Co znajdziesz w artykule?

Wielka Interna

W tomie „Kardiologia” Wielkiej Interny napisałem rozdziały poświęcone częstoskurczom komorowym i implantowanym kardiowerterom-defibrylatorom. Są to rozdziały bardzo ważne zarówno dla lekarzy kardiologów, jak i internistów. Dlaczego? Częstoskurcze komorowe należą do grupy złośliwych arytmii, które prowadzą do zgonu. W związku z tym umiejętność ich rozpoznawania i przewidywania ma kluczowe znaczenie. Ale mimo że jest to temat niezwykle istotny i powszechnie dyskutowany, nadal nie mamy odpowiedzi na wiele pytań. Najważniejsze z nich to: u kogo częstoskurcz wystąpi, jaki będzie miał przebieg i jakie będą jego hemodynamiczne skutki?

U osób, u których rozpoznamy złośliwe arytmie komorowe, wszczepiamy defibrylatory, które zabezpieczają przed skutkami częstoskurczu. To wielka szansa dla wielu naszych chorych. Arytmie, które kiedyś powodowały masowe zgony, dziś jesteśmy w stanie opanować. Starałem się przekazać wiedzę, kiedy podejrzewać albo rozpoznawać arytmie komorowe, jakie należy podjąć działania i kiedy skierować pacjenta do specjalisty.

Chciałem też zaapelować do kolegów, którzy pracują w podstawowej opiece medycznej, żeby zachowali zwiększoną czujność. Bo bez współpracy z internistami, lekarzami rodzinnymi my też nie będziemy mogli wiele dla tych chorych zrobić.

Spis treści

MT: Pana wielką pasją jest muzyka. Od najmłodszych lat interesował się też pan filozofią. A gdy przyszedł czas wyboru studiów, wszystkie karty postawił pan na medycynę.


Prof. Grzegorz Raczak:
Moje życie zawodowe to ewolucja. Byłem uczniem klasy matematycznej, do której zostałem, można powiedzieć, przymusowo wcielony ze względu na olimpiady matematyczne, w których brałem udział. To nie były dla mnie łatwe czasy, jak w piosence Kazika Staszewskiego: „W mat-fizie jak pies przez trzy lata się

męczyłem”. Miałem skłonności humanistyczno-filozoficzne, fascynowała mnie także muzyka, szczególnie klasyczna. Włączyłem się też w prace pracowni parateatralnej, która zakładała udział nieprofesjonalnych aktorów. To były wspaniałe czasy, boska dekadencja, artyści z ASP, imprezy, alkohol i dyskusje o sensie tego, co nas otacza. Jednak jako mężczyzna czułem opór przed studiowaniem filozofii czy innego kierunku humanistycznego. I z autentycznego zaciekawienia człowiekiem i tym, jak on funkcjonuje, przyszło zainteresowanie medycyną. Jednym z przedmiotów, który mnie porwał, była anatomia. Już samo uczestnictwo w sekcjach zwłok dawało poczucie pewnej elitarności. Mieliśmy na patomorfologii nauczyciela, dr. Pikiela, wybitnego anatoma, niesłychanego erudytę. To właśnie dzięki niemu groza śmierci, otwieranie ciała ludzkiego nie wydawało się tak przerażające. To była wyprawa w głąb człowieka i odkrywanie jego tajemnic.


MT: Potem przyszedł koniec studiów.


G.R.:
I znów trzeba było podjąć kolejną ważną decyzję. Podstawowe pytanie, na które musi odpowiedzieć sobie student medycyny, dotyczy tego, czy idzie się na kierunki zabiegowe, czy niezabiegowe. Nie chciałem być zabiegowcem, więc naturalną rzeczą było zainteresowanie interną. To szybko mnie wciągnęło, bo internista musi być jak detektyw. Na swojej drodze spotkałem dr. Andrzeja Kubasika, który był moim opiekunem na stażu. Bardzo dużo mu zawdzięczam. To był niesłychanie mądry, oczytany, etyczny i porządny człowiek, pełen humanizmu wobec pacjentów. Budził postrach, ale i głęboki szacunek. Krążyły o nim legendy, np. o tym, jak na egzaminie z anatomii kazał przeprowadzić krew z małego palca do ucha, ale przez płód! Albo pytał, przez jakie warstwy przechodził nóż wbity pod lewą łopatkę.


