„Im bardziej Puchatek zaglądał do środka, tym bardziej Prosiaczka tam nie było” – ten uroczy cytat ma zastosowanie w wielu sytuacjach, a wrócił do mnie po lekturze arcyciekawego wywiadu z prof. Anną Wojas-Pelc, która omawia polską falę zachorowań na kiłę (nasz nowy cykl Pytania do konsultanta –

„Kiła w natarciu – Polska zaskoczona”). Rozprawia się też z popularnymi mitami – że choroby weneryczne jako nieeleganckie docierają do nas zza wschodniej granicy, że ten, kto choruje, rozwiązły jest i sam sobie winien, że wcale nie jest tak źle, a jeżeli statystyki się pogarszają, to problem dotyka wyłącznie kochających w sposób nieakceptowany przez wiadomo kogo.

I właśnie im bardziej rozmówczyni obnaża głupotę takich poglądów, tym bardziej wiem, że są one dominujące. Żadna merytoryczna polemika ich nie zwalczy. Ale, co najgorsze, fałsz i stereotypy przekładają się na słabe finansowanie wenerologii i w ogóle próby zepchnięcia jej na margines. Tam, gdzie jest miejsce tych pacjentów.

Poważne traktowanie chorób wenerycznych jest objawem braku gustu. W dobrym tonie są płomienne wypowiedzi o potrzebie dofinansowania onkologii, kardiologii, no może jeszcze pediatrii, ale postulaty dermatologów, psychiatrów i geriatrów uważane są za tak samo wstydliwe jak choroby, które chcieliby leczyć.

Popieranie ich byłoby prawdziwym, medycznym bezguściem.