MT: Jak to się stało, że gdy medycyna tak wiele potrafi, nastąpił renesans teorii pseudomedycznych?


Dr hab. Marcin Napiórkowski:
Apetyt rośnie w miarę jedzenia. Medycyna ma dziś dużo większe możliwości, ale i nasze oczekiwania są znacznie większe niż ludzi żyjących np. w XIX wieku. Już samo doczekanie starości było dla nich powodem do zadowolenia, w związku z czym narzekanie na niemoc medycyny w ogóle nie mieściło się w horyzoncie ówczesnych wyobrażeń. Tym bardziej że wielu z nich przez całe

swoje życie nie miało nawet szansy spotkać prawdziwego lekarza, a co najwyżej felczera albo kowala wyrywającego zęby.

Zmiana nastąpiła na przełomie XIX i XX wieku, kiedy niemal na całym świecie zaczął dominować system ekspercki oparty na uniwersytetach. W ciągu kolejnych dziesięcioleci wyparł on na dobre zabobon i ciemnotę. A przynajmniej tak nam się wydawało. Paradoksalnie początkowo sojusznikiem uniwersytetu były media, tworząc to, co w nauce o komunikacji nazywamy progiem wejścia. O medycynie mogli się wypowiadać tylko eksperci, za którymi stał autorytet uczelni, kliniki lub prestiżowego wydawnictwa naukowego. Tu jednak pojawia się kolejny zwrot akcji. Internet zaburzył tę logikę, usuwając próg wejścia i radykalnie demokratyzując przestrzeń dyskusji.


MT: Internet sprzyja rozpowszechnianiu antynaukowych, szkodliwych teorii. Może w końcu trzeba pomyśleć o jakiejś formie jego cenzury?


M.N.:
Wydaje nam się, że internet ma swoje lata. A to przecież stosunkowo nowy wynalazek. Na przykład YouTube czy Facebook istnieją dopiero od 2005 i 2004 roku. Myślę, że zwyczajnie potrzeba czasu, by ludzie się nauczyli, jak odróżniać w sieci wartościowe treści. Natomiast cenzura zawsze jest przeciwskuteczna. Choćby dlatego, że tożsamość męczennika, którą przybraliby wówczas pseudomedyczni guru, może zadziałać niczym magnes na kolejnych wyznawców.


MT: Dlaczego ludzie wierzą w pseudomedyczne bzdury?


M.N.:
Problem kryje się w mitach, które w obszarze medycyny traktujemy jako coś nieprawdziwego. Tymczasem z punktu widzenia semiotyki kultury kryterium prawdziwości w przypadku mitów nie ma znaczenia. Mity definiujemy tu jako opowieści, które wyjaśniają świat i nadają życiu sens. Na tym polu współczesna medycyna zawodzi.


MT: Nie mamy dobrych mitów?


M.N.:
Otóż to. Świat nowoczesnej nauki i medycyny jawi się jako skomplikowany, obcy, bezduszny. Z punktu widzenia pacjenta terapia jest często czymś niezrozumiałym, pozbawionym sensu i ludzkiego wymiaru. I tu pseudomedycyna wygrywa z nauką. Pseudomedycy mówią pacjentowi: interesuję się całym tobą, a nie tylko twoją nerką czy sercem. Jeśli przychodzisz do mnie z problemami żołądkowymi, to spytam cię jeszcze o relacje z matką albo czy nie bolą cię stopy.

Pseudomedycyna jest trochę jak Doppelgänger – mityczny/zły sobowtór. Jest cieniem medycyny, w związku z czym karmi się wszystkimi jej brakami, błędami i niedociągnięciami. Nie istnieje bez niej. I tym zasadniczo różni się od dawnych praktyk ludowych, które były autonomiczne. Chociaż pseudomedycyna uwielbia podkreślać swoje starożytne korzenie, w rzeczywistości jest stosunkowo nowym wynalazkiem, wtórnym w stosunku do medycyny.