MT: Gdy kończył pan staż na internie, otrzymał pan niespodziewaną propozycję pracy.


G.R.:
W szpitalu przy ul. Kieturakisa w Klinice Kardiologii zwalniał się etat. Ówczesny kierownik, prof. Mieczysław Gamski odchodził na emeryturę. To był profesor, który pisał wiersze heksametrem, a na kongresach zagadywał po łacinie, budząc powszechny popłoch. Etat zaproponowano dr. Kubasikowi, ale on nie chciał zmieniać miejsca pracy. Natomiast powiedział, że ma protegowanego, czyli mnie.

Na rozmowę kwalifikacyjną z prof. Gamskim szedłem pełen obaw. Bo on, prawdziwy humanista, miał obyczaj, że poza wnikliwymi pytaniami z interny pytał z malarstwa i muzyki. Czasami egzaminował kogoś i mówił: No niestety, musi pan jeszcze raz przyjść, a żeby stworzyć nastrój, włączał… marsza żałobnego. Nie spodziewałem się też, że rozmowa będzie przypominać egzamin. Profesor kazał mi usiąść i zapytał, co wiem na temat endocarditis lenta. Potem zaczął po angielsku zagadywać i zadawać pytania z malarstwa, a w końcu z muzyki. I dopiero wtedy mogłem poczuć się komfortowo…

Choć nie mogę się uważać za ucznia prof. Gamskiego, żyłem w jego duchu. Prof. Gamski, nawet po odejściu na emeryturę, nadal przychodził do kliniki przez wiele lat konsultować pacjentów. Prawdę powiedziawszy, klinika tak bardzo tych konsultacji nie potrzebowała, natomiast wszyscy stawali na głowie, by znaleźć jakiś trudniejszy przypadek, żeby profesor czuł się ważny.


MT: Klinika Kardiologii na Kieturakisa specjalizowała się w stymulatorach serca i defibrylatorach.


G.R.:
Pierwszy w Polsce stymulator serca wszczepiono właśnie tu w 1963 roku. W klinice od początku rozwijano też elektroterapię, głównie za sprawą prof. Grażyny Świąteckiej, która była moim pierwszym szefem. Wykonywaliśmy szereg zaawansowanych procedur: wszczepialiśmy stymulatory serca, kardiowertery-defibrylatory, robiliśmy ablacje.

W 2004 roku prof. Świątecka przeszła na emeryturę, co się zbiegło nieszczęśliwie z faktem finansowego upadku szpitala. Zostaliśmy przeniesieni do nowego budynku, na kompletnie nieprzygotowany teren. Wcześniej mieliśmy 70 łóżek kardiologicznych, ogromny teren, a tu wciśnięto nas do pomieszczenia, gdzie mieściło się zaledwie 25 łóżek. Nie mieliśmy też własnych pracowni diagnostycznych. Wszystko tworzyliśmy od początku. Przez pewien czas funkcjonowaliśmy jak uchodźcy. A ja wygrałem konkurs na kierownika kliniki i jako młody szef w pierwszym odruchu wywalczyłem nową lokalizację.


MT: To raczej nie przysporzyło panu przyjaciół?


