Co znajdziesz w artykule?

– Wszyscy wiemy, jak duże znaczenie ma uśmiech. Kiedy się uśmiechamy i sobie pożartujemy, to jest nam lepiej. Więc ja tę rolę społeczną próbuję starannie wypełniać – mówi w rozmowie z Agnieszką Fedorczyk prof. dr hab. n. med. Leszek Czupryniak, specjalista chorób wewnętrznych i diabetologii, kierownik Kliniki Diabetologii i Chorób Wewnętrznych w Warszawskim Uniwersytecie Medycznym

Medical Tribune: Panie profesorze, co zadecydowało o tym, że – obok swoich licznych obowiązków – zgodził się pan wspierać tegoroczną edycję konkursu „Leczmy z troską!” i piastować funkcję ambasadora tego wydarzenia?

Prof. Leszek Czupryniak: Akcja „Leczmy z troską!” jest konkursem, w którym nagrodą są granty dla projektów propacjenckich organizowanych i realizowanych przez fundacje oraz stowarzyszenia. Chodzi o zwrócenie uwagi na inicjatywy, które mają za zadanie wesprzeć pacjentów, osoby

chorujące przebywające w szpitalu lub po leczeniu szpitalnym albo w trakcie rehabilitacji. Projekty i fundacje wyróżniane i nagradzane w tym konkursie działają w otulinie szpitali bądź publicznego systemu ochrony zdrowia. Wspierają pacjentów edukacją, czasem zakupem nowego sprzętu, a czasem organizują rozrywkę w szpitalu. Generalnie powodują, że pacjent czuje się otoczony opieką i choruje mu się lżej. Zatem akcja, o której rozmawiamy, mogłaby się też nazywać „chorujmy lżej”. Jej organizatorem jest firma, której rola mieści się w ramach tzw. społecznej odpowiedzialności biznesu (CSR – corporate social responsibility). Oznacza to tyle, że część pieniędzy, które zarobiła w środowisku społeczności, gdzie funkcjonuje, tzn. pacjentów, oddaje tej społeczności. Teva jest dużą firmą farmaceutyczną, która po prostu przeznacza pewną kwotę swoich dochodów na wsparcie fundacji, przedsięwzięć i stowarzyszeń wspierających pacjentów. Kiedy zwrócono się do mnie, żebym był jednym z kilku ambasadorów tej pożytecznej akcji, chętnie się zgodziłem, zwłaszcza że mam w swoim życiorysie podobne aktywności.

MT: Jakie? Proszę o tym opowiedzieć.

L.Cz.: To miało miejsce w czasach gdy byłem studentem na Uniwersytecie Medycznym w Łodzi. Chodziliśmy wtedy wraz z grupą kolegów i koleżanek na oddziały onkologii dziecięcej, zwłaszcza do Szpitala przy ul. Spornej, i spędzaliśmy czas z przebywającymi tam dziećmi, bawiliśmy się z nimi, próbowaliśmy umilić im czas, towarzyszyliśmy w chorobie.

Akcja, o której dzisiaj mówimy, jest pożyteczna. Może nie przynosi jakichś spektakularnych rezultatów, takich, że dzięki niej ktoś cudownie ozdrowieje albo nastąpi przełom w leczeniu. Ale myślę, że konkretnemu pacjentowi, danej osobie może przynieść pewną ulgę w chorobie. I bardzo dobrze, że przemysł decyduje się wydać pieniądze nie tylko na to, żeby zarobić, ale robi też coś dla wspólnego dobra.

Jeśli chodzi o mój udział w tym wydarzeniu i poświęcany czas, to w moim przekonaniu jest on dość skromny. Przywołam tu słowa Tadeusza Kotarbińskiego, filozofa i etyka, który mówił, że jak chcesz zrobić coś więcej, to znajdź zajętego człowieka, a jak chcesz mieć więcej czasu, to znajdź sobie dodatkowe zajęcie. I to trochę tak działa, że jak człowiek jest w trakcie rozmaitych aktywności, robi różne rzeczy, to podejmie się również jeszcze kolejnego działania. A bardziej poważnie: jeśli ktoś uważa, że mogę się przydać do pomocy, to czemu nie?

Chcę w tym miejscu wrócić do mojej i kolegów aktywności na oddziałach dziecięcych w czasach studenckich, bo ma ona swoją drugą stronę, mniej radosną. Chodzi o to, że chodziliśmy odwiedzać te dzieci tylko przez jakiś czas, podczas przerwy w okolicach Świąt Bożego Narodzenia, po czym gdy się ona kończyła i zaczynały zajęcia, sesje, egzaminy, to nasze wizyty na oddziale się kończyły. I potem docierały do nas sygnały, że te dzieci, które leżały w szpitalu, czekały na nas, a myśmy byli zajęci już czymś innym. Do tej pory pamiętam, że mieliśmy z tym później swego rodzaju moralny problem, bo rozbudziliśmy w nich nadzieję, że będziemy dłużej towarzyszyć w ich chorobie. A my przyszliśmy, zrobiliśmy dobry uczynek – z naszego punktu widzenia, bo wsparliśmy te dzieci, ale potem zniknęliśmy. A one zostały z nadzieją.