Dobra wiadomość jest taka, że ta relacja może przebiegać też w drugą stronę. Medycyna może się uczyć od pseudomedycyny. Na podobnej zasadzie, jak to się dzieje w bajkach, kiedy jedynym sposobem na pokonanie słabości głównego bohatera jest zmierzenie się z nimi.


MT: Ale czego możemy się nauczyć od pseudomedycyny?


M.N.:
Badania pokazują, że niezwykle ważna jest dla ludzi materializacja tego, co dzieje się z ich zdrowiem. Wiedzieli to uzdrowiciele z Ameryki Południowej, którzy wysysając chorobę z człowieka, zamieniali ją w kłąb krwawych piór. Wiedzą też o tym współcześni szamani sprzedający uzdrawiające gadżety. Tymczasem współczesna medycyna zupełnie nie bierze pod uwagę tej głęboko zakorzenionej ludzkiej potrzeby. W pełni zdałem sobie z tego sprawę podczas wizyty w jednym z wielkich warszawskich szpitali. Zawodowo zajmuję się znakami i symbolami, więc od wejścia odruchowo zacząłem szukać map i planów. Jednak niczego takiego nie znalazłem. To, że pacjent, któremu lekarz mówi: proszę pójść do punktu pobrania krwi, potem na USG i wrócić do mnie za godzinę, nie dostaje do ręki żadnej mapki z zaznaczonymi tymi punktami, jest gigantycznym błędem! W efekcie pacjenci nie tylko gubią się w szpitalu, ale przede wszystkim budują w swoich głowach negatywny obraz medycyny jako labiryntu. Stąd już tylko krok do wpadnięcia w szpony oszustów. Takie mapki-wykresy mogłyby również służyć do tego, by zobrazować pacjentowi przebieg jego terapii. Badania bowiem potwierdzają, że zrozumienie procesu, w którym uczestniczymy, znacznie poprawia współpracę z lekarzem, a także wyniki leczenia.


MT: Wiem, że jest pan zwolennikiem tego, aby lekarze byli na bieżąco z trendami pseudomedycznymi. Dlaczego?


M.N.:
Mało tego, uważam, że przydałby się jakiś magazyn przedrukowujący nowości pseudomedyczne. Dobrze wiedzieć, skąd się wzięły dziwaczne nieraz wyobrażenia, z którymi przychodzą do nas pacjenci. Przytoczę przykład spoza gabinetu lekarskiego. Przed zajęciami ze studentami zawsze zaglądam do Wikipedii. Nie dlatego, że chcę się dokształcić, lecz dlatego, że co bardziej sprytni studenci korzystają z tego źródła. Któregoś razu proszę o podanie przykładu współczesnego zjawiska postmodernistycznego, wstaje pierwsza z brzegu osoba i mówi: „Latający Potwór Spaghetti”. Gdybym nie wiedział, że to pierwszy przykład z hasła „postmodernizm” z Wikipedii, kompletnie bym zdębiał, a tak jestem przygotowany i mówię: „Świetny przykład, mamy zjawisko opierające się na parodii religii, porozmawiajmy o tym”. Mam możliwość zbudowania nici porozumienia, co jest bardzo ważne.


MT: Co jeszcze może zrobić lekarz, by odpowiednio przygotować się na wizytę pacjenta, który bardziej niż jemu wydaje się ufać pseudomedycznemu guru?


M.N.:
Istotne jest, by – jak powtarzają sami naturoterapeuci – leczyć przyczyny, a nie objawy. A więc trzeba zrozumieć, skąd wzięła się nieufna postawa pacjenta. Wtedy nie powiemy mu: „Proszę wyrzucić z domu witaminę C”. Tylko: „Proszę mi zaufać, proponowana przeze mnie terapia może wydawać się drastyczna, ale u 90 proc. pacjentów przynosi świetne efekty, to dużo więcej niż pozostałe terapie”.

