Pierwszy SMS był krótki. Lakonicznie informował mnie:
– Jestem w szpitalu.
Zanim zdążyłem odpowiedzieć, przyszedł następny:
– Zrozum mnie, bałem się…
Pierwsze zaskoczenie minęło. W szpitalu jest bezpieczny, to najważniejsze.
Co mogłem zrobić? Skoro przysyła mi taką wiadomość, to czegoś oczekuje.
– Jestem z tobą!
Tylko tyle przyszło mi do głowy. Chyba czekał na to, bo zaraz odpowiedział, choć równie krótko jak za pierwszym razem: – Dzięki!
Wróciłem pamięcią do ostatnich dni. Było zwyczajnie
albo – używając języka medycznego – funkcjonował normalnie. No, może nastrój miał nieco obniżony, ale nic poza tym. Wprawdzie pisał trochę bardziej refleksyjnie. W jego wierszach pojawiał się temat śmierci, ale zapewniał, że to nic nie znaczy.
Poeci mają tę wspaniałą cechę, że potrafią przeżywać głębiej, widzieć szerzej, niekiedy nawet odkrywczo i proroczo. Zatem skąd to ostatnie pęknięcie, co się wydarzyło?
Tyle razy się zażegnywał:
– Ja? Do szpitala? Nigdy! Tam przecież nie ma życia. Faszerują człowieka jakimiś psychotropami, jakby był zwierzątkiem laboratoryjnym albo cudakiem bezwolnym. Nie akceptował tej oczywistej prawdy, że szpital to nie więzienie, że nawet jeśli jest miejscem izolacji, to przecież nie za karę!
Napisał, że się boi, więc uciekł… Tylko przed czy do?
Na odległość tego nie rozstrzygnę, ale jest bezpieczny, to najważniejsze!
Po paru dniach w którymś z kolejnych SMS-ów twierdził, że jego jedyną rozrywką jest spacer szpitalnym korytarzem, długim jak smutek. Już nie prosił, bym weryfikował, czy to, co dzieje się w jego umyśle, to wytwór wyobraźni, odprysk rzeczywistości, z którą nigdy nie stracił kontaktu, czy może marzenie senne, tak intensywnie przeżywane, że aż wydaje się rzeczywistością. To była smutna refleksja wyrażana lapidarnie i uderzająca swą prostotą.
Przerażała mnie jego samotność. Samotność człowieka otoczonego nierozumieniem ludzi, przecież życzliwie do niego nastawionych i, nie mam wątpliwości, że chcących mu pomóc.
Po której jestem stronie? Przerażała mnie moja bezradność i choć powtarzałem sobie: jestem z tobą, to nie zwyczajowe wyrażenie: jestem z tobą, to znaczy, że naprawdę jestem!
Czekanie. Jak to niewinnie brzmi, ale jednocześnie ile pytań zawiera. To jakby jeden klucz do wielu ścieżek: do zdrowienia, bo w końcu leki zaczną działać, ale też do małych radości, jak choćby z odwiedzin ludzi z zewnątrz. Przychodząc ze świeżymi kwiatami, zapachem innego świata, przynoszą słowa, których znaczenie nie musi być dla niego zrozumiałe, ale dla nich to nie jest ważne. Przyszli. Dla niego czy dla siebie?
Którejś nocy napisał mi, że nie śpi, że przeszkadzają mu hałasy innych. Od razu dodał: prawdziwe hałasy, potwierdzone przez personel.
To nie była skarga ani jakiś wyrzut.
Napisał, że nie śpi, bo doświadcza cierpienia innych, którzy będąc w swoich światach, głośno złorzeczyli naszemu światu i nam tu obecnym. Modlił się za nich, ale rozumiał, co się z nimi dzieje. Był z nimi i obok nich.
Był jednocześnie ofiarą ich zachowań i uczestnikiem spektaklu, którego scenariusz właśnie powstawał, a zmienności ról aktorów nie powstydziłaby się najlepsza teatralna trupa. On współodczuwał udręki krzyczących nieszczęśników, bo wiedział, że są to rozpaczliwe wołania dręczonych inną chorobą, inaczej przeżywających ból oddalenia.
Innym razem napisał mi, że zadają mu pytania, na które nie umie odpowiedzieć, na przykład o sens tego, co z nimi się dzieje, co jest niezawinione przez nich i niezależne od nich, albo o przyczyny doznań, których miłosierny Stwórca na pewno chciałby człowiekowi oszczędzić.
Napisał mi też o Grzesiu, który prowadzi ustabilizowane życie, bo codziennie zmieniają mu pasy, piżamę i pampersy, a on mimo wszystko rwie się do galopu, jak młode źrebię. Zauważył, że Grześ ma dopiero 20 lat, a już jego obłęd określono jako dożywotni. Za Grzesia zadaje pytanie o sens jego cierpienia i odpowiada, że Grześ o to nie spyta i dlatego jest szczęśliwy.
Cieszy mnie, że coraz więcej dostrzega, że jego przeżycia zaczynają być zróżnicowane. Próbuje określić wyższość uczuć nad rozumem:
– Żegnam się z tobą, moja biedna głowo, wchodzę na drogę anarchii serca.
Zauważa też, że poranny śpiew ptaków jest orkiestrą grającą odę do radości. Pięknie to ujął, prawda?
Zdarzeniom niecodziennym, a pewnie codziennie zdarzającym się w szpitalnym rozgardiaszu, próbuje nadawać wymiar poetyckiej inspiracji.
Napisał po stracie okularów:
– Mój wzrok stał się bardziej impresjonistyczny, zlewają się ze sobą barwy i kontury.
Ale potrafił też zaskakująco spytać:
– Czy można żyć bez powietrza?
Tak śpiewała legendarna Ewa Demarczyk, a on sam zadaje to pytanie, patrząc na Ukrzyżowanego. To zauważalny postęp, bo wcześniej skarżył się, że nie może scalić pokruszonych kawałków myśli, błądząc po ich rumowisku.
Teraz już wiem, że je znajduje, że wraca do nas bogatszy, a my, jak to określił jego przyjaciel – dzięki niemu lepiej poznajemy życie. Trafnie to określił: poznajemy życie, po prostu...
Następny artykuł: