Co znajdziesz w artykule?

Lekcja w stanie zakaźnym

Epidemia koronawirusa przypomniała o specjalności z chorób zakaźnych i epidemiologii, mało popularnej wśród młodych lekarzy. Nie ma zachęt do kształcenia się i rozwijania w tej dziedzinie, możliwości zatrudnienia są ograniczone. Szkoda, bo przecież epidemiolodzy wykonali fantastyczną pracę po wojnie, kiedy mieliśmy wiele przypadków duru brzusznego, gruźlicy i polio. Inspekcja Sanitarna i Instytut Higieny wdrożyli programy szczepień, dzięki którym udało się wyeliminować te niebezpieczne choroby zakaźne. Może to nas pozornie uspokoiło i sprawiło, że nie doceniamy tych dziedzin.

Epidemia zwróciła nam też uwagę, że jesteśmy częścią natury i nie możemy tego bagatelizować.

Ludzie uświadomili sobie, jak ważna jest prewencja chorób. Nie tylko odpowiednie leczenie, gdy pojawi się choroba, ale przygotowanie się na nią. Praca nad lepszą kondycją immunologiczną, zdrowy tryb życia wpływają na to, jak poradzimy sobie podczas epidemii. Myślę, że na dłużej pozostanie z nami nawyk mycia rąk po powrocie z miasta, duża uważność podczas przygotowywania jedzenia, higiena kaszlu i kataru, kichanie w łokieć.

To wszystko jest ważne także w zapobieganiu rozszerzaniu się szczepów bakterii wieloopornych, które są bardzo dużym zagrożeniem współczesnego człowieka.

Spis treści

MT: Czy jako specjalista spodziewała się pani nadejścia nowego wirusa?

Prof. Joanna Zajkowska: Nie tak szybko i nie w takiej skali, natomiast sytuacja była do przewidzenia. Mieliśmy wcześniej wirusa SARS, potem MERS, wiedzieliśmy, że mutacji koronawirusów sprzyja antropopresja – wchodzenie człowieka w naturę i niebezpiecznie bliski kontakt z rezerwuarem zwierzęcym. Kwestią czasu było, kiedy nowa mutacja pojawi się u ludzi. Jednak skala epidemii rzeczywiście zaskakuje.

MT: Co jest nietypowe

w tym wirusie?

J.Z.: Wirusy z grupy korona to duże wirusy. Ten odpowiadający za obecną epidemię (SARS-CoV-2) ma 30 tysięcy par zasad. Jego mechanizmy naprawcze przy replikacji są bardzo słabe, więc łatwo dochodzi do mutacji. Pewna mutacja tych wirusów występujących dotąd u nietoperzy nabyła zdolność wnikania do komórek człowieka i namnażania się w nich. Koronawirus SARS-CoV-2 ma powinowactwo do receptora, który znajduje się w górnych drogach oddechowych. Namnaża się w nabłonku nosa i jamy ustnej, tam jego ilość jest największa. Sprawia to, że znajduje się w wydychanym powietrzu i łatwo się rozprzestrzenia od osób chorych. Ponadto mamy dużą ilość przypadków bezobjawowych, tak zwanych asymptomatycznych, gdy bez objawów choroby wirus rozprzestrzenia się w powietrzu wraz z wydychaną parą wodną w trakcie mówienia, kaszlu, kichania. Zakażamy się, przebywając w bliskiej odległości od osoby zakażonej (bliżej niż 2 m), przez dłużej niż 15 min.

To go różni na przykład od koronawirusa wywołującego MERS, który wykorzystuje inny receptor, znajdujący się w dolnych drogach oddechowych. Żeby doszło do zakażenia, trzeba zainhalować większą liczbę cząstek. Trudniej się zakazić, ale z kolei objawy są groźniejsze – od razu występuje zapalenie płuc i większa jest liczba ciężkich przebiegów.

MT: Jakie są statystyki odnośnie do śmiertelności i ciężkich postaci COVID-19 w poszczególnych grupach wiekowych?

