Co znajdziesz w artykule?
O znaczeniu wszczepienia pierwszemu człowiekowi chipa, który pozwala za pomocą myśli używać smartfona lub komputera, w rozmowie z Iwoną Dudzik mówi dr n. med. Sebastian Dzierzęcki, specjalista neurochirurg

Medical Tribune: Jest pan neurochirurgiem doświadczonym we wszczepianiu stymulatorów do mózgu pacjentom np. z chorobą Parkinsona, zespołem Tourette’a lub depresją. Kiedy 29 stycznia na platformie X Elon Musk ogłosił wszczepienie chipa sparaliżowanemu człowiekowi, poczuł pan ekscytację, że otwierają się dla neurochirurgii nowe możliwości?

Dr Sebastian Dzierzęcki: Faktycznie, ogłoszenie tego było spektaklem w hollywoodzkim stylu. Już wcześniej Neuralink na swojej stronie zwrócił się do

ochotników gotowych przetestować nową medyczną technologię: „Jeśli jesteś osobą z czterokończynowym niedowładem albo ze stwardnieniem zanikowym bocznym, to przyjdź do nas i zmień przyszłość ludzkości”. Paradoks polega jednak na tym, że Elon Musk swoim wynalazkiem strzelił neurochirurgom w kolano. Bo jego system jest tak pomyślany, że neurochirurg w ogóle nie jest potrzebny. Neuralink pokazał nie tylko chip, ale także robota, który będzie ten chip implantował w sposób precyzyjny i bezpieczny.

MT: Implant, nazwany Telepatia lub N1, został wszczepiony po raz pierwszy człowiekowi po tysiącach prób na zwierzętach, które różnie się kończyły. Amerykańska Agencja Żywności i Leków (FDA – Food and Drug Administration) długo zwlekała, w końcu zgodziła się na eksperyment na ludziach. Dziś widzimy, że 29-letni pacjent gra na laptopie w szachy, a kursorem porusza tylko własnym mózgiem. Co to oznacza?

S.D.: Elon Musk wyraźnie szuka szerokiej akceptacji społecznej dla swojej metody. Dlatego wybrał sparaliżowane osoby, którym medycyna nie może pomóc. Dał im nadzieję, że dzięki nowej technologii za sprawą własnych myśli będą mogły skomunikować się z aplikacją w telefonie i na przykład włączyć światło bądź napisać maila, a nawet wstać z wózka z pomocą egzoszkieletu. Zewnętrzne siłowniki sterowane myślami przez bluetooth będą zginały kolana albo stawy biodrowe. Pacjent będzie chodził i poruszał rękami.

Każdy, kto o tym słyszy, ja także, od razu chce dać tej technologii zielone światło. I o to Elonowi Muskowi chodzi, bo musi uzyskać zgodę FDA na dalsze badania kliniczne z udziałem ochotników. Z drugiej jednak strony trzeba pamiętać, że on nie robi tego wyłącznie z altruizmu.

MT: Sugeruje pan, że nie tylko o leczenie pacjentów mu chodzi?

S.D.: Elon Musk jest biznesmenem. Chce być ikoną, chce zarabiać. A ile w populacji jest osób z niedowładem? Jego interesują przedsięwzięcia na dużą skalę. Wie, jak z małej rzeczy zrobić wielką. Pokazał to wiele razy. Nie on wymyślił samochody elektryczne, komunikację w tunelach pod miastami, sztuczną inteligencję albo loty na Marsa. A jednak to jego Tesla, hyperloop, ChatGPT czy cybertruck z miejsca stały się kultowe.

I też nie jest tak, że to on jako pierwszy na świecie opracował brain-computer interface, bo przed nim pracowało nad tym około 100 zespołów, przy czym nikt nie otrzymał zgody FDA na wprowadzenie takiego implantu na rynek. On natomiast wziął najlepsze osiągnięcia poprzedników, znalazł ich słabe punkty i je poprawił. Liczy, że jemu się uda, a jego produkt znów stanie się ikoniczny. Dlatego twierdzę, że główną koncepcją Elona Muska nie jest pomoc chorym.

MT: Komu, jeśli nie chorym, miałby wszczepiać swoje chipy?

S.D.: Ludziom zdrowym.

MT: Po co?

