Co znajdziesz w artykule?

Na temat ran trudno gojących się, które niszczą życie pacjentów, braku systemowej opieki w tym zakresie i o pomysłach na rozwiązanie problemu oraz podniesieniu jakości życia chorych rozmawia z Agnieszką Fedorczyk dr n. med. Przemysław Lipiński, sekretarz Zarządu Polskiego Towarzystwa Leczenia Ran i przedstawiciel Polski w organizacji D-Foot International, założyciel i kierownik Pracowni Leczenia Ran w Łodzi

W Polsce około miliona pacjentów zmaga się z ranami trudno gojącymi się, takimi jak odleżyny, cukrzycowe owrzodzenia stóp, owrzodzenia żylne, niedokrwienne bądź nowotworowe, co stanowi poważne wyzwanie dla systemu ochrony zdrowia. Z powodu braku edukacji i prewencji, opóźnień w diagnostyce oraz niewystarczającego dostępu do skutecznego, nowoczesnego leczenia pacjenci doświadczają przewlekłego bólu i długotrwałych powikłań, często prowadzących do kalectwa.

Medical Tribune: Jakie rany stanowią

największy problem medyczny?

Dr Przemysław Lipiński: Rany możemy podzielić na ostre, które powstają podczas wypadków lub zabiegów operacyjnych, oraz trudno gojące się, zwane według dawnej nomenklatury przewlekłymi. My skupimy się na ranach trudno gojących się, które stanową poważny problem medyczny i społeczny, dotykający ok. 1 mln osób w Polsce.

Do ran trudno gojących się należą owrzodzenia żylne goleni, które są najbardziej zaawansowaną postacią przewlekłej niewydolności żylnej, a więc choroby cywilizacyjnej dotyczącej prawie połowy kobiet i ok. 30% mężczyzn. Drugi najczęstszy typ rany to tzw. stopa cukrzycowa – dotyczy 200-250 tys. pacjentów w Polsce. Rana związana z cukrzycą jest na tyle niebezpieczna, że źle leczona prowadzi do utraty części lub całej kończyny, a finalnie do śmierci pacjenta. Opieka nad tymi chorymi jest najgorzej zorganizowana w porównaniu z pacjentami z innymi ranami trudno gojącymi się, mimo że skutki takiej rany są najgroźniejsze.

Bardzo istotnym problemem, ze względu na liczbę cierpiących z ich powodu osób, są również odleżyny. Niestety często powstają one w szpitalach i domach opieki, u chorych, którzy leżą bez zmiany pozycji i są wypisywani do domu z raną w okolicy obciążanej.

Kolejną grupę ran stanowią powikłania zabiegów operacyjnych − zakażenia miejsca operowanego. Ich leczenie jest najlepiej zorganizowane, głównie dlatego, że większość lekarzy przeprowadzających zabiegi chirurgiczne jest odpowiedzialna i kontynuuje leczenie swoich pacjentów aż do pełnego wygojenia.

Nieco rzadziej niż poprzednio wymienione występują rany o podłożu nowotworowym. Mogą to być pierwotne nowotwory skóry albo przerzuty, np. raka piersi. Oczywiście te rany wymagają leczenia chirurgicznego bądź postępowania paliatywnego, a nie stosowania klasycznych metod leczenia ran. Wśród chorych onkologicznych wyróżniamy także grupę pacjentów, których rany są powikłaniem leczenia – te po radioterapii oraz związane z chemioterapią. Ci pacjenci najczęściej nie mają problemu u uzyskaniem pomocy, ponieważ w Polsce istnieje dobrze zorganizowany system opieki nad chorym nowotworowym. Elementem tej terapii jest m.in. postępowanie z raną. Lekarze i pielęgniarki są szkoleni w tym kierunku, a w ramach Narodowego Funduszu Zdrowia (NFZ) istnieje usługa, która to obejmuje. Opieka nad takim chorym często nie prowadzi oczywiście do zagojenia rany, ale skupia się na poprawie jakości życia pacjenta.

