Co znajdziesz w artykule?

Analiza przypadków

W tych sprawach prowadzono postępowania prokuratorskie, w przebiegu których wydano opinie sądowo-lekarskie, oceniające prawidłowość przeprowadzonych znieczuleń oraz dalszych działań resuscytacyjnych.
W obu przypadkach stwierdzono, że znieczulenia zostały przeprowadzone prawidłowo, zgodnie z zasadami aktualnej wiedzy medycznej. Brak było podstaw do wiązania epizodów nagłego zatrzymania krążenia z jakimikolwiek nieprawidłowościami zastosowania znieczulenia ogólnego, miejscowego lub regionalnego. Podane dawki środków znieczulających były odpowiednie. Nieodpowiednia i niespodziewana była natomiast reakcja każdego z pacjentów na znieczulenie. Nie mogło zatem być mowy o popełnieniu błędu medycznego. Każdy z opisywanych epizodów był powikłaniem, efektem niepożądanego (alergicznego lub toksycznego) działania jednego leku anestetycznego lub kilku z nich.
W świetle powyższych przykładów nietrudno zrozumieć znaczenie przestrzegania standardów postępowania w anestezjologii, intensywnej terapii i reanimacji, w szczególności – znaczenie wywiadu anestezjologicznego i „poinformowanej” zgody na znieczulenie. Jeżeli lekarz postępuje zgodnie z ustanowionym standardem, nie sposób zarzucić mu, że jest to niezgodne z zasadami aktualnej wiedzy medycznej, czyli że popełnia błąd.
W pierwszej z omówionych spraw zakład zarzucił pacjentce, że nie poinformowała anestezjologa o uczuleniach, przebytym odczulaniu oraz przyjmowaniu preparatów sybutraminy. Jednocześnie należy zauważyć, że mimo informacji podanej w ankiecie anestezjologicznej, lekarz anestezjolog nie starał się ustalić, z jakiego powodu pacjentka przewlekle przyjmuje lek przeciwalergiczny. Trudno było jednak wskazać na jednoznaczny związek przyczynowo-skutkowy pomiędzy brakiem tej informacji a powikłaniem w postaci nagłego zatrzymania krążenia. Również pacjenci „uczuleniowi” są poddawani zabiegom w znieczuleniu ogólnym i miejscowym, z użyciem tych samych anestetyków, które zastosowano u tej pacjentki.
Podobnie miała się sprawa z przyjmowaniem preparatów zawierających sybutraminę – w badaniach klinicznych nie obserwowano interakcji ze środkami stosowanymi w trakcie znieczulenia ogólnego lub miejscowego, ani wzrostu ryzyka reakcji anafilaktycznych. Owszem, stwierdzono, że sybutramina zwiększa ryzyko incydentów sercowo-naczyniowych (przede wszystkim zawał mięśnia sercowego lub udar mózgu), ale nieskutkujących zgonem, co stało się powodem jej wycofania z obrotu. Zwiększone ryzyko istniało przede wszystkim u pacjentów powyżej 54. r.ż., obciążonych chorobą układu krążenia lub cukrzycą typu 2 – trudno było uznać je za istotne u 32-letniej kobiety bez obciążeń chorobowych. Dlatego podanie przez pacjentkę informacji w pełnym zakresie nie miałoby decydującego znaczenia dla jej zakwalifikowania do znieczulenia i nie zwiększałoby w sposób istotny ryzyka powikłań.
Rodzina pacjentki zarzucała natomiast, że znieczulenie wykonywał lekarz „tylko” z I stopniem specjalizacji w dziedzinie anestezjologii i intensywnej terapii. Zgodnie jednak z zakresem umiejętności wynikających z posiadanej specjalizacji, lekarz taki ma uprawnienia do przeprowadzania „anestezji, tj. wykonywania znieczulenia ogólnego lub przewodowego do zabiegów operacyjnych oraz dla celów diagnostycznych lub leczniczych”. Może on samodzielnie (bez nadzoru specjalisty anestezjologa lub specjalisty II stopnia w tej dziedzinie) wykonywać znieczulenie „u chorych powyżej 3. roku życia, których stan fizyczny według skali ASA odpowiada stopniowi I, II lub III”. Lekarz anestezjolog z I stopniem specjalizacji mógł zatem wykonywać samodzielnie znieczulenie u pacjentki w stopniu I wg ASA.
W drugim przypadku „aktywność” w formułowaniu zarzutów wykazywał przede wszystkim pełnomocnik pokrzywdzonego. Na marginesie praktyki sądowo-lekarskiej można wspomnieć, że w pismach procesowych formułowanych przez prawników liczba zarzutów jest zwykle wprost proporcjonalna do stopnia ich absurdalności. W tej konkretnej sprawie wobec anestezjologa sformułowano aż 30 pytań i zarzutów, m.in., że pacjent z „ciężką chorobą serca” został zakwalifikowany do zabiegu bez konsultacji kardiologicznej (a nawet internistycznej), że w sposób wystarczający nie zebrano wywiadu, który pozwoliłby na jednoznaczne ustalenie istnienia tej „ciężkiej choroby”, że nie uwzględniono jej jako przeciwwskazania do znieczulenia regionalnego, że w trakcie akcji resuscytacyjnej pacjentowi „jednocześnie” podano leki o przeciwnych efektach działania (adrenalinę i metoprolol), co doprowadziło do „wstrząsu hypertensyjnego”, tachykardii, niewydolności krążenia i obrzęku płuc, że mimo „trwającej 30 minut asystolii – oznaczającej w istocie śmierć pacjenta” (sic!) nie przeprowadzono defibrylacji oraz że pacjenta w asystolii „pozostawiono w stanie świado-
mości” (sic!), zamiast wprowadzić go w stan „śpiączki farmakologicznej” – co skutkowało pogłębieniem niedotlenienia mózgu itd.
Na koniec wypada po raz kolejny podkreślić znaczenie prawidłowo prowadzonej dokumentacji medycznej jako oręża do walki z tego typu pseudomedycznym bełkotem.

Spis treści

Opisujemy dwie dramatyczne historie, w których anestezjologom nie postawiono zarzutu błędu m.in. dzięki starannie prowadzonej przez nich dokumentacji medycznej

Od kilku lat obserwujemy ofensywę zabiegów tzw. chirurgii jednego dnia. Wydaje się, że zarówno udzielający świadczeń, jak i świadczeniobiorcy osiągają dzięki takim procedurom same korzyści. Po zabiegu pacjent jest szybko uruchamiany, co ma przekładać się na mniejszą liczbę powikłań. Poza tym pozostaje krótko w szpitalu, nie generując