G.R.:
Toczyliśmy boje o każdy metr kwadratowy i przyjaźnie, przynajmniej chwilowo, kończyły się wraz z moją prośbą o większą przestrzeń, co oczywiście odbywało się kosztem ograniczenia miejsca dla innych klinik. To było stresujące, ale nie miałem wyboru, bo nasz duży oddział nie miał się gdzie pomieścić. Tak więc początki były bardzo trudne. Dziś mam powody do satysfakcji, relacje wewnątrzszpitalne udało mi się ułożyć, odbudowałem i rozbudowałem pracownię elektrofizjologii i intensywnego nadzoru kardiologicznego, a także poradnię kardiologiczną, oddział łóżkowy i salę całodobowego monitoringu. Wdrożyłem także badanie elektrofizjologiczne metodą półinwazyjną, co od lat było przedmiotem moich zainteresowań.

MT: Ta metoda diagnostyczna nie zyskała zwolenników na świecie. Dlaczego w klinice nie odstąpił pan od jej stosowania?


G.R.:
Wskaźnikami zagrożenia migotaniem przedsionków na podstawie stymulacji przezprzełykowej zajmowałem się przez pewien czas. Temu zagadnieniu poświęcona też była moja praca doktorska. Ale rzeczywiście, właściwie tylko my i Włosi byliśmy jej orędownikami. A szkoda, bo stymulacja przezprzełykowa to prosta i skuteczna metoda. Polega ona na wprowadzaniu cewników w pobliże serca. Pacjent połyka specjalne elektrody, które stymulują położony przy samym przełyku lewy przedsionek serca. Gdy elektroda jest w przełyku odpowiednio umiejscowiona, można impulsami elektrycznymi pobudzać serce i oceniać jego funkcje. Dziś ta metoda już właściwie nigdzie nie jest stosowana, choć byłaby przydatna, szczególnie u osób z chorobą węzła zatokowego.


MT: Pana pierwsze prace dotyczą zastosowania testów wrażliwości odruchów z baroreceptorów tętniczych.


G.R.:
Uznawano wówczas, że układ autonomiczny odgrywa istotną rolę w wystąpieniu złośliwej arytmii i nagłej śmierci sercowej, a parametrem dobrze oceniającym czynność układu autonomicznego są właśnie testy wrażliwości. Szereg nowych faktów na ten temat przyniosło wieloośrodkowe badanie ATRAMI (Autonomic Tone and Reflexes After Myocardial Infarction). Ośrodkiem koordynującym było Centro Medico Montescano we Włoszech. Udało mi się tam wyjechać na staż. Pobyt wspominam jak najlepiej: znakomity poziom badań, współpraca z wybitnymi ekspertami, burza mózgów, praca zespołowa, urzekająca atmosfera naukowa. Prowadziliśmy testy polegające na obserwacji odruchów z baroreceptorów po podaniu fenylefryny. Wykazaliśmy, że fenylefryna ma istotną wartość w przewidywaniu zagrożenia złośliwą arytmią i zagrożenia nagłą śmiercią sercową. To dawało nadzieję na łatwiejszą kwalifikację pacjentów do wszczepienia kardiowertera-defibrylatora. Kolejnym krokiem była próba upowszechnienia tego testu poprzez uproszczenie metodyki jego wykonywania. Zasugerowałem, żeby odruch z baroreceptorów tętniczych badać za pomocą próby Valsalvy. Wyniki opublikowaliśmy w „Clinical Science”. Miałem poczucie sukcesu. Kolejnym krokiem było opracowanie testów, które pozwalały na badanie odruchów z baroreceptorów za pomocą specjalnych algorytmów, bez konieczności podawania fenylefryny. I gdy wszystko opracowaliśmy, przyszły wyniki badania MADIT II, które wykazały, że każdemu, kto ma niską frakcję wyrzutową lewej komory, należy wszczepić defibrylator. I wszystkie testy wrażliwości odruchu z baroreceptorów mogliśmy wyrzucić do kosza.