Inną ważną grupę stanowią tzw. rany atypowe, których jest wiele.

MT: Proszę omówić najważniejsze z ran atypowych.

P.L.: Rany atypowe są manifestacjami różnych chorób, zwłaszcza autoimmunologicznych. Dotyczą bardzo dużej grupy pacjentów i są zwykle niezmiernie bolesne, przez co działają destrukcyjnie na psychikę pacjentów i wymagają szczególnego postępowania. Są niestety oporne na leczenie standardowe, a niekiedy bywają nawet nieuleczalne.

Rany atypowe mogą być elementem obrazu chorób przewlekłych, np. reumatoidalnego zapalenia stawów (RZS), wrzodziejącego zapalenia jelita grubego, choroby Leśniowskiego-Crohna, zespołu antyfosfolipidowego, tocznia, sklerodermii i wielu innych. Przyczyną powstawania takich ran mogą być również bardzo dokuczliwe dla chorych zapalenia naczyń (vasculitis) znajdujących się w skórze i tkance podskórnej.

Inne rany zaliczane do atypowych to waskulopatie, np. kalcyfilaksja i owrzodzenie Martorella, prowadzące do martwicy skóry u chorych ze schyłkową niewydolnością nerek albo niewyrównanym nadciśnieniem tętniczym.

Zdarzają się również rany wywołane toksycznym działaniem leków zażywanych przewlekle przez pacjenta, np. hydroksykarbamidu albo pochodnych warfaryny.

Jeżeli rana powstaje nagle, po drobnym urazie albo bez powodu, jest nieregularna, powiększa się i bardzo boli, a nie stwierdzamy jej wyraźnej przyczyny, np. naczyniowej, to możemy mieć do czynienia z piodermią zgorzelinową, chorobą autozapalną, którą należy leczyć dużymi dawkami glikokortykosteroidów albo nawet immunosupresją.

Zatem do rany trudno gojącej się może prowadzić wiele różnych przyczyn, patomechanizmów, a często ich kombinacja. Dlatego nauka o ranach, wulnerologia, jest tak obszerną dziedziną medycyny i łączy w sobie elementy wielu specjalności. Skuteczne leczenie może zapewnić choremu tylko wyspecjalizowany, wielodyscyplinarny zespół.

MT: Czy to są rany typowe dla populacji polskiej, czy dotyczą całego świata?

P.L.: W Polsce, ze względu na środowisko przyrodnicze, mamy mniej pacjentów z ranami wywołanymi ukąszeniami przez jadowite zwierzęta. Poza tym wszystkie rodzaje ran są rozpowszechnione na całym świecie, inne jest tylko ich procentowe występowanie, bo np. liczba stóp cukrzycowych zależy od liczby chorych na cukrzycę w danym kraju. W Afryce, gdzie do niedawna było tych chorych mniej niż w krajach rozwiniętych, obecnie obserwuje się olbrzymią dynamikę zachorowań na cukrzycę, zatem również liczba powikłań rośnie tam w tempie błyskawicznym.

W tym momencie pochylę się szczególnie nad problemem stopy cukrzycowej, ponieważ – jak mówiłem – to jest choroba, która zabija. W Polsce są z pewnością 3 miliony osób chorych na cukrzycę, a szacuje się, że nawet drugie tyle może być stanów przedcukrzycowych i cukrzyc nierozpoznanych. Co czwarty cukrzyk w swoim życiu będzie miał owrzodzenie stopy cukrzycowej, zatem mówimy nie o tysiącach, ale o setkach tysięcy pacjentów. Mimo to, a może właśnie dlatego, rana stopy cukrzycowej jest raną osieroconą, niechcianą, nie ma wydzielonych zespołów lekarskich do leczenia dotkniętych nią pacjentów ani placówek, które by kompleksowo zadbały o tych chorych. Szczęśliwie funkcjonują w Polsce (niestety nieliczne) poradnie stopy cukrzycowej, ale jest to najczęściej wynik działania entuzjastów, którzy takie poradnie zechcieli stworzyć, na rynku publicznym lub niepublicznym. No i nie są one zorganizowane na zasadzie zespołu wielodyscyplinarnego, jak to być powinno. Trzeba też zaznaczyć, że mamy całe regiony Polski, gdzie takich poradni nie ma w ogóle, mimo że pacjentów jest tam również bardzo dużo.

