Co znajdziesz w artykule?

Społeczne odium wobec pacjentów z chorobami psychicznymi sprawia, że czują się oni dyskryminowani, traktowani gorzej, z obawą, a nawet lękiem. Nie tylko przez całe społeczeństwo, ale czasem również przez lekarzy. Psychiatrzy i ich pacjenci zwracają uwagę na niedostateczne zrozumienie, czym jest kryzys psychiczny przez ludzi, którzy go nie doświadczyli, bez względu na profesję. Zmiana takiej sytuacji wymaga szerokiej edukacji − już od przedszkola

Spis treści

W Polsce na schizofrenię choruje ok. 1% społeczeństwa, tj. 400 tys. osób. Choroba afektywna dwubiegunowa (ChAD) dotyczy 800 tys. ludzi, a 3 mln ma depresję. To tylko 3 spośród wielu zaburzeń psychicznych, których łącznie doświadcza w swoim życiu więcej niż 1/4 dorosłych mieszkańców Polski, czyli ponad 8 mln osób − wynika z badań EZOP II przeprowadzonych przez Instytut Psychiatrii i Neurologii (IPiN) przed pandemią i wojną w Ukrainie. Ponad połowa Polaków nie akceptuje osób z zaburzeniami

w swoim środowisku i niechętnie widzi placówki opieki psychiatrycznej w pobliżu swojego miejsca zamieszkania. Nie chcemy mieszkać obok osoby, która choruje psychicznie, nie chcemy takiej osoby za zięcia, przyjaźnić się z nią ani nawet być w tym samym czasie z nią na basenie.

Zdarza się, że pacjentów psychiatrycznych unikają też lekarze niebędący psychiatrami. – Niestety, to prawda. Widzę to nie tylko z perspektywy pacjenta, lecz – co jest paradoksalne – z perspektywy szpitala psychiatrycznego. Czasami mamy na oddziale osoby w naprawdę złym stanie somatycznym i z różnymi komplikacjami somatycznymi, które potrzebują hospitalizacji lub diagnostyki w szpitalu niepsychiatrycznym. Taka wizyta bywa trudna do umówienia. Jest to dla mnie bardzo dziwne, ale takie zjawisko obserwuję od lat – mówi prof. dr hab. n. med. Agata Szulc, kierownik Kliniki Psychiatrycznej Wydziału Nauk o Zdrowiu Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego.

Pani profesor przywołuje sytuację, której doświadczyła kilka lat temu, gdy pracowała w innej placówce. Do szpitala psychiatrycznego w Białymstoku trafiła kobieta z objawami psychozy. Po przeprowadzeniu badań na oddziale stwierdzono, że powodem psychozy były somatyczne zmiany w mózgu. Nie była chora psychicznie. Późniejsze badania potwierdziły, że był to skutek guzów w mózgu, będących przerzutami nowotworowymi, najprawdopodobniej z płuc.

– Skontaktowaliśmy się z oddziałem onkologicznym w jednym ze szpitali ogólnych z prośbą o konsultację onkologiczną tej pacjentki. Personel tamtejszego oddziału odmówił jej przyjęcia. Zasugerowali, że najlepiej, żebyśmy my sami w szpitalu psychiatrycznym zrobili tej pacjentce biopsję tego guza, „bo wcale nie jest powiedziane, że to jest rak”. A cóż to innego mogłoby być? – pyta retorycznie prof. Szulc. − Nie mogliśmy czekać. Szybszą ścieżką okazało się wypisanie tej kobiety z naszego szpitala, żeby indywidualnie udała się do poradni onkologicznej. Tak też zrobiła. Nie wspominając nic o problemach natury psychicznej, prędko uzyskała tam pomoc. Potwierdzono nowotwór mózgu. Cała sprawa oparła się później o dyrekcję szpitala, który odmówił nam pomocy. Ta historia i postawa tamtejszych lekarzy bardzo mnie wtedy zbulwersowały. W taki sposób bronią się inni lekarze przed pacjentami psychiatrycznymi. Stygmatyzacja choroby psychicznej powoduje, że podobne historie mają miejsce, również dzisiaj. Nie jest to oczywiście reguła, tylko negatywny przykład, że bywa i tak – mówi prof. Szulc.

