Co znajdziesz w artykule?

Zapraszamy do lektury tekstów w Dziale prawnym. Oto problemy, które analizujemy:

Gdzie dwóch się bije…, czyli dlaczego lekarz w sporze z pacjentem powinien kierować się rozsądkiem.

Kontrola NFZ w przychodni – jak daleko w przeszłość może sięgać?

Wyrok sądu wykluczający „błąd medyczny”.

Nowe terminy składania rozliczeń.

Podobnie jak w życiu, tak i w medycynie zdarzenia pozornie błahe i nieistotne mogą być początkiem przykrych, poważnych bądź tragicznych konsekwencji. Oczywiście na początku cyklu zazwyczaj nie da się przewidzieć fatalnego efektu końcowego, dopiero świadomość skutków i krytyczne spojrzenie wstecz pozwalają na wniosek: „A przecież wystarczyłoby…” itd. Jednak w wielu sytuacjach eskalacja nieprzyjemnych zdarzeń jest efektem narastania wzajemnych negatywnych emocji pomiędzy stronami, których końcowy stopień nasilenia wydaje się wówczas zupełnie nieadekwatny do pierwotnej, banalnej przyczyny. Dość częstą postawą jest wówczas twierdzenie każdej ze stron, że oto przecież ona dążyła do jak najszybszego i ugodowego załatwienia sprawy, a tylko nieprzejednane stanowisko strony przeciwnej doprowadziło do intensyfikacji konfliktu.

Za przykład niech posłuży sprawa opisana w artykule.

Spis treści

Do lekarza okulisty przyjmującego w prywatnej praktyce zgłosił się ojciec z dwójką małoletnich synów. Chodziło o przeprowadzenie badania okulistycznego obojga dzieci. Starszy z chłopców potrzebował bowiem zaświadczenia od okulisty w celu kontynuowania treningów sportowych.

Lekarz przeprowadził badanie okulistyczne, nie stwierdzając u starszego chłopca wady wzroku i wydał stosowne zaświadczenie. U młodszego, ośmioletniego stwierdził natomiast wadę wzroku – krótkowzroczność i astygmatyzm.

Ponieważ w trakcie tego badania zastosowano krople do oczu w celu rozszerzenia źrenic i wziernikowania dna oka, lekarz postanowił dobrać moc szkieł w trakcie kolejnego badania, na które dziecko miało przyjść za tydzień. Na kolejną wizytę ojciec zjawił się również z synami, młodszemu dobrano szkła i wystawiono receptę. Niestety, w trakcie wypisywania recepty lekarz pomylił się: w rubryce dotyczącej mocy sferycznej szkieł zamiast -1,5 dioptrii wpisał +1,5 dioptrii. Moc cylindryczna szkieł oraz kąty zostały określone prawidłowo, na -1,5 dioptrii.

Na podstawie tak wypisanej recepty ojciec wykupił synowi okulary w salonie optycznym. Jednak po kilku dniach dziecko zaczęło skarżyć się, że w szkole „nic nie widzi z tablicy” i rodzice postanowili wrócić do stosowania wcześniejszych okularów.

Zgłoszenie reklamacji

Po pewnym czasie rodzic z dzieckiem udał się do innego lekarza okulisty. Nie wspominając, że dziecko wcześniej otrzymało okulary i że były kłopoty z widzeniem, poprosił o zbadanie wzroku i receptę na szkła okularowe. W trakcie tego badania inny lekarz okulista określił moc szkieł na: -1,25 dioptrii sferycznie i -1,25 dioptrii cylindrycznie. W związku z tym rodzice byli zmuszeni zamówić nowe szkła.

Zbulwersowany ojciec zgłosił reklamację usługi lekarzowi, który pierwszy badał jego syna. W jej treści, wskazując na pomyłkę lekarza, rodzic domagał się zwrotu: kosztów wizyty, kosztu wyrobienia właściwych szkieł w miejsce nieodpowiednich oraz kosztów dojazdu – określając łącznie swoje roszczenie na 500 zł.