MT: Najtrudniejsze w tym wszystkim jest to, że pacjenci nie znają ścieżki, którą mieliby podążać, żeby ich problem został rozwiązany, czyli żeby rana została wyleczona. Dlaczego to takie skomplikowane?

P.L.: Problem polega na tym, że w Polsce nie istnieje ścieżka leczenia ran, w tym również stopy cukrzycowej. Lekarz wydaje pacjentowi skierowanie na oddział, gdy np. uważa, że stopę trzeba zoperować i wtedy chory zaczyna krążyć od szpitala do szpitala. Jeżeli stan stopy nie jest dramatyczny, nie ma rozwiniętego zakażenia albo niedokrwienia, to niewiele ośrodków jest zainteresowanych planowym leczeniem operacyjnym. Odpowiedź brzmi: „My się tym nie zajmujemy”. Ale kto się zajmuje – nie wiadomo.

MT: Moja znajoma ma trudno gojące się, a raczej niegojące się rany na palcach ręki. I nie ma sposobu, żeby je wyleczyć, skóra na dłoniach jest wciąż popękana. Lekarz POZ przepisuje kolejne maści, które na niewiele się zdają. Jest zmuszona pracować (praca biurowa) w bawełnianych rękawiczkach, bo każdy dotyk klawiatury, myszki sprawia jej ból. Cierpi i nie wie, kto mógłby jej pomóc. Lekarz POZ czuje się bezradny. Co pan na to?

P.L.: Takie objawy mogą być skutkiem choroby autoimmunologicznej i śmiało można założyć, że u tej pacjentki są także inne objawy, tylko potrzeba uważności, żeby je dostrzec. Zaleciłbym skierowanie chorej do reumatologa. I powinien to zrobić lekarz pierwszego kontaktu.

To jest przykład najważniejszej rzeczy, z którą borykają się pacjenci z ranami trudno gojącymi się: zderzają się z murem niewiedzy – dokąd się zgłosić ze swoim problemem. Nikt nie umie im powiedzieć, kto powinien ich leczyć.

Zgłaszają się do tych placówek systemu opieki zdrowotnej, które im się wydają absolutnie naturalne, czyli zwykle do przychodni POZ. A tu bywa różnie. Lekarz POZ, który nie zawsze jest zorientowany w zagadnieniu ran trudno gojących się, rutynowo kieruje pacjenta do poradni chirurgicznej lub dermatologicznej, a tam potrzebny jest łut szczęścia, by ktoś z zespołu był wszechstronnie przygotowany do zajmowania się zagadnieniem, o którym mówimy.

Ciągle istnieją placówki, w których pacjent podczas kolejnych wizyt otrzymuje przez miesiące albo i lata wyłącznie recepty na leki, preparaty, opatrunki, mimo że nie przynoszą trwałej poprawy. Brakuje refleksji nad przyczyną utrudnionego gojenia oraz próby leczenia skierowanego na usunięcie tej przyczyny. Brakuje prawidłowego oczyszczenia rany, wykonywane są tylko tzw. wizyty gazikowe, polegające na zmianie opatrunku. Część pacjentów zaprzestaje w końcu takich wizyt, uznając swoją ranę za nieuleczalną, a przecież w 90% przypadków tak nie jest. Chorzy żyją z raną, z bólem, cierpieniem, w poczuciu beznadziejności. Taki jest w Polsce często los chorego z raną.

MT: A jak to wygląda w poradni, w której pan pracuje?