Choroby lepsze i gorsze

Choroba, nawet jeśli ma ciężki przebieg, jest tylko fragmentem stanu zdrowia danej osoby i jedynie częścią jej życia. Jeśli skupimy się na tym trudnym doświadczeniu, to okazuje się, że za nim kryje się człowiek z normalnymi, zwykłymi, ludzkimi potrzebami. Pytanie, co zrobić, żeby aż tak bardzo nie koncentrować się na samej chorobie.

– Myślę, że zbyt duże znaczenie przypisujemy samej chorobie i widać to niestety również w postawie lekarzy, traktujących schizofrenię przede wszystkim jako „szał”, czyli ciężki stan chorobowego pobudzenia, który mieli okazję obserwować podczas szkolenia na całodobowym oddziale psychiatrycznym. A całej reszty nie widzimy. Więc gdy przychodzi pacjent do kardiologa i ten lekarz słyszy, że to jest osoba z migotaniem przedsionków, ale jednocześnie ze schizofrenią, odżywają w nim te najgorsze skojarzenia z kilkutygodniowej edukacji na studiach. Przestaje widzieć w nim spokojnego człowieka, którego ma przed sobą, być może z resztkowymi objawami schizofrenii, a może nawet bez jej widocznych oznak, tylko wyobraźnia zaczyna mu podpowiadać wszystkie najgorsze skojarzenia czynów, których ten człowiek może się dopuścić, kiedy zostanie przyjęty do szpitala na kardiologię – mówi dr n. med. Artur Kochański, psychiatra z Lubelskiego Stowarzyszenia Ochrony Zdrowia Psychicznego, organizacji pozarządowej działającej od ponad 30 lat na terenie Lublina i Lubelszczyzny.

Pacjenci psychiatryczni, podobnie jak reszta społeczeństwa, zapadają na choroby somatyczne. Na niektóre z nich (np. na cukrzycę) nawet częściej, bo są one nierzadko konsekwencją leczenia przeciwpsychotycznego, niepożądanym działaniem części leków psychiatrycznych. Idąc do specjalisty, niechętnie przyznają się do doświadczenia kryzysu psychicznego. Dlaczego? Zdarza, że lekarz, słysząc, że pacjent leczy się psychiatrycznie, odsyła go do psychiatry. A problemy, z którymi ta osoba się zwraca – np. bóle głowy, kręgosłupa albo duszność − zrzuca na karb choroby psychicznej. Nie przy cukrzycy, bo wyniki pomiaru glikemii są jej ewidentnym dowodem. Jeśli pacjenci już muszą powiedzieć, że przyjmują na stałe jakieś leki (psychiatryczne), zawsze znajdzie się na to mniej bolesne wyjaśnienie: załamanie nerwowe, depresja, przewlekły stan lękowy. Bo część chorób psychicznych jest bardziej akceptowana społecznie. Schizofrenia nadal jest współczesną formą trądu, jak to określił Edwin Fuller Torrey, amerykański psychiatra i badacz schizofrenii. O wielu osobach, z którymi się spotykamy, pracujemy, nie wiemy, że na nią chorują.

Rodzinni lekarze dobrzy dla osób z doświadczeniem kryzysu psychicznego

− Są oczywiście lekarze, którzy podchodzą do naszych chorych ze zrozumieniem. Znam takich wielu, z którymi stale współpracuję, do których często kieruję naszych pacjentów. Problem bywa raczej ze specjalistami. Lekarze rodzinni dobrze na tym polu współpracują. Widzą człowieka całościowo, znają problem – wiedzą, że ich pacjent choruje na schizofrenię i jednocześnie ma cukrzycę. Pacjenci mogą przybierać na wadze, miewają problemy z hormonami i różne choroby metaboliczne związane z nadwagą lub otyłością. Jestem pod wrażeniem świadomości i wiedzy lekarzy rodzinnych. Przychodzą do mnie też pacjenci od lekarza POZ już ze wstępnym rozpoznaniem problemu psychicznego i wdrożonym trafnym leczeniem. Specjaliści mniej holistycznie podchodzą do naszych pacjentów. Ale też prawdą jest, że lekarze rodzinni częściej widują tego samego pacjenta, często również jego rodzinę. Lekarze rodzinni w POZ mogą spokojnie wdrożyć leczenie psychiatryczne. Jeśli się doszkalają, mają do tego odpowiednią wiedzę – zaznacza prof. Szulc.