J.Z.: Na początku dane z Chin mówiły o śmiertelności na poziomie 2-3 proc., natomiast w grupach osób 70-80-letnich – to było kilkanaście czy nawet kilkadziesiąt procent. Jednak nie wiedzieliśmy, czy są to dane tylko ze szpitali, czy zostały uwzględnione także przypadki osób, które zmarły w domu. Z początku także w populacji europejskiej wskazywano na odsetek 0-3 proc. śmiertelności. Ale ten odsetek wzrasta i w tej chwili wynosi około 4 proc. Dane nie są pełne, bo wciąż nie wiemy, ilu chorych jest bezobjawowych lub skąpo symptomatycznych. Dane te różnią się też w zależności od kraju. Bardzo niepokojące są dane z Włoch, Hiszpanii i Iranu. Tam odsetki postaci ciężkich są dużo wyższe.

MT: Czy w pani ocenie popełniono ewidentne błędy w walce z epidemią?

J.Z.: Nie doceniliśmy początkowo zagrożenia w warunkach europejskich, sugerując się początkowymi danymi z Chin, że to łagodna choroba, która nie spowoduje dużej ilości zgonów. Chińczycy też nie raportowali o zachorowaniach, które już obserwowano w październiku, o nowej chorobie informowali dopiero w grudniu.

Był przełom lutego i marca, mieliśmy szczyt zachorowań na grypę, 200 tys. przypadków przy śmiertelności ok. 0,5 proc. Problem grypy wydawał się większy niż rozpoczynająca się epidemia koronawirusa.

Natomiast obserwując to, co działo się potem we Włoszech, trzeba było zmienić zdanie. Trudno jednak nazwać to błędem, opierano się na napływających danych.

MT: Jakie są wskaźniki śmiertelności koronawirusa w zależności od współistniejących chorób przewlekłych i innych?

J.Z.: Większą podatność na zakażenie koronawirusem mają osoby o obniżonej sprawności układu odpornościowego, ze względu na choroby z autoagresji i przyjmowanie leków immunosupresyjnych. Ponadto osoby po 65. r.ż., u których z powodu inwolucji grasicy w sposób fizjologiczny zmniejsza się odporność na wszelkie wirusy. W tych grupach ewidentnie jest większy odsetek ciężkich przebiegów. Wyższa śmiertelność dotyczy też osób z chorobami układu oddechowego, np. astmą. Zakażenia szybciej ujawniają objawy chorób współistniejących takich jak przewlekła obturacyjna choroba płuc, choroby kardiologiczne lub genetyczne obciążające układ oddechowy, np. mukowiscydoza. Także cały szereg leków immunosupresyjnych wpływa na zdolność radzenia sobie z zakażeniami wirusowymi. Ryzyko zwiększają też na pewno chemioterapia i radioterapia, które osłabiają układ odpornościowy. Wszystkie te przypadki to wysokie ryzyko ciężkiego przebiegu COVID-19. 80 proc. przebiega łagodnie, natomiast z pozostałych 20 proc. kilka procent przebiega dramatycznie ciężko, z niepomyślnym zakończeniem. Odpowiadają za to choroby współistniejące, ale też nieprawidłowa nadmierna reakcja zapalna.

MT: Które czynniki środowiskowe mogą pogorszyć przebieg?

J.Z.: Smog, ponieważ stanowi obciążenie układu oddechowego. Z pewnością także palenie papierosów, ponieważ obniża zdolność naturalnego eliminowania z organizmu inhalowanych patogenów. Łatwiej dochodzi do zainhalowania zakaźnego aerozolu w głąb płuc, co sprzyja ciężkim przebiegom.

MT: W internecie można znaleźć tabelki z porównaniem objawów, które mają ułatwić lekarzom odróżnienie grypy i COVID-19. Czy takie zestawienia mają sens?