P.L.: Nasza poradnia jest niepubliczna, pacjenci płacą za każdą usługę. Trafiający do nas chorzy to nie są osoby, u których rana właśnie powstała i pierwsze kroki skierowali do nas. To są zawsze ludzie, którzy przeszli przez wiele placówek i odbili się od wielu ścian, a do nas trafiają w poczuciu desperacji.

Każdy z nas kiedyś skaleczył się albo oparzył. I każdy zauważył, że te proste rany szybko się zagoiły. Choremu wydaje się zatem, że każda jego rana zagoi się szybko, ale po jakimś czasie orientuje się, że tak się jednak nie dzieje.

Przeciętny pacjent myśli z dziecięcą wiarą: „No ale jak to? Słyszymy dzisiaj o przeszczepianiu narządów, leczeniu chorób dawniej nieuleczalnych, pokonaniu wielu nowotworów. To co za problem? Medycyna na pewno potrafi poradzić sobie z moją raną”. Rzeczywistość jednak brutalnie weryfikuje te nadzieje.

Pacjenci trafiają do nas zdezorientowani. Pytani o dotychczasowe leczenie potrafią wysypać z torby nawet 40 opakowań preparatów, opatrunków, płynów, które już mieli zalecone na zasadzie empirycznej, natomiast jeśli chodzi o właściwe badania diagnostyczne, to zwykle stwierdzają, że ich nie było.

Nasza praca nie polega na wskazaniu specyfiku, po którym rana nagle się zagoi. Musimy od początku wdrożyć postępowanie diagnostyczne ukierunkowane na znalezienie przyczyny powstania rany albo powodu, który utrudnia gojenie. Czasem jest to kilka przyczyn − nasi pacjenci nie cierpią tylko na jedną chorobę. Po postawieniu rozpoznania ustalamy plan leczenia, który może przewidywać konsultacje innych specjalistów. Przystępujemy do pracy, która obejmuje jednocześnie wyrównanie metaboliczne, leczenie chirurgiczne, fizjoterapię, opanowanie zakażenia oraz całą wieloetapową procedurę postępowania miejscowego. Leczenie miejscowe pozostaje oczywiście w (złotych!) rękach zespołu pielęgniarskiego. Koleżanki stosują wiele metod oczyszczania ran, usuwania martwicy, zmniejszania obciążenia bakteryjnego. I dopiero po wyrównaniu parametrów ogólnych i oczyszczeniu rany przychodzi czas na rozpoczęcie gojenia, czyli zmniejszanie jej powierzchni, zamykanie rany przez powolne naskórkowanie albo szybsze, metodami zabiegowymi. Wszystkiemu towarzyszy edukacja pacjenta i jego rodziny, wciąganie ich do udziału w procesie terapeutycznym.

MT: Wygląda na to, że mało kto w Polsce porządnie leczy rany.

P.L.: To jest taki paradoks, że prawie każdy lekarz potrafi udzielić rady w tym zakresie, a większość ran łatwo goi się w sposób naturalny, bez żadnego leczenia, a czasem, jak żartujemy, mimo leczenia. Natomiast jeśli gojenie się przeciąga, to okazuje się, że proste rady nie wystarczają. Szacujemy, znając ośrodki, które zajmują się ranami trudno gojącymi się, że w Polsce kilka tysięcy pacjentów z taką raną jest pod opieką wyspecjalizowanego zespołu. Przy liczbie ran szacowanych łącznie na około miliona jest to kropla w morzu. Olbrzymią i wspaniałą pracę wykonują w tym zakresie również setki zaangażowanych i wyszkolonych pielęgniarek pracujących na pierwszej linii, czyli w domach pacjentów, w POZ-ach, zakładach opieki. Większość z nich nie może niestety liczyć na prawidłowe wsparcie ze strony lekarza wyspecjalizowanego w leczeniu ran.

MT: A jak jest w innych krajach?

