
Czy w opiece psychiatrycznej w Polsce, w złożonej i realnie trudnej sytuacji, gdy – zrządzeniem możnych i zadufanych, lecz władnych – przychodzi nam często leczyć chorych w warunkach o najniższych standardach, które przydają im zbędnych cierpień, ograniczają skuteczność leczenia i mnożą straty, mamy obowiązek uznawania zgniłych, lecz skutecznie wymuszanych i gwałcących sumienie kompromisów (nazywanych kontraktami, gwarancjami, warunkami, zarządzeniami, rozporządzeniami), czy zachowamy prawo do innych reakcji?
Jak dalece można zajść, zastępując lekarskie sumienie regulacjami stanowionymi przez organy i gremia?
Psychiatria przeszła przez swoją smugę cienia niespełna sto lat temu, gdy określenie „życie niegodne życia” otworzyło sterowanym z zewnątrz psychiatrom niemieckim drogę do współdziałania w planowanej eksterminacji osób niepełnosprawnych i chorych psychicznie. Kilkaset tysięcy osób w samych Niemczech, w Austrii oraz na terenach okupowanych, dla higieny rasowej i oszczędności zagazowanych, zatrutych lub zagłodzonych w ośrodkach „łaskawej śmierci”, albo po prostu rozstrzeliwanych nad bezimiennymi dołami. Przy oklaskach sprzedajnych sędziów, żurnalistów, księgowych i moralistów, w rytm wybijany przez urok panującej ideologii. Wielu twierdzi, że ta zbrodnia długo nie doczekała się w Niemczech prawdziwego napiętnowania ani właściwej kary. Lekarze nadal leczyli, sędziowie orzekali, żurnaliści pisali, księgowi liczyli, a moraliści subtelnie cieniowali poglądy. A ofiary? Milczały, czekając na sprawiedliwych. Pojawili się w końcu, ale jakoś nieliczni i z trudem szukający zrozumienia oraz szacunku dla swych racji i wartości. Postawiono pomniki, napisano książki – ale czy świat dookoła zrozumiał, że nie ma wagi do odważania wartości życia i zdrowia?
Boję się, że współczesne pomieszanie aksjologiczne sprawia, iż słowa ważą jakby jeszcze mniej i jakby łatwiej zmieniać ich znaczenie oraz wartość. Można odbieranie życia nazwać jego terminacją, a nakłanianie do samobójstwa i współudział w nim – asystowaniem. Można zastępować lekarską wrażliwość uzgodnieniami ustawy, rozporządzenia lub choćby eksperckiego standardu, ukrywać dylematy leczenia za koszykiem świadczeń gwarantowanych, a rozterki sumienia znieczulać zapisami kontraktu i warunkami realizacji świadczeń. Polegać raczej na załącznikach do rozporządzeń niż na badaniu sumienia.
Czy dlatego w sytych społeczeństwach narasta przyzwolenie na odsuwanie trudnych wyzwań i eliminowanie niewygodnych cierpień w cień „godnej śmierci”? Czy dlatego groźba nadużyć i sprzeniewierzeń narasta? Czy dlatego można uważać drogę do deprawacji lekarskiego sumienia za otwartą?
Czy dlatego tłum sprzedajnych znów oklaskuje, a upiory ideologii coraz głośniej bębnią?
Następny artykuł: