Co znajdziesz w artykule?

Coraz częściej pacjenci, u których stwierdza się raka, sięgają po medycynę niekonwencjonalną – szukają pomocy u znachorów, decydując się na nierzadko drogie alternatywne terapie. To powoduje, że trafiają do szpitali onkologicznych w bardzo zaawansowanym stadium choroby albo niestety nie zdążają trafić.

Media donosiły o śmierci 12-letniego chłopca leczonego na ostrą białaczkę limfoblastyczną w Ośrodku Terapii Niekonwencjonalnej w Piwnicznej. Metodą terapeutyczną było podawanie dziecku dużych dawek amigdaliny, czyli witaminy B17. „Leczenie” nadzorował Ryszard K., inżynier mechanik z Nowego Sącza. W wyniku terapii chłopiec zmarł, choć nowotwór ten jest w 90 proc. uleczalny. Także z Nowego Sącza pochodzi inny małopolski znachor, który leczył półroczną Madzię. Dziewczynka zmarła w wyniku niedożywienia i skrajnego wyniszczenia organizmu.

Istotą choroby nowotworowej jest jej postępujący charakter. Niepodjęcie leczenia prowadzi do nieuchronnego zgonu. Jednak potencjalni pacjenci często szukają innych dróg wyjścia, nie chcąc pogodzić się z diagnozą „rak”, bo brzmi dla nich jak wyrok śmierci. W obawie przed ciężkim, trudnym, wymagającym hartu ducha leczeniem wybierają alternatywne metody za obietnicę wyzdrowienia bez męczącej terapii.

Jak pokazują wyniki badań statystycznych opublikowane przez Journal of the National Cancer Institute, chorzy poddający się leczeniu niekonwencjonalnemu żyją krócej. Stosowanie terapii alternatywnej zamiast konwencjonalnego leczenia wiąże się z dwuipółkrotnie wyższym ryzykiem zgonu z powodu nowotworu złośliwego. Żeby sformułować taki wniosek, amerykańscy naukowcy zebrali i porównali dane 280 osób, leczących się metodami alternatywnymi oraz 560 osób, które korzystały z chemioterapii, radioterapii, hormonoterapii lub leczenia chirurgicznego.

Mimo że nauka nie potwierdza istnienia kanałów energetycznych ani cudownych mocy uzdrowicieli, bioenergoterapia jest zawodem. Specjalistą można zostać, zdając Egzamin Państwowy w Cechu Rzemiosł przy Izbie Rzemieślniczej.

MT: Kto korzysta z metod niekonwencjonalnych?


Prof. Paweł Blecharz:
Po metody niekonwencjonalne sięgają pacjenci, którzy nie mają zaufania do medycyny tradycyjnej. Zazwyczaj w późnym stadium raka, kiedy już bardziej liczy się na cud. To im bez skrupułów sprzedawana jest nadzieja, i to zazwyczaj za ciężkie pieniądze. Medycyna niekonwencjonalna jest często komercyjnym sposobem zarabiania na życie. A przecież nie można utożsamiać metod zapobiegawczychi profilaktycznego wspomagania organizmu z

metodami leczniczymi, co czyni medycyna niekonwencjonalna. To bardzo niebezpieczna praktyka, bo daje złudną nadzieję, odbierając choremu szansę na leczenie.


MT: Czy spotkał pan pacjenta, który przyznał, że zanim trafił do szpitala, leczył się metodami niekonwencjonalnymi?


P.B.:
Nie przypominam sobie osoby, która byłaby ofiarą leczenia niekonwencjonalnego, to znaczy trafiła do nas w ciężkim stanie, po nieudanym leczeniu alternatywnymi metodami. Miałem jednak dwie młode, poniżej 30. r.ż., pacjentki, którym znachor z okolic Nowego Sącza wyhodował przez kilka lat olbrzymie guzy jajników, szczęśliwie łagodne. Operacja uratowała im zdrowie i życie. W praktyce klinicznej raczej nie widujemy pacjentów, którzy decydują się na leczenie niekonwencjonalne. Owszem, niektórzy się przyznają, że korzystają z bioterapeutycznego wspomagania lub też biorą suplementy, ale trudno nam ocenić, na ile jest to pomocne i czy bez tych metod efekty leczenia byłyby gorsze czy lepsze. Po pomoc znachorów sięgają zazwyczaj pacjenci, którym medycyna tradycyjna nie pomogła. Czyli najczęściej po zakończonej terapii, gdy zostały wyczerpane już wszystkie środki i lekarz nie ma nic więcej do zaproponowania. Zwykle jest to terminalny stan choroby.

MT: Sądzi pan, że zainteresowanie tego rodzaju terapiami rośnie?

P.B.: Jestem o tym przekonany. Sprzedawana jest nadzieja, opakowana w pseudonaukowe słowa i teorie. Wykorzystywane są badania niedokończone, o małej wartości dowodowej, np. na temat działania lewoskrętnej witaminy C czy amigdaliny.

MT: W latach 70. XX wieku szkocki chirurg Ewan Cameron wspólnie z noblistą Linusem Paulingiem prowadzili badania kliniczne z witaminą C u chorych na nowotwory. Wyniki były pozytywne, jednak analiza sposobu prowadzenia badań udowodniła nierzetelność.Żadne inne badania nie potwierdziły skuteczności witaminy C w leczeniu raka.


P.B.:
No właśnie. Nawet jeśli jakaś substancja sprawdza się w jednym czy drugim badaniu, nie znaczy to, że lek jest skuteczny w leczeniu raka. Wiele badań laboratoryjnych pierwszej fazy prowadzonych w jednym ośrodku przez jednego lekarza pokazuje skuteczność jakiejś metody przynajmniej w tej fazie. Żeby jednak lek mógł trafić na rynek, musi przejść badania, które potwierdzą jego skuteczność obiektywną. Leki stosowane przez medycynę alternatywną do trzeciej fazy nigdy nie docierają.


MT: Jednak zioła i różne preparaty mogą wspomagać organizm chorego.


P.B.:
Oczywiście, pod warunkiem że nie wchodzą w interakcję z innymi lekami. Wiele ziół ma działanie moczopędne i przeczyszczające, co może doprowadzić chorego onkologicznie do biegunki i niebezpiecznego odwodnienia. Niektóre rośliny zawierają związki, które mogą być szkodliwe dla osób z uszkodzoną czynnością np. wątroby i nerek. Witaminy C lub B 17, czyli amigdalina, tak chętnie stosowane przez uzdrowicieli, są tylko suplementami diety korzystnie wpływającymi na organizm. Ale sprowadzanie choroby nowotworowej do prostego schematu, że jest ona defektem układu odpornościowego, który trzeba wzmocnić, żeby zwalczył chorobę, jest nadużyciem. Gdyby było tak łatwo, nie mielibyśmy kłopotów z leczeniem onkologicznym. Nie wystarczy wzmocnić odporność, by pozbyć się nowotworu. Nie wystarczy podać witaminę C nawet w ogromnych dawkach, żeby organizm zniszczył chorobę nowotworową. Jest nawet przeciwnie, bo wówczas może niszczyć sam siebie. Profilaktycznie owszem – warto wzmacniać odporność, zdrowo jeść, uprawiać sport, bo to może ustrzec organizm od choroby. Ale leczenie raka to zupełnie coś innego. Medycyna niekonwencjonalna ekstrapoluje metody zapobiegawcze na metody lecznicze. To poważne nadużycie, bo takie postępowanie na pewno nie działa na zaawansowaną chorobę nowotworową.


MT: Medycyna konwencjonalna wymaga zaakceptowania pewnego ryzyka skutków ubocznych i powikłań. Część pacjentów nie może się z tym pogodzić.


P.B.:
I to właśnie oni są potencjalnymi klientami znachorów, na lękach – często uzasadnionych – bazują nieuczciwi dawcy nadziei. W swojej praktyce nie spotkałem się jeszcze z pacjentem, u którego zaawansowany nowotwór zostałby wyleczony przez uzdrowiciela. Natomiast cudowne uzdrowienia to często niegroźne, samoistnie ustępujące schorzenia, zdiagnozowane przez szarlatanów jako guzy, raki itd.


MT: Czy alternatywne metody leczenia zawsze muszą być dla pacjentów szkodliwe?