P.L.: W wielu krajach funkcjonuje model wielodyscyplinarnego ośrodka leczenia ran, a szczególna uwaga jest zwrócona na ośrodki leczenia stopy cukrzycowej. Są to placówki wielodyscyplinarne, zapewniające kompleksową opiekę. Zespół specjalistów nie tylko konsultuje chorych diabetologicznie, dermatologicznie, naczyniowo, ortopedycznie itd., ale również uczestniczy we wspólnym wypracowywaniu decyzji terapeutycznych i tworzeniu planu leczenia. Możemy to porównać z zespołami onkologicznymi, takimi jak breast cancer unit, w skład których również wchodzą lekarze kilku specjalności.

Organizacyjnie taki ośrodek polega na funkcjonalnym połączeniu poradni i oddziału szpitalnego. Chory z raną leczony jest generalnie w poradni, gdzie podczas większości wizyt zajmują się nimi pielęgniarki według ustalonego przez zespół planu, a pacjent trafia na oddział tylko wtedy, kiedy tego wymaga, na krótko, do wykonania konkretnej procedury. Jest to model optymalny dla chorego i najtańszy dla systemu opieki zdrowotnej, ponieważ mniej chorych ma powikłania wymagające kosztownego leczenia i mniej traci kończyny, zmniejsza się obciążenie oddziałów szpitalnych, a także obniżają się wydatki na refundację materiałów opatrunkowych, wobec znacznego skrócenia czasu gojenia ran.

MT: Jakie widzi pan rozwiązanie?

P.L.: Zadaniem dla systemu opieki zdrowotnej jest stworzenie sieci ośrodków, tak jak przed chwilą opisałem, rozpoczynając od pierwszego, który będzie spełniał funkcję placówki referencyjnej, kształcącej kolejnych specjalistów. Powinien powstać z udziałem uczelni medycznej, dlatego że wulnerologia nie różni się niczym od innych gałęzi medycyny, a wiodące ośrodki kliniczne, oprócz leczenia i kształcenia, zajmują się również pracą naukową. Badania naukowe w dziedzinie leczenia ran przeżywają wielki rozkwit w Europie i na świecie, ale raczej nie w Polsce.

Tworząc sieć ośrodków, należy jak zawsze brać pod uwagę epidemiologię. Przypominam zatem, że mówimy o 200-250 tysiącach chorych z cukrzycowym owrzodzeniem stóp, a łącznie o około milionie chorych z raną trudno gojącą się.

Na poziomie podstawowym należy zwrócić uwagę na opiekę w POZ. Lekarze rodzinni i pielęgniarki środowiskowe muszą otrzymać wsparcie w postaci możliwości skonsultowania chorego w nieodległym ośrodku specjalistycznym i skierowania go tam w razie potrzeby. Jednocześnie powinni być przygotowani organizacyjnie i merytorycznie do kontynuowania zleconego postępowania, wychwytywania ryzyka powikłań i aktywnego zapobiegania nawrotom.

Dla lekarzy to oczywiste, że medycyna się rozwija, zalecenia się zmieniają i trzeba się stale uczyć, żeby być na bieżąco. Lekarz POZ dostał rolę przewodnika po systemie, a jest to zadanie trudne i wymagające. Specjalista medycyny rodzinnej dobrze wie, do którego momentu powinien leczyć pacjenta np. na chorobę dróg oddechowych, a kiedy musi odesłać go na oddział szpitalny. I dobrze wie, gdzie jest ten oddział. Tak samo musi być w kwestii leczenia ran. Lekarz pierwszego kontaktu powinien mieć określony poziom kompetencji, wiedzieć, co należy zrobić i do jakiego stopnia może działać samodzielnie. I dokąd odesłać pacjenta, jeśli nie jest w stanie mu pomóc. Nie ciągnąć terapii daremnej i uporczywej, zmieniając opatrunki przez lata, aż dojdzie do powikłań. Należy bronić się przed posługiwaniem się dwoma skrajnymi schematami myślowymi: pierwszy − rana to nic wielkiego, sama się zagoi. I drugi, skrajny, równie błędny − i tak na tę ranę nic nie można pomóc, ona się i tak nie zagoi. Takie myślenie kończy się amputacjami.