Problem polega na tym, że dzisiaj pseudomedycyna jest często pierwszym wyborem pacjenta. Dowiodły tego m.in. badania Johna Astina z 1998 roku. Co ciekawe, decyzja o jej stosowaniu wcale nie wynika z przekonania o skuteczności pseudoterapii. Powodem jest raczej to, że lepiej pasuje do wizji świata i filozofii życia danego człowieka, np. wiary w naturę albo dobrą i złą energię, która z czasem wraca.


MT: Jest też chyba ważnym elementem budowania tożsamości.


M.N.:
To prawda. Sam boleśnie się o tym przekonałem podczas niedawnego zjazdu klasowego. Wszystko było świetnie i wspominaliśmy sobie kartkówki z matematyki, aż w pewnym momencie rozmowa zeszła na szczepienia. Kilka osób odkryło, że podziela radykalnie antyszczepionkowy pogląd. Zaczęły sondować nawzajem swoje postawy, zagłębiając się coraz bardziej w spiskową wizję medycyny. Skończyło się na opowieściach o tym, że przed wynalezieniem kremów z filtrem nie było nowotworów skóry, a zanim pojawiły się pasty do zębów, nikomu nie psuły się zęby itd. Reszta grupy została natychmiast odgrodzona niewidzialnym murem.

Ci ludzie wymieniają się poglądami i doświadczeniami na podobnej zasadzie, jak robią to np. fani książek o Harrym Potterze. Dzięki temu czują się zjednoczeni, ale też ważni i potrzebni. Tutaj znowu wracamy do wynalazku, jakim jest internet, który umożliwił im kontakt i budowanie wspólnoty.


MT: Skomercjalizowanie medycyny, w które wierzą ci ludzie, jest przecież faktem. Podobnie jak długie kolejki do specjalistów. To dodatkowy motyw pchający niezadowolonych pacjentów w ręce uzdrowicieli.


M.N.:
Zgadzam się, że uwikłanie medycyny w interesy ekonomiczne podważa jej wiarygodność. Być może rozwiązaniem byłoby oczyszczenie sfery zdrowia z reklamy, metkowanych i markowych dóbr. Nieprzypadkowo wolne są od nich miejsca pełniące funkcję swego rodzaju sanktuariów, np. kościół, cmentarz czy Sejm. Dlaczego wszystkie leki w aptece nie mogłyby być sprzedawane w identycznych opakowaniach, a jedynie z nazwą marki? Logikę działania sklepu doskonale rozumiemy: polega na tym, że ktoś chce na nas zarobić. Ale szpital to nie sklep. To, że czasem tej czytelnej granicy brakuje, podważa zaufanie do lekarzy i napędza pseudomedycynę.

Oczywiście medycyna też jest zawodem i nie sposób uprawiać jej w oderwaniu od realiów ekonomicznych. Ale tu także potrzebna jest czytelna komunikacja. Dzisiaj składka na ochronę zdrowia wynosi w Polsce kilkaset złotych miesięcznie. Oczekujemy, że za tę sumę powinniśmy mieć dostęp do wszystkich procedur. Tymczasem gdyby Amerykanie się dowiedzieli, że za tak niewielką kwotę mogą dostać tak wiele, nie dalibyśmy sobie rady z napływem imigracji zza oceanu. Kiedy mieszkałem w USA, w naszej parafii zbierano datki na sprowadzenie do pobliskiego stanu Wirginia Zachodnia ruchomego szpitala, jakie działają w państwach ogarniętych wojnami lub podczas klęski żywiołowej. Z powodu wysokiej wyceny procedur medycznych dostęp do ochrony zdrowia jest dla wielu ubogich mieszkańców USA praktycznie niemożliwy. Nie zdajemy sobie sprawy, że w gruncie rzeczy system gospodarowania zasobami jest w naszym kraju dużo bardziej demokratyczny. Przeciwnie – mamy wrażenie, że wszyscy płacimy mnóstwo pieniędzy, a zdrowie jest tylko dla bogaczy.


MT: Czy skutkiem tego jest większa popularność pseudomedycyny za oceanem?