P.B.:
Tak, jeśli zamiast szukać pomocy sprawdzonymi metodami, chorzy tracą cenny czas w gabinetach znachorów. Takie postępowanie jest skrajnie niebezpieczne, szczególnie we wczesnej fazie choroby, kiedy można jeszcze zawrócić jej bieg. Rak rozwija się powoli, zanim przystąpi do pełnego ataku. To może usypiać czujność chorego. „Dostałem specyfik, czuję się dobrze, choroba się zatrzymała” – myśli, a to nieprawda.

Jeśli ktoś wybiera leczenie lewoskrętną witaminą C, bo jest to leczenie mniej uciążliwe od trudnej terapii, to jest to jego wybór i nic nie poradzimy, choć moim zdaniem trzeba to traktować w kategorii szaleństwa, a nie wyboru.


MT: A może to po prostu brak zaufania do medycyny oficjalnej i brak wiary w stosowane dzisiaj leczenie? Ludzie wiedzą, że choroba nowotworowa prowadzi do śmierci.


P.B.:
Życie też prowadzi do śmierci. Choroba nowotworowa coraz częściej jest chorobą przewlekłą, trwającą wiele lat. Przez ten czas może być utrzymywana w ryzach, nie wykazywać progresji. Nadal są choroby bardzo źle rokujące. Ale i tu jesteśmy w stanie pomóc – przedłużyć pacjentowi życie, uchronić go od bólu. Są też choroby, które jesteśmy w stanie wcześnie wykryć i skutecznie leczyć. Rak szyjki macicy, rak piersi, rak jelita grubego, to dziś choroby wyleczalne. Warunkiem jest jednak pewna dyscyplina w leczeniu, a przede wszystkim badania profilaktyczne, których Polacy nie lubią. W krajach skandynawskich np. do programu profilaktyki raka szyjki macicy zgłasza się 80 proc. kobiet, u nas 25 proc., mimo że program jest taki sam. Dlatego tam zaawansowany rak szyjki stał się chorobą bardzo rzadką, w przeciwieństwie do Polski.


MT: Czy myśli pan, że późna wykrywalność wielu nowotworów może być spowodowana szukaniem przez chorych metod alternatywnych? Nie idą do lekarza, bo zalecono im np. zioła, lewoskrętną witaminę C, albo inne sposoby, o których strach myśleć, np. metodę Gersona, która prowadzi do zagłodzenia chorego na śmierć?

P.B.: Nie wiem, mnie pacjenci o tym nie mówią. Nigdy w wywiadzie z osobą w zaawansowanym stadium choroby nie usłyszałem, że wcześniej leczyła się u znachora. Może pacjenci wstydzą się przyznać, bo w takiej sytuacji oznacza to porażkę metod niekonwencjonalnych? W każdym razie nie mówią o tym. Ale ja bym raczej obstawiał, że późne zgłoszenie się do lekarza wynika z ignorowania objawów, póki da się wytrzymać.

Moim zdaniem większość tych, którzy sięgają po medycynę niekonwencjonalną, to chorzy, którym medycyna nie daje już nadziei. Oni ją kupują, wydając na mikstury i niesprawdzone metody czasem oszczędności całego życia. Nie ma w człowieku pogodzenia się z diagnozą śmierci. Kupujemy nadzieję nawet za cenę płacenia oszustom.


MT: Trudno potępiać kogoś, komu medycyna oficjalna mówi: nic dla pana już nie mamy…


P.B.:
Nie porzucamy pacjenta. Nawet gdy nie możemy dać mu skutecznej terapii przyczynowej, obejmujemy go opieką. Pacjent musi wiedzieć, że nie zostaje z diagnozą sam. Hospicja domowe, choć słowo źle się kojarzy, wspomagają dzisiaj nie tylko chorych na ostatnim etapie, ale po prostu chorych na chorobę nieuleczalną, przewlekłą. Taka opieka jest w przedłużaniu życia skuteczniejsza niż szukanie pomocy u szarlatanów. Onkologia nie polega na tym, że pacjenta przywracamy do stanu zdrowia sprzed choroby, ale wszelkimi sposobami przedłużamy mu życie. Hospicjum domowe to gwarancja, że w sytuacji, kiedy medycyna już nie pomoże, pacjent nie zostanie sam. Nie daje złudnej nadziei, ale daje bezcenną pomoc i nie bierze za to pieniędzy.