Trzeba głośno mówić, że olbrzymia większość, nawet trudnych ran, da się zagoić, zamknąć, wyleczyć.

MT: Rana to nie tylko dolegliwość fizyczna, ale i psychiczna.

P.L.: Uporczywa rana niszczy życie chorego. To nie jest tylko sprawa konieczności wykonywania opatrunków oraz ponoszenia rujnujących każdą kieszeń wydatków. To również kwestia przykrego zapachu, niekiedy wręcz smrodu, wycieku z rany, zniszczonej odzieży, pościeli, niemożności wyjścia do sklepu, kina, kościoła, udziału w uroczystościach, kwestia pasażerów odwracających się z obrzydzeniem w środkach publicznej komunikacji (zapach). To są olbrzymie, ale niewymierne straty ludzkie. Mamy pacjentów w każdym wieku, w tym 40-latków, którzy mówią: „Nie mogę pójść z dzieckiem na boisko, na basen”. Mamy babcie, które nie mogą wziąć wnuczka na kolana i tak dalej. Jest to dla nich katastrofalne w sensie społecznym i osobistym. Ci ludzie mierzą się również z przewlekłym bólem. Jednym słowem rana to wielkie nieszczęście dla pacjenta, a nie tylko ubytek w tkankach. Depresja występuje u większości naszych chorych. Problemem jest również stygmatyzacja społeczna. Pacjenci borykają się z niesłuszną opinią osoby niedbającej o siebie, być może należącej do marginesu. Widok rany wzbudza lęk i obrzydzenie, rana nie jest pokazywana w telewizji, zakrywa się ją automatycznie w mediach społecznościowych. Jest zagadnieniem „nieestetycznym”, ukrywanym przed otoczeniem, pomijanym w przestrzeni publicznej. A przecież dobrze wiemy, jak wiele osób, w tym osób publicznych, ma ranę, której istnienie stara się ukryć.

Nasza kampania społeczna „Rany pod Kontrolą” ma na celu wydobycie z cienia miliona cierpiących ludzi oraz zmobilizowanie społeczeństwa i decydentów do objęcia ich normalną opieką medyczną.

MT: W jaki sposób?

P.L.: Najważniejszym elementem kampanii jest uświadomienie problemu opinii publicznej. Nasi chorzy nie są w stanie sami zabiegać o swoje prawa, zatem to uczestnicy kampanii społecznej postanowili być ich głosem. Chcemy mówić o ranach, o tym jak jest ich dużo i jak bardzo problem jest zaniedbany, a prawa pacjentów systemowo lekceważone. Chcemy doprowadzić do otwartej dyskusji między ekspertami, decydentami i pacjentami, która odczaruje problem i której efektem będzie zbudowanie systemu, gdzie chory z raną otrzyma opiekę medyczną na takim poziomie jak otrzymuje, zgłaszając się z innymi chorobami.

Wierzymy, że tak jak pacjentom ze stomią jelitową udało się przełamać towarzyszące im dawniej poczucie wstydu i niesmaku, również rany i cierpienie z nimi związane przestaną być tematem tabu, np. w mediach.

Stawiamy też na podnoszenie kwalifikacji personelu medycznego na każdym szczeblu. Edukacja powinna rozpoczynać się na etapie studiów wyższych. Wulnerologia powinna pojawić się jako przedmiot w procesie kształcenia adeptów różnych zawodów medycznych, ale zwłaszcza lekarzy. Należy ją również uwzględniać w programach specjalności zabiegowych oraz diabetologów.

Elementem kampanii będzie organizacja warsztatów, które umożliwią lekarzom, pielęgniarkom i farmaceutom lepsze zrozumienie problemu ran trudno gojących się i zasad prawidłowego postępowania. Doświadczenie jednak uczy, że w takich warsztatach uczestniczy spontanicznie tylko niewielki odsetek medyków. Dziś nie ma problemu z dostępem do wiedzy medycznej, trzeba jednak wykazywać zainteresowanie jej przyswajaniem.