Dobry kontakt pacjentów psychiatrycznych z lekarzami rodzinnymi, z internistami w POZ, potwierdza Katarzyna Szczerbowska, dziennikarka, osoba z doświadczeniem kryzysu, z diagnozą schizofrenii, aktywistka działająca na rzecz osób z taką diagnozą. – Z mojego doświadczenia i relacji znanych mi osób wynika, że gdy powiesz lekarzowi pierwszego kontaktu, że masz schizofrenię, to często jest on dla ciebie dużo bardziej serdeczny, chętniej pomaga. Gorzej, jeśli chodzi o ginekologów. Zdarza się, że osobom z diagnozą schizofrenii sugerują, że nie powinny mieć dzieci. To samo słyszą kobiety, które mają mężów, partnerów albo chłopaków z tą chorobą. Wiele osób ze schizofrenią nie ma w rodzinie nikogo ze schizofrenią. Dlaczego osoby z nowotworami, niedosłyszące, z poważną wadą wzroku albo padaczką mogą mieć dzieci, a my nie? Takie traktowanie jest, moim zdaniem, eugeniczne. Gdyby wszyscy ludzie ze schizofrenią nie mogli mieć dzieci, to nie urodziłaby się Marylin Monroe, której mama doświadczała psychoz zdiagnozowanych jako schizofrenia tak dotkliwych, że została umieszczona niemal na całe dorosłe życie w zakładzie psychiatrycznym – zauważa Katarzyna Szczerbowska.

Bronią się przed trudniejszym pacjentem

Lekarze obawiają się, że pacjent psychiatryczny jest trudny, że nie będzie współpracował. Tak się zdarza, ale to też nie jest reguła. – Bywa, że kiedy mówię do moich pacjentów: „Proszę się zgłosić do specjalisty z powodu nadciśnienia”, to często nie chcą. Proszą, żebym to ja im wypisała odpowiednie leki, ale nie zawsze mogę. Tak to jest z pacjentami psychiatrycznymi − jak już zaufają swojemu psychiatrze, to nie chcą chodzić do innych lekarzy. Zostają z tym, z kim czują się bezpiecznie. Wygląda to tak, jakby ochrona zdrowia obawiała się naszych podopiecznych. A przecież schorzenia natury psychicznej są chlebem powszednim wszystkich nas, lekarzy. Przypomnę, że wiele problemów somatycznych może objawiać się przejściowymi zaburzeniami psychicznymi, a stan psychiczny pacjentów poprawia się, gdy zostaną wyleczeni somatycznie. Tak bywa np. u osób starszych z zaburzeniami pamięci, orientacji. Albo w poważniejszych chorobach, jak właśnie wspomniane wcześniej guzy mózgu, które naciskają na sąsiednie struktury − są one wyłącznie problemami somatycznymi − zauważa prof. Szulc.

Czego się obawiamy?

Dla wielu ludzi choroba psychiczna to wciąż coś nieznanego, obcego, strasznego i przerażającego, co budzi lęk i dystans. Coś, od czego lepiej trzymać się z daleka. Jeszcze 20 lat temu podobne obawy budził rak. Ludzie wstydzili się, nie mówili o chorobie nowotworowej, bo od razu stawiano na nich krzyżyk: że zaraz umrą, że nic im nie pomoże. A dzisiaj? Nawet celebryci publicznie opowiadają o raku, w tym prostaty i jąder.