Rodzica z dzieckiem zaproszono na darmową kontrolną wizytę. Jednak od tego momentu wersje zdarzeń podawane przez ojca i lekarza okulistę stają się coraz bardziej rozbieżne.

Wizyta kontrolna i magiel

Według ojca w trakcie owej wizyty mieli zostać przez lekarza potraktowani agresywnie, wręcz zwyzywani. Lekarz miał krzyczeć, że „on wszystko zrobił dobrze i nie widzi swojego błędu”, tym samym odmawiając uznania reklamacji i poniesienia jakichkolwiek kosztów, mimo że ojciec w trakcie wizyty okazał najpierw receptę wystawioną przez lekarza (na co lekarz miał potwierdzić, że jest ona jego autorstwa), a później właściwą receptę wystawioną przez drugiego okulistę.

Natomiast według lekarza okulisty to ojciec w trakcie wizyty „był agresywny i chamski”, nie pozwolił na ponowne badanie dziecka, nie miał też ze sobą reklamowanych ani właściwych okularów dziecka, a także podawanej w wątpliwość recepty. Innymi słowy, bez żadnych dowodów żądał natychmiastowego wypłacenia kwoty 500 zł! Mimo to lekarz, chcąc załagodzić sprawę, stwierdził, że jeżeli faktycznie popełnił błąd, to gotów jest ponieść koszty źle wyrobionych szkieł – jednak nie osobiście, ale przez swojego ubezpieczyciela. Takie postawienie sprawy miało rozsierdzić rodzica: według lekarza miał wybiec z dzieckiem z gabinetu, grożąc personelowi przychodni, że wszystkich ich pozwie i „zniszczy”. Według lekarza, pozostały personel przychodni miał relacjonować, że wzburzony ojciec biegał, krzycząc: „Oddawajcie pieniądze, złodzieje!”. Już więcej się w przychodni nie zjawił.

Złożenie skargi w kilku miejscach

Konflikt spowodował, że rodzic złożył jednobrzmiące skargi na postępowanie lekarza do: Narodowego Funduszu Zdrowia, okręgowego rzecznika odpowiedzialności zawodowej miejscowej izby lekarskiej oraz do prokuratury. W ich treści zarzucał lekarzowi „ogromny błąd”, którego skutki mogły u jego dziecka doprowadzić do „pogorszenia widzenia, trwałych zaburzeń widzenia, a nawet utraty wzroku”. NFZ odmówił wszczęcia postępowania, powołując się na fakt, że wizyta lekarska nie była finansowana ze środków publicznych. Dwa pozostałe organy przyjęły skargę i wszczęły odrębne postępowania wyjaśniające.

Szybciej przebiegało postępowanie przed rzecznikiem odpowiedzialności zawodowej. Wezwał on na świadka ojca reprezentującego pokrzywdzonego, który zeznał m.in., że u młodszego syna stwierdzano wadę wzroku od 3. r.ż., miał przepisywane okulary „do noszenia na co dzień”, a nie „do czytania”. Noszenie przez syna nieprawidłowych okularów miało trwać „kilka dni”. Po tym czasie, z uwagi na skargi dziecka, że nic nie widzi i źle się czuje, rodzice zdecydowali o powrocie do starych okularów. Rzecznik pytał również ojca, dlaczego pomiędzy wizytą, na której przepisano niewłaściwe okulary a wizytą kontrolną u innego okulisty minęło aż półtora miesiąca, a pomiędzy feralną wizytą a zgłoszeniem skargi – ponad rok. Ojciec zbył to stwierdzeniami, że nie pamięta, miał inne sprawy do załatwienia, początkowo nie chciał z tym nic robić, ale w końcu postanowił odzyskać pieniądze za nieprawidłowo przepisane szkła, a wobec kategorycznej domowy – wystosował skargi.