Zająłem się więc innym tematem – oceną reinerwacji przywspółczulnej przeszczepionych serc. Byłem wtedy na stażu w Pawii w ośrodku przeszczepiającym serca. Badaliśmy, czy u chorych nie dochodzi do reinerwacji przywspółczulnej. Po powrocie do Polski poświęciłem się, czym zajmuję się do dzisiaj, dalszym badaniom roli autonomicznego układu nerwowego w patogenezie chorób układu krążenia oraz wykrywaniu zagrożenia nagłą śmiercią sercową w różnych grupach chorych.


MT: I tak wrócił pan do młodzieńczej pasji, czyli do filozofii.


G.R.:
Zastanawiałem się, dlaczego młodzi, zdrowi ludzie, często przed 35. r.ż., nagle umierają. Wiedziałem, że części tych zgonów można uniknąć. W tym celu podjąłem współpracę z Zakładem Medycyny Sądowej, który w sytuacji braku możliwości ustalenia przyczyny zgonu zbiera wywiad od rodziny zmarłego i robi badania autopsyjne z pobieraniem specjalnego rodzaju wycinków też według wystandaryzowanej metody. My, dzięki kontaktom uzyskanym przez ten zakład, zapraszamy rodziny zmarłych na badania. Z naszych obserwacji wynika, że badanie przedmiotowe i podmiotowe, wzbogacone o różne testy, w tym badania genetyczne, pozwala na redukcję nagłych zgonów sercowo-naczyniowych o 30-50 proc. Nie zawsze jednak zwyciężamy. Miałem kiedyś pacjenta, który był moim przyjacielem, ale i hipochondrykiem. Przychodził do kliniki 10 razy w miesiącu, zadręczał mnie i moich współpracowników. Bardzo bał się śmierci. Wszczepiliśmy mu stymulator. Pacjent miał doskonałą opiekę, a jednak umarł nagłą śmiercią sercową. Dla mnie śmierć pacjenta, a w dodatku przyjaciela była ogromnym ciosem. Wtedy poczułem, że dotknąłem kresu możliwości diagnostycznych. To była lekcja pokory.


MT: Skłoniło to pana do zaangażowania się w upowszechnienie wiedzy na temat reanimacji.


G.R.:
Moim celem jest, by jak najwięcej osób znało zasady udzielania pierwszej pomocy, żeby podejmowano odpowiednie działania w sytuacjach zagrożenia. Chciałbym, by defibrylatory zewnętrzne nie budziły lęku. Do tego chciałbym dodać zintegrowany system edukacji w zakresie pierwszej pomocy, w tym szczególnie reanimacji na wysokim poziomie. Wkładamy dużo wysiłku, by mieszkańcy województwa wiedzieli, że każda minuta po zatrzymaniu krążenia dramatycznie zmniejsza szansę chorego na przeżycie, o ile nie rozpocznie się działań reanimacyjnych, że po 10 minutach bez reanimacji szansa na uratowanie chorego jest bliska zeru, że w takiej sytuacji nie można zaszkodzić choremu swoim działaniem, można mu tylko pomóc. W mojej klinice okresowo szkolone są wszystkie pielęgniarki i lekarze, ze mną włącznie. Wiedzy, jak skutecznie reanimować, nigdy za dużo.


MT: Pana zainteresowanie tym tematem ma też osobisty wymiar.


G.R.:
Mój ojciec zmarł nagłą śmiercią sercową. Reanimacja była podjęta z dużym opóźnieniem. Być może, gdyby była wcześniej, ojciec by żył. Mam więc podwójny impuls do działania. Dlatego chcę przeszkolić mieszkańców Trójmiasta, by takich sytuacji było jak najmniej, by móc uratować jak najwięcej osób. Takie mam marzenie i cel na najbliższą przyszłość. Udało mi się do mojej pasji przekonać wiele osób. Zostałem mianowany przez wojewodę na funkcję wojewódzkiego pełnomocnika ds. powszechnego szkolenia w zakresie pierwszej pomocy. Wielkie i ważne zadanie przede mną, bardzo mnie to cieszy. Nasze hasło brzmi: Nie bój się ratować!

Następny artykuł:

Teraz uczę reanimacji