M.N.:
Nie znam badań na ten temat. Wiadomo natomiast, że istnieje korelacja między korzystaniem z pseudomedycyny a wykształceniem i kapitałem. Co ciekawe, częściej sięgają po nią właśnie bogaci biali Amerykanie z dużych miast.


MT: Polskie badania potwierdzają, że osoby z wyższym wykształceniem i z większych aglomeracji rzadziej szczepią swoje dzieci. Z czego to wynika?


M.N.:
Można to tłumaczyć mechanizmem psychologicznym polegającym na tym, że osoby o niskim kapitale społecznym i ekonomicznym częściej mają tendencje do wybierania tzw. opcji domyślnej. Jeśli więc zakładamy, że wszyscy mają się szczepić, oni nie będą tego podważali. To m.in. za badania nad takimi mechanizmami otrzymał nagrodę tegoroczny noblista Richard Thaler.


MT: Jak walczyć z pseudomedycyną? Etyk, prof. Zbigniew Szawarski mówi krótko: „Ludzie nauki nie powinni tolerować głupoty”. Podziela pan tę opinię?


M.N.:
To jest bardzo dobry sposób, ale też duże wyzwanie, np. dla mediów. Dziennikarze łatwo ulegają pokusie tworzenia fałszywej symetrii. Czasami na siłę próbują spojrzeć na każdą sprawę z dwóch stron, a widz lub czytelnik sam musi zdecydować, kto ma rację. Tymczasem nie można tworzyć symetrii tam, gdzie jej nie ma. Rolą mediów, ale też różnych innych instytucji, jest budowanie czytelnej ramy, nienarzucającej poglądów i rozwiązań, lecz jasno pokazującej, kto jakimi kompetencjami dysponuje. Książka pseudomedyczna na wystawie w księgarni naukowej jest skandalem, na który trzeba natychmiast reagować. Podobnie jak pseudomedyczny wykład na uniwersytecie. Takie inicjatywy należy ukrócić, bo wprowadzają w błąd – legitymizują jako naukowe poglądy, które są oparte na wyobraźni, dobrych chęciach albo żądzy zysku. Choć trzeba to robić bardzo ostrożnie, bo akty rzekomej cenzury mogą się stać dodatkowym paliwem dla pseudomedycyny. Ale dzisiaj najważniejszym miejscem walki z nią wcale nie są media ani laboratoria, lecz szkoła.

Zadanie szkoły powinno polegać na pokazywaniu, jak zbudowany jest współczesny gmach wiedzy i że nie ma w nim niekwestionowanych faktów albo jest ich bardzo mało. Ale żeby kwestionować ustalenia nauki, potrzeba lat studiów, eksperymentów, cierpliwości, a nie bezczelności. Szkoła tego nie uczy. Jestem przerażony, kiedy na pierwszych zajęciach spotykam świeżo upieczonych studentów i ci dorośli ludzie kompletnie nie potrafią odróżnić, które źródła informacji w internecie są wiarygodne. Szkoła, przez system lekcji i podręczników, uczy czegoś przeciwnego. Wszystko, co zostało napisane czarną czcionką na białym papierze, jest prawdą i nie należy z tym polemizować. Tymczasem dzisiaj nauka powinna się opierać na tym, jak zdobywać wiedzę i w jaki sposób ją weryfikować. Gdybym miał wymienić jedyną rzecz, którą może zrobić szkoła, by uodpornić ludzi na pseudonaukę, byłoby to wprowadzenie pseudonauki do programu nauczania. Na historii uczniowie studiowaliby teksty negacjonistów holokaustowych, a na fizyce rozwiązywali zadania oparte na twierdzeniach zwolenników płaskiej Ziemi. Tylko w ten sposób młodzi ludzie nauczą się, jak odróżniać prawdę od bzdur. Potrzebni są nam uczniowie dociekliwi, ale rozumiejący mechanizmy nauki. I tacy sami pacjenci.