I tu koło w pewnym sensie się zatacza, ponieważ akcja „Leczmy z troską!” jest o tyle lepsza, że zgłaszane do konkursu projekty są realizowane bardziej długoterminowo. To jest dodatkowy argument, który powoduje, że jestem przekonany do sensowności takich działań.

MT: Znam pana wystarczająco długo, żeby wyrazić taką myśl, iż w swojej praktyce lekarskiej też wnosi pan radość w życie pacjentów i do swojego otoczenia, że jest pan sympatycznym, miłym lekarzem.

L.Cz.: Nie, nie, w rzeczywistości jestem raczej ponurym gburem, ale wchodzę w rolę społeczną lekarza. Pacjent przychodzi do doktora po dwie rzeczy: po leczenie i po nadzieję. Przychodzi z nadzieją, że będzie można mu pomóc w jego trudnościach, cierpieniach, obawach. I przychodzi do kogoś, kto z grubsza wie, co ma zrobić i że pacjentowi tę nadzieję mniejszą lub większą zaoferuje. Wszyscy wiemy, jak duże znaczenie ma uśmiech. Kiedy się uśmiechamy i sobie pożartujemy, to jest nam lepiej. Więc ja tę rolę społeczną próbuję starannie wypełniać.

Jestem też zwolennikiem myśli Woltera – a pamiętajmy, że za jego czasów w XVIII w. medycyna niewiele mogła – który mówił, że sztuka medycyny polega na zabawianiu pacjenta, podczas gdy to natura go leczy. Więc ja też zabawiam pacjenta, oprócz tego, że przepisuję mu leki. Po prostu myślę sobie, że gdybym sam był pacjentem, to chciałbym wyjść z gabinetu lekarza w trochę lepszym nastroju niż przyszedłem. Staram się to robić, a nie jest to trudne. Wymaga tylko nieco cierpliwości. Wystarczy mieć trochę zrozumienia dla człowieka, któremu coś dolega. Próbuję traktować pacjentów tak, jak sam chciałbym być potraktowany, gdybym został pacjentem. To nic wielkiego, szczerze mówiąc, ale nie są to rzeczy, których uczymy się np. podczas studiów. Duża część kolegów robi podobnie jak ja.

MT: Czy miewa pan informacje zwrotne od pacjentów, że to doceniają albo pan sam zauważył, że któremuś z nich poprawiło się bardziej, sumienniej przestrzegał zaleceń?

L.Cz.: Miarą tego, że pacjenci są zadowoleni jest to, że do mnie wracają. Po roku, dwóch, trzech, wtedy gdy poczują się gorzej i potrzebują ponownego wsparcia, ja im modyfikuję leczenie i nasza współpraca trwa latami. Poza tym – pani mnie trochę zna – jestem gadatliwy, dużo mówię, a to jest coś, czego wielu lekarzy nie robi. Tymczasem pacjenci chcą porozmawiać, chcą być wysłuchani. Z drugiej strony chcą, żeby ktoś im wytłumaczył, o co z tym leczeniem chodzi, na czym ich choroba polega. Wielokrotnie miałem do czynienia z taką sytuacją, że pacjent mówił do mnie: „Oj, panie doktorze, jest pan piątym lekarzem, do którego przychodzę z tym problemem, ale dopiero pan mi wyjaśnił, o co tu chodzi, co się ze mną dzieje, co mnie czeka w tej chorobie”. To są proste rzeczy, to w ogóle nie jest żadna filozofia. Zwyczajnie tłumaczę pacjentom, jak działają leki i używam do tego obrazowych porównań, bo po prostu chcę, żeby człowiek zrozumiał tyle, ile potrzebuje. Zatem – naprawdę, nie robię nic wielkiego.

MT: Pozwolę sobie mieć inne zdanie – daje pan dużo, bo oddaje pan swój czas.

L.Cz.: Taka praca. Ale też i jest to ograniczenie. Nie da się zadbać o pacjenta dobrze w ciągu kwadransa, zwłaszcza takiego, którego widzę pierwszy raz w życiu. Czasem wizyta trwa 40 minut, a i tak pozostawia niedosyt zarówno po stronie pacjenta, jak i po mojej. Tego się po prostu nie da przyspieszyć. Jesteśmy ludźmi i rozmowa jest dla nas bardzo ważna. Jest nawet takie pojęcie jak terapeutyczna moc rozmowy, jestem tej koncepcji gorącym zwolennikiem. Tym najbardziej zajmują się na co dzień psychoterapeuci, którzy z kolei nie przepisują leków. Jednak większość osób nie wymaga psychoterapii, tylko bardzo konkretnego leczenia. Rzecz w tym, że o tym leczeniu trzeba im opowiedzieć i je uzasadnić. Pacjent musi zrozumieć, dlaczego ma brać jakiejś tabletki, które nie wpływają w odczuwalny sposób na jego samopoczucie.