Faktem jest, że leczenie onkologiczne jest dzisiaj skuteczniejsze niż dwie dekady temu, więc po przejściu skutecznej terapii przeciwnowotworowej można dożyć sędziwego wieku. Ale i leczenie psychiatryczne też jest lepsze niż kiedyś. Tymczasem rak przestał być chorobą wstydliwą, a schizofrenia nią pozostała. Łatwiej jest, przynajmniej z perspektywy poruszania się w przestrzeni publicznej, osobom z chorobą afektywną dwubiegunową, depresją albo lękami.

− Niezmiennie dziwi mnie ukrywanie przez pacjentów choroby psychicznej przed innymi lekarzami. Kilka roczników studentów już wyszkoliłam w zakresie zdrowia psychicznego, a zjawisko trwa. Tłumaczę studentom, że pacjent z chorą wątrobą i ze schizofrenią to jest chory jak każdy inny. No, ale cóż to jest te kilka tygodni edukacji z psychiatrii na studiach? Po kilku latach łatwo wszystko zapomnieć – zauważa prof. Szulc.

Pokutuje też cała historia związana z psychiatrią, myśleniem o zaburzeniach psychicznych. Początki lecznictwa psychiatrycznego bazowały na dużym lęku. Tendencja była taka, że w tej grupie chorych widziano zagrożenie i dążono do tego, żeby ją izolować od reszty społeczeństwa. Są to całe wieki negatywnych skojarzeń wokół tego problemu. To się oczywiście zmienia wraz z upływem czasu, ale te zmiany są powolne. − Wiedza i rozumienie są tymi narzędziami, które ludziom pozwoliłyby zobaczyć, że w omawianym obszarze nie czai się wielkie zagrożenie. Im więcej się o tym mówi w przestrzeni publicznej, im częściej podejmuje tematy związane ze zdrowiem psychicznym, tym więcej ludzie się dowiadują. W taki sposób też można czerpać wiedzę. Nie każdy będzie czytał fachowe książki. A to, co przekazuje się w mediach, dociera do ludzi − np. w postaci opowiedzianych historii, właściwego przedstawiania tematu. Takim kanałem też można budować świadomość. Zobaczyć, że to nie są wyizolowane sytuacje ludzi, tylko część naszego życia społecznego – tłumaczy Justyna Celmer-Rynkiewicz, psycholog kliniczny, certyfikowany psychoterapeuta Polskiego Towarzystwa Psychiatrycznego, kierownik bielańskiego Zespołu Leczenia Środowiskowego w Warszawie.

Gorszy dział medycyny?

Nie tylko pacjenci psychiatryczni bywają gorzej (inaczej) traktowani. Także praca psychiatrów bywa dezawuowana przez lekarzy innych specjalności. − Oficjalny przekaz jest taki, że psychiatrzy cieszą się coraz większym szacunkiem i że psychiatria jest potrzebna. Natomiast różne badania pokazują, że gdy studenci medycyny chwalą się, że chcą jako specjalizację wybrać psychiatrię, są przez swoich kolegów albo bliskich traktowani co najmniej z politowaniem. Podstawowym powodem jest chyba to, że podejmują się pomocy osobom, które zapadły na choroby nieuleczalne, posługują się metodami terapeutycznymi niemającymi w pełni potwierdzenia naukowego i narażają się na agresję ze strony swoich pacjentów. Jest wiele przejawów dyskryminacji nie tylko pacjentów chorych psychicznie, ale też całej psychiatrii jako dyscypliny medycznej. Teraz już może mniej, ale w dalszym ciągu odmawia się psychiatrii bycia pełnoprawną dziedziną wiedzy i nauki – mówi dr Kochański.

