O ochronie zdrowia mówi się ostatnio dużo, ale głównie o szpitalach, natomiast o stomatologii niewiele, jeżeli w ogóle. Surowe traktowanie naszej specjalności w planach finansowych – kiedyś przez kasy chorych, a teraz NFZ – nie jest zaskoczeniem. Nie jest ona doceniana w systemie ubezpieczeń

zdrowotnych. Nie miała zresztą dobrych notowań już w momencie jego tworzenia. Wystarczy przypomnieć swobodny i czasem dyletancki sposób ustalania zakresu bezpłatnych świadczeń dentystycznych i przypisywanych im punktacji, ze słynnym oświadczeniem decydentów, że przez jedną protezę dentystyczną raz na pięć lat rozumie się dwie, gdy dotarło do nich, że na ogół ludzie mają do zaopatrzenia szczękę i żuchwę…

Gdy początkowe przymiarki potrzeb finansowych zaczęły wykazywać wzrastający deficyt, bez wahania sięgnięto do kieszeni stomatologii. W efekcie nigdy nie dostaliśmy planowanych 5 proc. budżetu, a dziś to jest nawet mniej niż 3 proc. O wszystkim tym wiadomo. Mówiliśmy i pisaliśmy o sprawie wielokrotnie. Uważam jednak, że trzeba przypominać o problemie nieustannie. NFZ nawet nie kwestionuje naszych wyliczeń, tylko nic sobie z nich nie robi. Jest głuchy na argumenty, że są granice, poniżej których lekarze nie będą w stanie świadczeń realizować, bo musieliby do interesu dokładać. W odpowiedzi na to Fundusz wskazywał kolejkę oczekujących na każdy kontrakt. Chociaż ostatnio jakby coś się w tej mierze zaczęło zmieniać.

No i mamy dentobusy...