Chodzi o to, że gdy leczymy wysokie stężenie cholesterolu, to tak naprawdę robimy to, odnosząc się do wyników badań laboratoryjnych. Tylko po wynikach badań widać, że leczenie jest skuteczne. Pacjent tej poprawy np. poprzez lepsze samopoczucie przecież nie odczuje. On musi być przekonany, że obniżenie cholesterolu jest uzasadnione, bo dzięki temu uniknie zawału lub udaru mózgu. Ale też powinien zrozumieć, jaki jest tu związek przyczynowo-skutkowy. Tego też nie da się wytłumaczyć w dwie minuty.

Jean-Paul Sartre powiedział kiedyś „Piekło to inni”, co odzwierciedla jego filozofię dotyczącą relacji międzyludzkich, czyli że praca z ludźmi to piekło. Pani to doskonale wie, jako doświadczona dziennikarka. Ludzie bywają okropnie denerwujący, a my musimy być niemal jak anioły. Czasem mówię studentom, że mamy absolutnie najgorszą pracę na świecie. „Jak to?” (studenci na to). „Przecież ratujemy ludzkie zdrowie, a nawet życie”.

No dobrze, ratujemy. Ale – odpowiadam – nikt do mnie nie przychodzi ze słowami „panie doktorze, jak ja się świetnie czuję”. Wszyscy, którzy wchodzą do mojego gabinetu, narzekają, marudzą, każdemu coś jest. I chcą rozwiązania szybkiego, taniego, od razu, i żeby w ogóle za chwilę było dobrze. A tak naprawdę rzadko da się tak zrobić. Więc w tym sensie jest to najgorsza robota na świecie, bo nigdzie indziej tak nie jest – nawet jak ktoś pracuje w serwisie pralek, nie słyszy narzekania, i nawet gadać do pralki nie musi, tylko ma ją naprawić i już. A w naszej medycznej profesji marudzenia są tony. I w tym sensie nie jest to łatwa robota. Ale jak mi się uda pacjenta trochę „odmarudzić”, to sam też czuję się lepiej i mam z tego jakąś frajdę.

MT: Czy chory z cukrzycą jest szczególnym pacjentem? Czy też to, co pan mówi, odnosi się do pacjentów ogólnie?

L.Cz.: Odnosi się do pacjentów ogólnie. Ale chorego z cukrzycą odróżniają od wielu pozostałych dwie cechy. Po pierwsze, jest to osoba z chorobą przewlekłą, bo nie możemy jej wyleczyć z cukrzycy. Ma to istotne znaczenie, bo leczenie planujemy, mając na uwadze wieloletnią perspektywę. Zależy nam, żeby pacjent był w dobrej formie za rok, pięć, dziesięć, dwadzieścia lat. Jest to zupełnie inne myślenie i ustalanie celów terapeutycznych niż w sytuacji, gdy chory np. wymaga zabiegu chirurgicznego. Wtedy go zoperujemy, rana będzie się goić przez tydzień lub miesiąc, potem jeszcze może rehabilitacja i pacjent jest zdrowy. Albo wyjmiemy nogę z gipsu i po sprawie.

Osoba z cukrzycą choruje przez całe życie i zadaniem lekarza jest pomóc jej to życie usprawnić. Drugą rzeczą, która całkowicie odróżnia cukrzycę od innych chorób, to jest to, że w cukrzycy pacjent jest swoim lekarzem, sam siebie leczy w największym stopniu, oczywiście zgodnie ze wskazówkami lekarza, dietetyka, pielęgniarki. Decyzje, jakie podejmuje taki chory, mają wymiar terapeutyczny – co zje, a z czego zrezygnuje, ile weźmie insuliny, czy będzie aktywny fizycznie. To wszystko wpływa na stężenie cukru we krwi. W innych chorobach tak nie jest, pacjent bierze leki i żyje normalnie. Osoba z cukrzycą musi decyzje podjąć sama. I albo zrozumie, że jej wybory mają znaczenie dla przebiegu choroby i nauczy się, co jest dla niej dobre, a co złe, albo się tego nie nauczy. I wtedy nie jest dobrze.