Lekarze przyznają, że poziom subiektywizmu jest w psychiatrii większy niż w internie. Kardiolog ma szansę w dużo większej mierze opierać swoją wiedzę i leczenie na obiektywnych wynikach badań. – My, psychiatrzy, często dochodzimy do diagnozy dłużej, ponieważ konsultujemy się z innymi specjalistami, a także psychologami, pielęgniarkami, pracownikami socjalnymi czy terapeutami środowiskowymi. Trudno jednak powiedzieć, żeby skuteczność leczenia przeciwpsychotycznego lub przeciwdepresyjnego była mniejsza niż leczenia przeciwnadciśnieniowego. Myślę, że umniejszające psychiatrii oceny są niesprawiedliwe i krzywdzące. I tak jak dyskryminacja chorych psychicznie wynika z pewnej niewiedzy, tak samo nasi koledzy z innych dziedzin medycyny mają niepełne, a może wręcz fałszywe wyobrażenie na temat tej specjalności, co pozwala sądzić, że sposób nauczania psychiatrii w Polsce jest dosyć kulawy – zauważa dr Kochański.

Jednym z postulatów środowiska związanych z reformowaniem opieki psychiatrycznej jest to, żeby pacjenci z oddziałów całodobowych, tam gdzie są leczeni najciężej chorzy i trafiają w najcięższych stanach psychicznych, mogli natychmiast (bądź w krótkim czasie) liczyć na diagnozę somatyczną, mieć wykonane badania laboratoryjne i neuroobrazowe, być skonsultowani przez lekarzy zajmujących się zdrowiem somatycznym. Chodzi tu też o przychylność środowiska niepsychiatrycznego oraz menedżerów szpitali ogólnych do pomysłu, żeby oddziały psychiatryczne lokalizować przy szpitalach wielospecjalistycznych. O odchodzenie od dużych, monoprofilowych szpitali psychiatrycznych.

− Przez wiele lat pracowałem w szpitalu wielospecjalistycznym, w którym oddział psychiatryczny był wyodrębniony i mieścił się zupełnie gdzie indziej niż pozostałe kliniki, na drugim końcu miasta. Z jednej strony można było liczyć na konsultacje kolegów bez bariery instytucjonalnej, ale z drugiej dzieliła nas bariera geograficzna, co wiązało się z koniecznością przyjazdu konsultanta do nas lub dowiezienia pacjenta do szpitala, co nie zawsze jest łatwe, np. w przypadku pacjenta pobudzonego. Jest to przykład izolacji psychiatrii i działań pozorowanych. Niby lokalizujemy oddział w szpitalu wielospecjalistycznym, ale jest on tak oddalony, że z praktycznego punktu widzenia nie ma to większego znaczenia – zauważa dr Kochański.

Dlaczego w XXI w. ciągle mamy lęk przed pacjentami psychiatrycznymi? To wynika z ich problemów, ale też sprowadza się do tego, w jaki sposób są traktowani przez społeczeństwo, czyli ludzi, którzy nie doświadczyli kryzysu psychicznego.

− Wydaje mi się, że psychiatria od zawsze była wyłączana poza nawias życia społecznego. I widać to na każdym kroku. Choćby w tym, że ludzie nie wiedzą wystarczająco dużo na temat tego, czym jest choroba psychiczna. Typowym przejawem tej niewiedzy jest to, że często mylą doświadczenie kryzysu psychicznego z upośledzeniem umysłowym. A już zupełnie nieprawidłowe, a wręcz karygodne jest utożsamianie choroby psychicznej z zachowaniami niewłaściwymi z punktu widzenia prawa bądź norm społecznych. Myślę, że ogół społeczeństwa nie różni się w tym od lekarzy innych specjalności. Dlatego że lekarze, jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, że są uczeni psychiatrii na studiach za krótko albo w niewłaściwych warunkach – odbywają zajęcia głównie na całodobowych oddziałach psychiatrycznych, gdzie, jak powiedziałem, przebywają pacjenci najciężej chorzy. I taki też sobie wytwarzają obraz choroby psychicznej – mówi dr Kochański.

