Następny artykuł:

Kolejne prywatne studia medyczne