MT: Może warto w tym miejscu wspomnieć o najnowocześniejszych lekach stosowanych w cukrzycy, które dają spektakularne efekty u osób z nadwagą i otyłych, a wciąż krążą o nich kontrowersyjne opinie. Mam na myśli Ozempic (semaglutyd) lub Wegovy (semaglutyd) i Mounjaro (tirzepatyd).

L.Cz.: Kontrowersje wynikają z trzech powodów. Przede wszystkim ludziom nie chce się wierzyć, że te leki, stosowane w leczeniu cukrzycy i otyłości, mogą być tak skuteczne. Ponadto że mają tak szerokie i korzystne działanie terapeutyczne. Niemal wszyscy, którzy mają problem z otyłością bądź nadwagą, je biorą. Pokuszę się tutaj o niewielkie uproszczenie, że świat dzieli się obecnie, według mnie, na tych, którzy te leki biorą i na tych, co się do tego nie przyznają. Wspomniane leki mają bardzo silne działanie, spektakularne wręcz. My diabetolodzy, lekarze zajmujący się pacjentami z zaburzeniami metabolicznymi, jesteśmy nimi zachwyceni, bo leczą nie tylko z otyłości, w sensie zmniejszenia masy ciała, ale mają też inne liczne korzyści dla organizmu pacjenta. Wyrównują parametry, które są konsekwencją otyłości – zbyt wysokie stężenie cukru we krwi, nadciśnienie, bóle stawów, poprawiają stan psychiczny. Miałem ostatnio dwie pacjentki, które zapytały mnie: „Dlaczego pan nie uprzedza pacjentek, że te leki grożą rozwodem?”.

MT: O, intrygujące. Proszę o tym opowiedzieć.

L.Cz.: Wspomniane pacjentki opowiedziały mi, że z powodu swojej otyłości były źle traktowane przez swoich mężów. Ich życie ograniczało się do prac domowych, prawie nie wychodziły z domu, zaniedbywały się, bo miały bardzo niską samoocenę, w dużej mierze z powodu tego, jak ci mężowie się do nich odnosili. Po wdrożeniu leczenia i zmiany stylu życia ich masa ciała uległa tak znaczącej redukcji, że poczuły się o wiele lepiej, wróciła im wiara w dobre życie, chcą na powrót od życia czegoś więcej, odzyskały energię. Dzieci odchowane, nie muszą dłużej znosić upokorzeń od współmałżonka. I teraz albo wypędzą takiego trutnia z domu, albo same się wyprowadzą. To są prawdziwe historie. Te leki potrafią zmienić życie. Dokonały przełomu w medycynie.

MT: Jak one właściwie działają?

L.Cz.: Są to hormony, które przede wszystkim stymulują środek sytości, oszukują więc organizm, dając poczucie, że zjadło się wystarczająco. Dzięki nim człowiek je mniej, żołądek się kurczy, więc masa ciała się zmniejsza. Być może część pacjentów nie będzie wymagała brania tych leków przez całe życie, ale na pewno leczenie powinno trwać co najmniej kilka lat. Objawy uboczne są łagodne, tylko z przewodu pokarmowego – odczuwa je co czwarty, piąty pacjent w postaci nudności, które zazwyczaj ustępują po 2-3 tygodniach.

Wszystkie inne opowieści (np. o tym, że powodują zapalenie i/lub raka trzustki, uszkadzają wzrok, powodują raka tarczycy itp.) są nieprawdziwe. Nie mają żadnych podstaw naukowych. Każdy lekarz, który leczy nimi swoich pacjentów, wie, jak potrafią zmienić życie na plus. Potrzebne jest też świadome zaangażowanie pacjenta w proces, m.in. wzmożenie aktywności fizycznej, żeby nie tracić masy mięśniowej. Leczenie nie polega wyłącznie na przepisaniu zastrzyków. Chociaż dla pacjenta tak naprawdę najważniejsze jest, żeby stać się szczupłym. Wszyscy chcą schudnąć. Mówiąc potocznie: chudzi o 2 kg, grubsi o 22 kg. Dotychczas nie mieliśmy żadnej skutecznej metody farmakologicznej leczenia otyłości, a teraz mamy. Zresztą powodzenie tych leków, popyt na nie, pokazuje, jak ogromnym problemem dla wielu osób jest nadwaga.

Reasumując: jeśli mamy w zasięgu skuteczny i bezpieczny lek, to warto go zastosować. Tym lekiem może być zastrzyk, tabletka. Ale też, a może przede wszystkim, pomocna dłoń, uważność, czas, uśmiech, wsparcie, empatia, pociecha. I właśnie konkurs „Leczmy z troską!” zauważa i nagradza takie działania. Dobrze, że jest, a ja mogę choć trochę w tym uczestniczyć.

Zdjęcia: archiwa prywatne, Pavel Kot/iStock/Getty Images Plus/Getty Images, Champpixs/iStock/Getty Images Plus/Getty Images