S.D.: By dać im możliwości, jakich dotąd nie mieli. W kilkanaście minut, za sprawą bezbolesnego zabiegu wszczepienia chipa, człowiek zyska nowy wymiar. Nie tylko będzie miał możliwość szybkiej komunikacji z komputerem i sztuczną inteligencją (AI – artificial intelligence). Dzięki wybranym modułom sztucznej inteligencji jego mózg zyska dodatkową funkcjonalność − coś, co nigdy nie było możliwe. Czyli na przykład będzie mógł mówić w dowolnym języku świata. Otrzyma do wyboru moduły: matematyczny, ekonomiczny, historyczny, będzie wchodził w nowe obszary wizualne, pamięciowe i z nich korzystał – to jest główna wizja Elona Muska.

MT: Jest od tego o krok?

S.D.: W połowie drogi. Bez zgody FDA na badania kliniczne Musk nie będzie mógł pójść dalej, dlatego myślę, że pomoc tetraplegikom ma być takim zmiękczaczem.

MT: Przyszłość przedsięwzięcia Elona Muska zależy więc od tego, jak zadziała chip u pierwszego pacjenta, a następnie, jak zapowiada Neuralink, u kolejnych dziesięciu.

S.D.: To jest teraz najważniejsze. Dlatego od razu po operacji Musk napisał na X, że pacjent czuje się dobrze, a procesor czyni pierwsze interpretacje sygnałów elektrycznych. Pacjeta zobaczyliśmy 20 marca podczas transmisji na X. Uśmiechnięty mówił, że chip zmienił jego życie, że po operacji nie ma żadnych zaburzeń poznawczych.

MT: O czym to świadczy?

S.D.: O profesjonalnym podejściu. Skoro przedsięwzięcie zaplanowane jest na kilka lat, to badacze nie chcą przekazywać niepełnych, nie do końca wartościowych informacji. Wszyscy więc wciąż czekają na informację, czy uda się powtórzyć to, co osiągnięto u małpy. To było w kwietniu 2021 r., czyli cztery lata od pierwszych prób Neuralinku z chipami u gryzoni. Wszczepiono implant małpie, a wkrótce opublikowano filmik, jak makak o imieniu Pager gra na komputerze w ping ponga. Nie przyciska żadnych guzików, nie ma żadnych kabli, tylko myślami odbija piłeczkę. To był przełom.

MT: Wśród rekrutowanych pacjentów są też niewidomi. Mają otrzymać chipy również jako jedni z pierwszych?

S.D.: Jedna z wersji chipa, wyposażona w kamerkę połączoną z mózgiem, ma być przeznaczona dla niewidomych. To będzie kolejny etap w rozwoju tej technologii. Te wszystkie testy w kolejnych grupach chorych są po to, by sprawdzić bezpieczeństwo i uzyskać wszystkie zgody potrzebne do wprowadzenia technologii na rynek. Odbiorcy muszą ją lepiej poznać, oswoić się z nią. Żeby nie było szoku, szczególnie gdy pojawią się problemy etyczne.

MT: Co jest unikalnego w chipie Neuralinku?

S.D.: Co ciekawe, sama technologia bazuje na osiągnięciach jeszcze sprzed 100 lat, kiedy wymyślono elektroencefalografię. Krokiem milowym w rozwoju był chip Utah array zastosowany w 2004 r., jednak ze względu na wielkość i osprzęt jego użyteczność kliniczna była ograniczona. Natomiast Neuralink pokazał ultrazminiaturyzowany system, bez kabli wychodzących z głowy. I to jest unikalne, tego wcześniej nie było. Komunikacja między urządzeniem w głowie i aplikacją w telefonie odbywa się z użyciem telemetrii bluetoothowej. To jest wielki postęp.

MT: Czym różni się robotyczny zabieg wszczepienia N1 Neuralinku od tego, czym pan się zajmuje, czyli od implantacji urządzenia do głębokiej stymulacji mózgu?

S.D.: Jeśli operuję np. chorego z chorobą Parkinsona, to z pomocą ramy stereotaktycznej wyznaczam punkt, do którego będzie wprowadzona elektroda. Metodą małej kraniektomii otwieram czaszkę i wszczepiam elektrodę na głębokości około 7 cm od kory, do obszaru mózgowia zwanego jądrem niskowzgórzowym. Konieczne jest ominięcie struktur naczyniowych i prawidłowe umieszczenie elektrody, dlatego robot pracuje pod nadzorem neurochirurga. Stymulator jest wszyty na mięśniu piersiowym i połączony z elektrodą przewodem.

