Wydaje się, że związana z Narodowym Programem Ochrony Zdrowia Psychicznego (NPOZP) reforma opieki psychiatrycznej rozpoczyna się. Rozporządzenie ministra zdrowia dotyczące pilotażu centrów zdrowia psychicznego ogłoszono na początku maja. Projekt zarządzenia prezesa NFZ regulujący techniczne aspekty pilotażu został ogłoszony i jeśli nie sprowadzi jakichś dramatycznie krytycznych uwag, pewnie

za kilka dni otworzy ostatnie już drzwi do jego realizacji. Centra – ze względu na swe cechy organizacyjne i sposób finansowania – staną się systemowym rozwiązaniem dla podstawowej opieki psychiatrycznej, oby szybko upowszechnionym. Ramy ich działania mają zapewnić chorym blisko i łatwo dostępną kompleksową pomoc, o możliwie dobrym i dostosowanym do potrzeb standardzie. Szpitale psychiatryczne powoli uwolnią się od swych ponurych konotacji, stając się ważnym narzędziem pomocy, nie zaś miejscem zsyłki. Przestaniemy zabiegać o sprzedaż wyprodukowanych osobodni, wizyt i sesji oraz o wypełnianie procedur i harmonogramów, a zaczniemy myśleć o dostosowaniu oferty do realnych potrzeb pacjentów i lokalnej wspólnoty społecznej, owej community, w której przyszło im żyć. Poczujemy realną odpowiedzialność za ich zdrowie psychiczne, bez spychania jej na decyzje i działania innych.

Jeśli dynamika wydarzeń pozwoli rzeczywiście przejść do realizacji tego zaczątku reformy, zakończy to długotrwały proces polskiej reformy opieki psychiatrycznej. Zaczęty mniej więcej 100 lat temu, gdy Chodźko i Radziwiłłowicz, po odzyskaniu niepodległości, planowali scalenie trzech tradycji i trojakiego rodzaju instytucji rozwijanych przez zaborców. Kontynuowany w niełatwym okresie powojennej odbudowy, w zmaganiu z niewyobrażalnymi stratami wojennymi i zagładą chorych dokonanymi przez totalitaryzm niemiecki oraz z ideologicznym zniewoleniem ze strony totalitaryzmu sowieckiego.

A kiedy w latach 70. czas małej stabilizacji pozwolił na nieśmiałą recepcję reform dokonywanych w wolnym świecie, przyszedł cios, który powinien stanowić dla reformy psychiatrycznej symboliczny i polityczny przełom. W nocy z 31 października na 1 listopada 1980 roku spłonął zaniedbany oddział w Górnej Grupie, a w jego płomieniach 54 chorych. Czy ktoś z was, drodzy czytelnicy, pamięta dziś i czuje znaczenie tej tragedii, która przez krótki czas ogarnęła swą grozą klimat społeczny w Polsce (vide song Jacka Kaczmarskiego: „A my nie chcemy uciekać stąd”)? Ta niemal bezimienna ofiara stała się motywem pośpiesznie przygotowanego projektu zmian, który ostatecznie jednak podzielił los wielu pogrążonych w stanie wojennym reform czasu „Solidarności”.

Transformacja ustrojowa lat 90. zaowocowała (1994) ustawą o ochronie zdrowia psychicznego, która postulowała reformę, ale jej ostatecznie nie zrealizowała. Mało kto pamięta dziś jej artykuł 55, który stanowił, że sieć publicznych zakładów psychiatrycznej opieki zdrowotnej będzie przygotowana w ciągu sześciu miesięcy, a w ciągu dziesięciu lat zrealizowana. Termin przedłużano i w końcu artykuł wykreślono. Kolejne projekty reformy lądowały w politycznej próżni. Ostatni z nich, zredagowany jako NPOZP, przebijał się przecież z niemałym trudem od roku 2006! Jeśli dziś możemy mówić o realnym początku zmian, to pewnie ze świadomością znaczenia obudzonej nadziei oraz niemałych oporów, z jakimi przyjdzie się jeszcze mierzyć.

Część tych oporów pochodzi z zewnątrz – to dziedzictwo wielowiekowych uprzedzeń, zakorzenionych w obyczaju, kulturze, prawodawstwie i polityce. Ale znaczna ich część wynika też z postaw i nawyków profesjonalnych bezrefleksyjnie dziedziczonych albo nabywanych w wyniku kolejnych „rewolucji” psychiatrycznych, a także zmian wymuszanych przez wyzwania kulturowe i gospodarcze. Czy wzniesiemy się ponad konflikty wartości i interesów podsuwane za ich pośrednictwem?

Reforma to nie tylko zmiana organizacji i finansowania. To także – a może przede wszystkim – zmiana wartości orientujących system ochrony zdrowia psychicznego. To znaczy nas!

Następny artykuł:

Co gryzie profesora Wciórkę?