J.Z.: Gdyby rozróżnienie klinicznie było takie łatwe, po co walczylibyśmy o testy? Wysoka gorączka, kaszel, bóle mięśni, ogólne rozbicie czy zmęczenie – objawy grypy i zakażenia koronawirusem na początku są identyczne. Ich nasilenie może być różne u różnych pacjentów, w związku z tym nie da się w ten sposób odróżnić tych chorób. Duszność pojawia się na późniejszym etapie choroby, ale nie jest wykluczona w grypie.

U pacjenta gorączkującego z kaszlem można ewentualnie wykorzystać szybkie testy na grypę, ponieważ jej wyeliminowanie wskaże nam, by szukać innej przyczyny. Jeżeli jest jeszcze w wywiadzie epidemiologicznym dodatkowo kontakt – łatwiej jest uprawdopodobnić rozpoznanie. Zwraca się uwagę na objaw w postaci pogorszenia węchu na początku COVID-19.

MT: Czy rzeczywiście musi zakazić się większość populacji, żeby epidemia samoograniczyła się?

J.Z.: Staramy się na wszelkie sposoby spowodować wypłaszczenie krzywej epidemii poprzez ograniczenie transmisji między ludźmi, tzw. social distancing. Stąd wynikają działania prewencyjne w postaci zamknięcia szkół i restauracji. W takim wariancie pojawi się mniej zakażeń, ale dłużej utrzymujących się.

Ocieplenie pogody będzie sprzyjało szybszemu wysychaniu zakaźnego aerozolu, co także zmniejszy zakaźność.

Na pewno jednak epidemia po osiągnięciu szczytu przez jakiś czas będzie się tliła. Widzimy to w Chinach. Mimo podjętych bardzo drastycznych środków i wycofania się epidemii, pojedyncze przypadki nadal się pojawiają, a związane są z osobami przyjezdnymi.

MT: Co nas czeka?

J.Z.: Gdybyśmy robili na masową skalę badania przesiewowe na SARS-CoV-2, wiedzielibyśmy, ile osób jest bezobjawowych potencjalnie zakażających i łatwiej byłoby prognozować, co będzie dalej. Zostały uruchomione kolejne laboratoria, żeby badań było jak najwięcej, i to powinno nam pomóc w podjęciu dalszej strategii.

A rozwój wypadków? Myślę, że analogii trzeba szukać w pandemiach grypy. W zależności od wirusa jedne kończyły się szybciej, inne, jak słynna hiszpanka, trwały dłużej i zebrały ogromne żniwo.

To, czy w Polsce czeka nas scenariusz włoski, czy niemiecki, zależy od tego, czy będziemy w stanie przerwać drogi transmisji, jak jesteśmy zdyscyplinowani w utrzymywaniu dystansu z innymi i rygorów kwarantanny, aby spowolnić rozwój epidemii.

MT: Oblicze koronawirusa może się jeszcze zmienić?

J.Z.: Wirusy, które istnieją w przyrodzie (szczególnie gdy krążą wsród zwierząt), nabierają nowych cech. Na przykład wirus zika był znany od co najmniej 30 lat. Wywoływał łagodne choroby grypopodobne i właściwie nie budził wielkiego niepokoju. Ale wirusy mają to do siebie, że dochodzi do ich mutacji i na pewnym obszarze geograficznym powstał taki wirus zika, który okazał się niebezpieczny dla komórek nerwowych u płodów. W efekcie zakażenie kobiety ciężarnej powodowało urodzenie dzieci z małogłowiem.

Z koronawirusem też może być tak, że np. utraci zdolność wchodzenia do komórek nabłonkowych górnych dróg oddechowych albo nabędzie zdolności wykorzystywania receptora zlokalizowanego w innym miejscu. Wirusy to potrafią.

MT: Czy jeśli koronawirus z nami zostanie, nauczymy się z nim żyć, tak jak na przykład z grypą sezonową?

J.Z.: Koronawirus na pewno pozostanie w rezerwuarze zwierzęcym, skąd pochodzi, i będzie stanowił także zagrożenie dla człowieka. Możemy jednak przerwać transmisję między ludźmi, a także jeżeli powstanie szczepionka i się nią zaszczepimy.