Lekarz przechodzi do ataku

Następnie został przesłuchany lekarz okulista, początkowo w charakterze świadka. O okolicznościach badania okulistycznego zeznał, że w jego trakcie zarówno pacjent, jak i on był rozpraszany przez drugiego syna, który „wygłupiał się” w gabinecie, a proszony o interwencję ojciec nie miał zamiaru zdyscyplinować dziecka, bo „zajmował się telefonem komórkowym”. Lekarz tłumaczył tym fakt, że mimo prawidłowo przeprowadzonego badania okulistycznego, co miały potwierdzać zapisy w dokumentacji medycznej prowadzonej w formie elektronicznej, przy wypisywaniu recepty jednak pomylił się. Lekarz zaczął twierdzić, że „od razu zauważył pomyłkę, więc przekreślił receptę i odłożył ją na bok biurka”. Następnie wystawił prawidłową receptę i wydał ją rodzicowi pacjenta. Dowodem na to, że była wydana druga, właściwa recepta miał być fakt, że do niej dopięty miał być wynik badania z autorefraktometru, a do nieprawidłowej recepty nic nie zostało dopięte. Lekarz zeznał, że nie wie, w jaki sposób anulowana recepta trafiła w ręce rodzica dziecka oraz dlaczego na jej podstawie wyrobiono okulary. Sugerował, że „być może starszy brat pacjenta, który kręcił się po gabinecie, zabrał ją i w ten sposób trafiła w ręce rodzica, chociaż nie powinna”.

Jednocześnie lekarz zaczął negować okoliczność, że dziecko miałoby w ogóle używać niewłaściwych okularów. W jego ocenie używanie szkieł o różnicy bezwzględnej 3 dioptrii w stosunku do faktycznej wady wzroku „było biologicznie niemożliwe, nie pozwalałoby na jakiekolwiek funkcjonowanie dziecka z powodu rozmazanego obrazu i zaburzeń równowagi”. Zdaniem lekarza tak znaczna nieprawidłowość okularów musiała zostać zauważona już przy ich mierzeniu w salonie optycznym, więc jakiekolwiek ich użytkowanie, a tym samym ewentualne narażenie dziecka na pogłębienie wady wzroku lub jego uszkodzenie, nie wchodziło w grę. Jednocześnie lekarz zadeklarował, że zwróci pełne koszty poniesione przez rodziców dziecka, jeśli to miałoby zakończyć sprawę.

Oburzony pacjent rzuca oskarżenia

Ponownie przesłuchany ojciec dziecka kategorycznie twierdził jednak, że syn nosił złe okulary „nawet do dwóch tygodni”. Od lekarza otrzymał tylko jedną receptę i to tę, na podstawie której zostały wyrobione okulary. Nic do niej nie było dopięte. Co do „przekreślonej” recepty ojciec stwierdził, że widział to na recepcie, ale postawiona na niej kreska nie obejmowała wartości liczbowych dla szkieł, a jedynie pozostałe, puste rubryki recepty. Ponadto taka recepta nie wzbudziła wątpliwości w salonie optycznym, gdyż na jej podstawie wyrobiono przecież okulary. W tej kwestii rzecznik przesłuchał dodatkowo pracownika salonu optycznego, który również zeznał, że taki znak nie oznacza w jego ocenie nieważności recepty i może być interpretowany jako przekreślenie pustych rubryk w celu uniemożliwienia nieautoryzowanych zmian treści recepty. Co do propozycji zwrotu kosztów przez lekarza ojciec dziecka stwierdził, że nie interesuje go zwrot kosztów wyłącznie za źle wyrobione soczewki, ponadto arogancka postawa lekarza, który nadal bagatelizuje sprawę i nie przyznaje się do błędu, „zmusza go do żądania wyciągnięcia wobec niego konsekwencji po to, żeby już nikt nigdy nie był przez tego pana narażony na cierpienia”.

Postępowanie rzecznika zakończyło się przedstawieniem lekarzowi okuliście zarzutu „niedołożenia należytej staranności w postępowaniu lekarskim poprzez błędne wypisanie recepty na okulary”. Obwiniony nie przyznał się do zarzucanego czynu. Twierdził, że badanie okulistyczne przeprowadził prawidłowo, receptę anulował i w jej miejsce wystawił prawidłową, ponadto dziecko nie mogłoby w ogóle funkcjonować w takich szkłach, więc nie może być mowy o jakimkolwiek ryzyku pogorszenia wzroku.