Koncepcja Neuralinku jest inna. Całe urządzenie jest zminiaturyzowane do wielkości złotówki, ładowane przezskórnie. Nie ma jednej grubszej elektrody wprowadzanej do struktur głębokich, ale jest wiele elektrod relatywie płytko wprowadzonych do kory mózgowej. I tu wymyślono ciekawą rzecz – biopolimerowe mikrorurki. Jest ich łącznie 64, w środku każdej z nich umieszczonych jest 16 złotych elektrod. Mamy więc aż 1024 aktywne kontakty, wykorzystywane do wykrywania i przetwarzania informacji z poszczególnych neuronów, a nie tylko z dużych grup neuronalnych.

Robot R1, który zastępuje neurochirurga, przypomina trochę maszynę do szycia. Na precyzyjną igłę nawleka elektrodę, która wygląda jak nitka o średnicy kilku mikrometrów, a więc cieńszą od włosa. Następnie przez otwór w czaszce wszywa elektrody jedną przy drugiej bezpośrednio w korę mózgową na głębokość 15 mm. Chip umieszczany jest w miejscu po usuniętej kości. Jego procesor o niespotykanej mocy obliczeniowej wykorzystuje algorytmy i sztuczną inteligencję. Na miejscu odczytuje i analizuje informacje o intencjach człowieka zbierane z kory przez elektrody. Następnie sygnał z chipa poprzez bluetooth trafia do aplikacji Neuralinku zainstalowanej na przykład w iPhonie.

Co do elektrod, to Neuralink stworzył około 20 prototypów, ale to właśnie poliamid okazał się najbardziej biokompatybilny i najmniej immunogenny. Ponadto jest elastyczny, a to ważne, ponieważ mózgowie jest zawieszone w płynie mózgowo-rdzeniowym, więc każde poruszenie głową powoduje także ruch kory. Dzięki elastyczności elektrody nie powodują naprężeń w tkankach.

MT: Jak pan ocenia bezpieczeństwo takich zabiegów?

S.D.: Może się wydawać, że zabiegi na mózgu są skrajnie wymagające. Ale tak nie jest. One stają się coraz bardziej powszechne. Niedawno w Japonii ośrodek radiochirurgiczny otwarto na stacji kolejowej, by pasażerowie w oczekiwaniu na przesiadkę mogli wygodnie skorzystać z napromieniania mózgu w przypadku guza albo neuralgii. Nam takie ośrodki kojarzą się ze specjalnymi bunkrami, tymczasem są technologie, które takich zabezpieczeń nie wymagają, dzięki czemu te usługi są coraz bardziej dostępne.

Innym przykładem jest chociażby lobotomia, za którą Walter Hess i Egas Moniz otrzymali Nagrodę Nobla w 1949 r. Wykonywana była prostymi narzędziami, bez znieczulenia, jedynie z użyciem przenośnej maszyny do elektrowstrząsów. Do czasu, gdy w latach 60. XX w. pojawiły się leki psychotropowe i ostatecznie jej zakazano, wykonano dziesiątki tysięcy tych procedur dosłownie na kozetce.

Elon Musk postanowił procedurę implantacji całkowicie zautomatyzować, co doskonale rozumiem. Wiadomo, że praca neurochirurga, nie tylko w Stanach Zjednoczonych, ale na całym świecie, jest droga. Poza tym operacje neurochirurgiczne są inwazyjne, wiążą się z krwawieniem i ryzykiem infekcji na poziomie około 1%. Gdyby więc neurochirurdzy mieli wszczepiać chipy Neuralink, to system mógłby być niewydolny i omylny. Nie ma takiej potrzeby, skoro roboty chirurgiczne potrafią precyzyjniej zoperować kręgosłup, zespolić naczynia i nerwy bądź wprowadzić implant do mózgu. Stąd pomysł Neuralinku opracowania przeznaczonego do omawianej procedury robota, dzięki czemu implantacja będzie niezawodna i szeroko dostępna. Lekarz w tym systemie będzie tylko czuwał nad trwającymi zabiegami.

MT: Czyli przekonuje pana ta koncepcja?