MT: Czy leczenie ran wymaga specjalnych leków?

P.L.: Nie mamy leku, którego zażycie spowoduje zagojenie rany. Farmakologia ma znaczenie uzupełniające, wspomagające samo gojenie, natomiast jest niezbędna do leczenia chorób wywołujących rany. Osobny rozdział stanowią antybiotyki, które przecież ran nie leczą, ale mogą być potrzebne w niektórych sytuacjach. Niestety nie zawsze są stosowane prawidłowo. Szacuje się, że w Polsce ok. 16% wszystkich recept na antybiotyki ma związek z leczeniem ran, co wskazuje na ich istotne nadużywanie. Mimo ostrzeżeń mikrobiologów nadal w terapii ran obserwuje się nieuzasadnione stosowanie antybiotyków oraz całej gamy niezalecanych, przestarzałych preparatów, takich jak mleczan etakrydyny (rywanol), kwas borny bądź woda utleniona.

Jeśli chodzi o antyseptyki stosowane do leczenia ran trudno gojących się, to wiedza w tym zakresie ciągle się rozwija. W minionych latach używaliśmy wielu substancji, które miały za zadanie zabijać drobnoustroje, np. wspomniany rywanol – używały go nasze matki, babki, a preparat pochodzi z czasów II wojny światowej. Przed laty spełniał swoją funkcję głównie z braku lepszych środków, ale dzisiaj wiemy, że nie jest skuteczny w leczeniu ran, a jednak wciąż jest dostępny w aptekach i masowo kupowany.

W światowym środowisku medycznym i naukowym po wykonaniu badań klinicznych ograniczyliśmy używanie antyseptyków do 4 grup preparatów przeciwdrobnoustrojowych. Są to: podchloryny, poliheksanidyna, jodopowidon i oktenidyna. Nie wychodzimy poza te cztery substancje. Mamy tu jasny kanon. Wśród tych preparatów ważne miejsce zajmuje oktenidyna, która cechuje się wysoką biozgodnością – niszcząc bakterie, wywiera jednocześnie niewielki wpływ na komórki pacjenta. Jak każdy preparat ma oczywiście pewne ograniczenia, czyli są sytuacje, kiedy nie można jej zastosować. W wytycznych Polskiego Towarzystwa Leczenia Ran można znaleźć dokładne zalecenia mówiące o tym, który z wymienionych preparatów należy stosować jako pierwszy wybór w danych okolicznościach, a który jako produkt drugiego bądź trzeciego rzutu.

MT: Kto jest autorem wytycznych leczenia ran?

P.L.: Polskie Towarzystwo Leczenia Ran publikuje wytyczne dotyczące leczenia różnych rodzajów ran, opierając się na najnowszych badaniach naukowych oraz na wytycznych i konsensusach międzynarodowych towarzystw. Takie materiały są zamieszczone na stronie internetowej www.ptlr.org, a dostęp do nich jest bezpłatny. Każdy lekarz może z nich korzystać i stosować w swojej praktyce klinicznej.

Podsumowując, podkreślę: uważam, że wiedza na temat leczenia ran powinna być elementem programu kształcenia studentów kierunków medycznych oraz specjalistów – lekarzy przeprowadzających zabiegi chirugiczne. Leczenie ran powinno być zwykłym elementem systemu ochrony zdrowia, bo żyje z nami milion pacjentów, którzy zasługują na właściwą opiekę. Osoba z wygojoną raną to nie tylko pacjent, który uniknął tragedii kalectwa i wykluczenia, ale również człowiek, który wrócił do życia zawodowego oraz rodzinnego i społecznego. Odciążenie systemu ochrony zdrowia poprzez skuteczne gojenie ran, a nie ich wieloletnie nieudolne opatrywanie jest zadaniem na tu i teraz.

Zdjęcie: archiwum prywatne; ilustracje: Wacomka/iStock/Getty Images Plus/Getty Images, NeoLeo/iStock/Getty Images Plus/Getty Images