Lekarz sugeruje próbę wyłudzenia

Jak wspomniano, sprawą zajmowała się również prokuratura, przed którą wymienione osoby złożyły identyczne i identycznie rozbieżne w kluczowych kwestiach zeznania. Konflikt osiągnął już jednak takie stadium, że składając zeznania, lekarz podjął nawet próby dyskredytowania rodziców dziecka i kierowania pod ich adresem oskarżeń o innego rodzaju czyny, m.in. lekarz oskarżył ojca dziecka o próbę wyłudzenia pieniędzy. Złożył również w prokuraturze, skopiowane najprawdopodobniej z profilu na portalu społecznościowym, wydruki zdjęć ojca, który wspólnie z synami pije jakiś ciemny płyn z kufli, zgłaszając w związku z tym zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa rozpijania nieletnich. Mimo to prokurator wszczął postępowanie w przedmiocie podejrzenia popełnienia przestępstwa z art. 160 § 2 Kodeksu karnego, tj. nieumyślnego narażenia na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia lub ciężkiego uszczerbku na zdrowiu.

Opinia biegłych

W sporządzonej na potrzeby tego postępowania opinii biegłych z udziałem specjalisty okulistyki stwierdzono m.in., że używanie przez kilka, kilkanaście, a nawet przez dłuższy czas szkieł +1,5 dioptrii zamiast -1,5 dioptrii z całą pewnością nie narażało na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia, a także nie narażało na bezpośrednie niebezpieczeństwo ciężkiego uszczerbku na zdrowiu w postaci utraty wzroku, innego ciężkiego kalectwa, ciężkiej choroby nieuleczalnej lub długotrwałej oraz pozostałych jego form. Używanie szkieł o takiej mocy przez osobę krótkowzroczną nie może też doprowadzić do uszkodzenia wzroku. Podkreślono jednocześnie, że używanie takich szkieł faktycznie było mało prawdopodobne, gdyż w takiej sytuacji bez okularów widzenie było lepsze niż w okularach. Jednocześnie nie musiało być tak, że nieprawidłowość szkieł zostałaby od razu zauważona przez ośmioletnie dziecko i zgłoszona jeszcze w salonie optycznym. Dziecko mogło podejmować próby funkcjonowania w nieprawidłowych okularach, jednak dolegliwości z tym związane (przede wszystkim zamazany obraz), mimo braku stałego używania złych okularów, mogło zgłosić rodzicom dopiero po kilku dniach.

Podsumowanie, również finansowe

Postępowanie karne zakończyło się umorzeniem. W postępowaniu zawodowym lekarz zostanie zapewne ukarany karą nagany oraz zobowiązany do naprawienia szkody, tj. zwrotu rodzicom dziecka poniesionych kosztów. Dodatkowymi wydatkami będą dla lekarza koszty reprezentacji przez adwokata przed sądem lekarskim oraz niepoliczalne koszty stresu odczuwanego przez ponad trzy lata (!) toczących się postępowań, konieczności stawiania się na wezwanie różnego rodzaju organów, wielokrotnego składania zeznań, wyjaśnień, pisania pism procesowych, wniosków itp.

Czy koszty te są wyższe, czy niższe niż pierwotnie żądna kwota 500 zł oraz która ze stron wyłącznie odpowiada za eskalację roszczeń – niech czytelnicy ocenią sami.

Nie podejmuję się rozstrzygnięcia, która ze stron konfliktu przedstawia bliższy prawdy przebieg zdarzeń. Warto jednak zwrócić uwagę, że żądania ojca dziecka za każdym razem ograniczone były do zwrotu poniesionych kosztów oraz przyznania się lekarza do błędu i przeproszenia za pomyłkę. Mało prawdopodobna wydaje się w tym świetle interpretacja, według której ojciec dziecka miałby umyślnie zrealizować nieprawidłową, podstępem zdobytą receptę tylko po to, żeby eskalować konflikt z lekarzem i wyłudzić pieniądze.