S.D.: Elon Musk pierwszy wyszedł z zamkniętego pudełka, spojrzał w przyszłość i zobaczył, że technologia już to umożliwia. Wystarczy skorzystać z dokonań naukowców z ostatnich dziesięcioleci. Wziął więc z półki te elementy, które są najbardziej nowoczesne, sprawdzone i przydatne. Połączył je w jeden produkt, którym chce zrewolucjonizować przyszłość. Jestem przekonany, że w jego laboratoriach technologia wciąż jest rozwijana. Neurobiolodzy i elektrofizjolodzy pracują nad tym, by ostatecznemu produktowi nadać finezję, a ich pomysły tylko czekają na komercjalizację.

To największy światowy gracz, ma dostęp do kapitału, do najlepszych specjalistów i mimo tendencji do potknięć oraz kontrowersji jest dobrze odbierany. Dlatego myślę, że nowe technologie w rękach Elona Muska mogą naprawdę zrewolucjonizować ludzkość.

MT: Któregoś dnia będzie można kupić taki chip w salonie Neuralinku?

S.D.: Albo w supermarkecie. Potem wystarczy wejść za kotarę i robot wszczepi nam chip.

MT: Co ten wynalazek może oznaczać dla polskiej medycyny?

S.D.: Jeśli technologia zostanie zatwierdzona, to prędzej czy później staniemy się jej użytkownikami. Nie tylko medycyna, ale cała nasza cywilizacja nie będzie już taka sama.

MT: Dlaczego ludzie mieliby zaufać technologii, której nie rozumieją i do której nasze organizmy nie są ewolucyjnie przygotowane?

S.D.: Dla oczywistych korzyści. Bo zdolności, które uzyskają, zapewnią im przewagę nad innymi. Wyobraźmy sobie: można będzie biegle mówić po francusku, szwedzku, a potem szybko przejść na mandaryński. Kwestią czasu jest, jak szybko się to upowszechni.

MT: Pan jako neurochirurg dopuszcza myśl, że kiedyś podda się takiemu zabiegowi?

S.D.: Jeśli bez implantu będzie mi groziło, że zostanę w tyle za konkurencją, zrobię to z równą łatwością jak zakładam kurtkę, wychodząc na mróz. Jeśli student będzie mógł poszerzyć swoje możliwości intelektualne i przygotować się do egzaminu bez zarywania nocy i poświęcania na to wielu lat nauki, to także dla niego będzie to korzystna opcja. Wezmą ją też pod uwagę osoby chcące na przykład zdobyć nowe specjalizacje lub zawody.

MT: Musk zrobi z nas półcyborgi?

S.D.: Tak, to jest cyborgizacja. Próba hybrydyzacji człowieka z technologią. Zresztą Neuralink tego nie ukrywa. Jego cele statutowe to po pierwsze leczenie uszkodzonych funkcji mózgu, po drugie − polepszenie możliwości intelektualnych człowieka z pomocą technologii oraz po trzecie − świetlana przyszłość ludzkości poprzez hybrydyzację człowieka ze sztuczną inteligencją. W pewnym momencie jednak ludzie będą gotowi to zaakceptować. Oczywiście to dopiero zalążek etycznych problemów. Bo, jak każdą technologię, i tę także można wykorzystać nie tylko dla dobra ludzkości, ale w złych celach również.

MT: Na przykład militarnych?

S.D.: Wystarczy że zmienimy lokalizację chipa i wprowadzimy go do kresomózgowia, gdzie są obszary myśli i emocji, a okaże się, że możemy tak wysterować ludzi, by stworzyć na przykład rzeszę zaprogramowanych superżołnierzy, wybitnie sprawnych intelektualnie, a przy tym pozbawionych emocji. Realne stanie się ryzyko przejęcia naszych myśli przez korporacje.

Poza tym pamiętajmy, że chip działa dwukierunkowo – nie tylko odbiera sygnały, ale też ma możliwość wtórnie stymulować korę mózgu, co może być wykorzystane do próby zdalnego wpływu na jego funkcjonowanie. Ale to są odległe interpretacje, zobaczymy, co czas przyniesie. Technologia postawiła duży krok i danych będzie coraz więcej. Coraz szersze grupy pacjentów będą zgłaszały się do programu Neuralinku, aż w końcu powstaną centra implantujące. I tak ta technologia stanie się częścią naszej rzeczywistości.

Zdjęcie: archiwum prywatne, AYDINOZON/iStock/Getty Images Plus/Getty Images

Pierwszy artykuł:

Seks jest démodé