MT: Jak przebiegają prace nad nią?

J.Z.: Wirus został wyizolowany bardzo wcześnie i kilka laboratoriów, m.in. z Chin i Włoch, od razu chwaliło się, że ma materiał genetyczny i prowadzi intensywne prace. Wyprodukowanie szczepionki jednak wymaga badań na zwierzętach i badań klinicznych, zanim zostaną udostępnione społeczeństwu. W tym przypadku sytuacja pandemii światowej z pewnością te prace przyspieszy.

MT: Czy jest prawdopodobne, że zagrożenie wygaśnie i zapomnimy o szczepionce?

J.Z.: Myślę, że Chińczycy będą jednak dążyć do wyprodukowania szczepionki, ponieważ wirus obecny jest w ich środowisku i na pewno jeszcze długo będzie się utrzymywał. Może Europejczycy także przełamią niechęć do szczepień. Na pewno wielu przekona się, że na choroby, na które nie ma leczenia przyczynowego, najlepiej się uodpornić poprzez szczepienie.

MT: Słyszymy o eksperymentalnym leczeniu. Przynosi ono zadowalające rezultaty?

J.Z.: Nie ma leku przeznaczonego konkretnie do walki z koronawirusem. Wymienia się protokoły leczenia hydrochlorochiną, tamiflu, kaletrą, ale nie ma badań, które by potwierdziły jednoznacznie ich skuteczność, w związku z tym nie ma rekomendacji, jedynie zalecenia. Leczenie przede wszystkim pozostaje objawowe.

MT: Jak zmieni się obraz ochrony zdrowia po koranawirusie?

J.Z.: Jest takie powiedzenie: jeśli chcesz pokoju, szykuj się do wojny. Kiedy nie ma bezpośredniego niebezpieczeństwa chorób zakaźnych, należy się przygotować na ich nadejście.

MT: Czy ruchy antyszczepionkowe zostaną już pogrzebane całkowicie?

J.Z.: Chciałabym. Szczepienia to jest jeden z najlepszych wynalazków medycyny. Historia epidemiologii uczy, z iloma chorobami poradziliśmy sobie dzięki szczepieniom. Dziś żyjemy odseparowani od środowiska, a przez to stajemy się bezbronni w zetknięciu z patogenami. Szczepienia wypełniają tę lukę i przygotowują nas na patogeny, na które w sposób naturalny nie jesteśmy w stanie się przygotować.

Może dzięki przyspieszonej edukacji, którą przechodzimy w czasie epidemii, zmniejszy się podatność ludzi na wciskanie suplementów, paraleków i innych dziwnych metod medycznych. Zdumiewa mnie skala oferty produktów całkowicie zbędnych, nieracjonalnych. Mam nadzieję, że to także choć trochę się zmieni.

MT: Wirusy i bakterie cały czas mutują, a zmiany klimatyczne te procesy przyspieszają. Czy na horyzoncie widać już w nowe zagrożenia?

J.Z.: Takim zagrożeniem są choroby przenoszone przez komary. Nowe inwazyjne gatunki pojawiły się na terytoriach, na których dotąd ich nie było, np. we Włoszech, i znakomicie się tam czują. Dostają się tam wraz z transportem lotniczym lub morskim i przenoszą choroby takie jak czikungunia, denga czy zika. Tzw. choroby wektorowe na pewno należy monitorować. Podobnie groźna jest choćby znana malaria przenoszona przez komary, która wskutek ocieplenia klimatu rozszerza swoją ekspansję. W środowisku nadal pozostają liczne wirusy, w tym te wywołujące gorączkę krwotoczną ebola czy gorączkę lassa.

MT: W Polsce o tych chorobach usłyszymy?

J.Z.: Jeszcze nie zostały do nas przywleczone, natomiast w swoim środowisku wciąż występują i ciągle się zmieniają. Mają zdolność zakażenia człowieka, a człowiek zakaża innych ludzi. Wirusy i bakterie stanowią część środowiska, które nas otacza, a te groźne są czasem bardzo blisko nas.