Lęk wobec chorych psychicznie bywa też uzasadniony, ponieważ czasami potrafią oni zachowywać się dziwnie lub nawet groźnie, kiedy nie są skutecznie leczeni albo nie są leczeni w ogóle. Niestety w przekazie społecznym, medialnym akcentowane są właśnie takie zachowania. Nie mówi się lub mówi się mało o tym, co jest u chorego psychicznie normalne i dlaczego pozostaje on człowiekiem, któremu przysługują wszystkie ludzkie prawa, tylko zwraca się uwagę na tę odmienność. Wypełnia się w tym definicja stygmatyzacji, gdzie pomija się wszystkie inne cechy danej osoby, a koncentruje tylko na tej jednej, która ma ją definiować, i wszystko inne spycha na margines. Zdaniem dr. Kochańskiego deficyt uczestnictwa osób z doświadczeniem kryzysu psychicznego w życiu społecznym jest wynikiem braku właściwej edukacji, odpowiedniego szkolenia na studiach lekarskich i wszystkich innych kierunkach medycznych, braku realnego udziału ludzi chorujących psychicznie w codziennym życiu, w tym ich aktywności zawodowej. Tu problem zaczyna być bardziej złożony i wynika z postaw dwóch stron: niechęci pracodawców, żeby zatrudniać takie osoby, ale też obaw ze strony pacjentów, którzy, czując się wykluczani, wolą pozostawać w ukryciu. Dotykamy tutaj zjawiska autostygmatyzacji, czyli uwewnętrznienia piętna, które powoduje, że pacjenci, kierowani poczuciem niższości i niejako oczekiwaniem odrzucenia, nie podejmują starań o pracę, a jeśli nawet zdobędą się na odwagę, stres powoduje, że wypadają znacznie poniżej własnych możliwości – dodaje dr Kochański.

Żeby to zmienić, trzeba cały czas edukować. Inaczej szkolić w psychiatrii studentów medycyny, lekarzy specjalizujących się w psychiatrii i osoby przygotowywane do innych zawodów medycznych, opierając się w znaczącej mierze na placówkach środowiskowych, a nie koncentrowaniu się na tych dziwnych, niebezpiecznych, groźnych zachowaniach, które są najczęstsze u pacjentów szpitali psychiatrycznych. Ponadto, zdaniem specjalisty, leczyć pacjentów w warunkach naturalnych, a nie w izolacji, w szpitalu psychiatrycznym, co wytwarza niepotrzebną barierę, która może pogłębiać problem psychiczny, szczególnie kiedy wysyłamy chorego do szpitala psychiatrycznego odległego o kilkadziesiąt kilometrów od miejsca zamieszkania. I wreszcie, umożliwić pacjentom aktywność społeczną, przede wszystkim zawodową. I tutaj też konieczna jest edukacja, przygotowanie pracodawców, żeby byli skłonni przyjąć do pracy również osoby z doświadczeniem choroby psychicznej.

Powstające centra zdrowia psychicznego – środowiskowo zorientowane placówki kompleksowej opieki psychiatrycznej − to krok ku temu, żeby wyciągnąć pacjentów ze szpitali. − Nie ma lepszego sposobu na pokonanie barier społecznych, niż pozwolić osobom z doświadczeniem choroby żyć i funkcjonować w naturalnym środowisku, w kontakcie ze społeczeństwem. Szpital psychiatryczny, nawet gdyby był położony w najpiękniejszym budynku i parku, nie da im takiej szansy − kontynuuje dr Kochański.

Trzeba o tym mówić

Nic też tak dobrze nie robi jak przykład innej osoby, która wyszła z choroby, albo z nią żyje, zwyczajnie, jak inni ludzie. Tak jak Katarzyna Szczerbowska, która publicznie mówi: przeszłam kryzys, ale funkcjonuję i żyję jak każdy inny.

Dzisiaj za pomocą coming outów osób publicznych próbujemy edukować społeczeństwo. Ważnymi edukatorami stają się osoby z doświadczeniem kryzysu psychicznego, wchodząc w rolę asystentów zdrowienia, czyli członków zespołu terapeutycznego, którzy pomagają innym pacjentom (ale też terapeutom) zrozumieć pacjentów. Część chorujących psychicznie edukuje, nie upubliczniając się, tylko mówiąc o swojej chorobie, o schizofrenii na konferencjach naukowych albo podczas spotkań z młodzieżą. − Myślę, że oba te sposoby są dobre, żeby oswajać społeczeństwo, w tym lekarzy niebędących psychiatrami, że schizofrenia nie musi być groźna ani dziwaczna – stwierdza dr Kochański.

Pacjenci w przestrzeni publicznej bywają traktowani jako osoby z defektem, ułomnością. Jest też zjawisko polegające na używaniu słów lub wyrażeń kojarzących się z psychiatrią albo zaburzeniami psychicznymi w znaczeniu pejoratywnym. Przykład: profesor na kongresie medycznym podczas wykładu do specjalistów niebędących psychiatrami: „Przez ostatnie 2 lata, mając 2 sprzeczne wyniki badań, żyliśmy jak w schizofrenii”. Porównanie może i trafne, ale czy na miejscu?

− Pacjenci opowiadają, że gorsze traktowanie spotyka ich np. na komisji rentowej, wśród osób teoretycznie obeznanych z tematem, gdzie pacjent mógłby oczekiwać, że poczuje się bezpiecznie, szanowany, a jednak doświadcza traktowania bezosobowego, oceniającego, a wręcz krytycznego. To może boleć – opowiada Justyna Celmer-Rynkiewicz.

Z przyznawaniem się do choroby bywa różnie. Część ludzi woli zachować tę informację dla siebie, ale są tacy, dla których nie jest to trudne, i o tym mówią. To także zależy od tego, na jakim etapie jest dana osoba. − Najtrudniej jest na początku choroby, kiedy człowiek sam nie wie, co się z nim dokładnie dzieje. Zanim dojdzie do lepszego rozumienia siebie, trochę czasu mija. Przychodzi moment, że chorzy nabierają spokoju, godzą się z chorobą i to pozwala im dzielić się swoim doświadczeniem − mówi Justyna Celmer-Rynkiewicz.

Wraz z akcjami społecznymi i reformą polskiej psychiatrii proces zmian trwa, więcej mówi się publicznie o zaburzeniach psychicznych. W kampanii społecznej „Twarze depresji” o swoim doświadczeniu z tą chorobą opowiadają osoby publiczne, aktorzy. Odium z chorujących na depresję zostało do pewnego stopnia zdjęte, ale przecież kampania trwa już kilkanaście lat. Mogą być potrzebne zmiany pokoleniowe. Więcej w publicznym dyskursie jest też o chorobie afektywnej dwubiegunowej. O swoim życiu z ChAD opowiedziała w mediach modelka Cleo Ćwiek. Być może przyjdzie pora na lepsze zrozumienie zaburzeń psychotycznych związanych ze schizofrenią.

− Taki a nie inny stosunek do pacjentów to kwestia osobowości, a nie profesji. Ochrona zdrowia nie jest w tym względzie wyjątkiem. Zmiana postrzegania leczących się psychiatrycznie wymaga dużej pracy: edukacji i podnoszenia świadomości – podsumowuje prof. Szulc.

Potrzebna jest tu współpraca zarówno profesjonalistów, tj. lekarzy, terapeutów, psychologów, jak i samych pacjentów. A także organizacji rządowych, samorządowych i pozarządowych, fundacji i stowarzyszeń. Nas wszystkich.

Może zabrzmi to jak truizm, ale życie nie jest idealne i nie zawsze takie, jakbyśmy sobie życzyli. Nikt nie wie, kto i kiedy na co zachoruje – on sam, żona, mąż, dziecko. Bez względu na profesję. Lekarze też chorują. Empatia, wsparcie, zrozumienie, serdeczność wobec osób chorych czyni społeczeństwo lepszym. To także inwestycja w przyszłość następnych pokoleń. Naszych dzieci i wnuków. Zmieniajmy to, co możemy i jak możemy − na lepsze, wówczas lepiej będzie się żyło naszym dzieciom.



Zdjęcia: Andrzej Hulimka, archiwum prywatne, ilustracje: GDArts/iStock/Getty Images Plus/Getty Images (4)