MT: Czy podział na klasy społeczne jest wciąż aktualny?
Dr hab. Maciej Gdula: Socjolodzy pod koniec lat 80. pisali teksty o pożegnaniu z klasowością jako pojęciu przebrzmiałym. Anthony Giddens, brytyjski naukowiec, mówił, że socjologia powinna skoncentrować się na jednostce, a nie na klasach społecznych. Ulegli oni urokowi wizji bezklasowego społeczeństwa, a właściwie społeczeństwa klasy średniej, gdzie wszyscy będziemy mieć równe szanse i dość dużo zasobów, by dowolnie kształtować swoje
życie. Do tego sądzono, że społeczeństwo jest na tyle otwarte, że łatwo jest awansować tym, którzy jeszcze nie przynależą do klasy średniej.
MT: Założyli, że wszyscy będą mieli ochotę i zasoby, żeby stać się klasą średnią?
M.G.: Wizja bezklasowego społeczeństwa zakładała, że każdy, uwolniony od ograniczeń, będzie należał do klasy średniej jako jednostka żyjąca po swojemu. Okazało się jednak, że nie każdy ma odpowiednio dużo zasobów kulturowych i materialnych, żeby sprostać wymaganiom życia klasy średniej – by być atrakcyjnym, korzystać z wielu możliwości konsumpcyjnych, stale się zmieniać. Wizja społeczeństwa klasy średniej z projektu zakładającego wyzwolenie stała się porządkiem wykluczającym tych, którzy się w ten model nie wpisują.
Moim zdaniem to też pewne zubożenie, kiedy życie społeczne ma stać się jednorodne, wszyscy pomimo indywidualnych różnic mają być do siebie podobni, wyznawać te same wartości i ten sam model życia. Znika poczucie, że jest wiele dróg życiowych, nie tylko w granicach klasy średniej, ale też poza nią. Można być pracownikiem fizycznym i mieć ciekawe, dobre życie. Inni nie chcą być w klasie średniej, bo aspirują do wyższej, np. lekarze.
MT: Socjolodzy przedwcześnie ogłosili koniec klasowości?
M.G.: Z perspektywy czasu wiemy, że po pierwsze zbyt szybko chcieli się rozstać z klasami społecznymi, a po drugie często ignorowali realne procesy i przemiany społeczne. Od połowy lat 90. pojawiały się głosy, że wizje bierzemy za rzeczywistość, która jest dużo bardziej skomplikowana i znacznie mniej optymistyczna. Jedną z takich osób był Zygmunt Bauman, który pokazywał, że oprócz obietnicy nieograniczonej konsumpcji i otwartości społecznej, w zachodnim świecie jest też sporo wykluczenia, czyli ludzi, dla których nie ma miejsca w klasie średniej. Z czasem coraz częściej pojawiały się teksty, które pokazywały, że obietnica stworzenia społeczeństwa średnioklasowego czy bezklasowego nie wyszła, bo ten margines, który nie mieści się w tym schemacie, jest bardzo duży.
MT: Kto nie mieści się w klasie średniej?
M.G.: Osoby z klasy ludowej mają wrażenie, że to nie jest świat dla nich; czują się wykluczone. Nie mają poczucia uczestnictwa. Kiedy robiłem badania w Miastku, słyszałem: oni tam zapomnieli o zwykłych ludziach. Ten „zwykły człowiek” odnosi wrażenie, że jego problemy się marginalizuje, a jego sposób życia jest nieobecny w kulturze. Jeśli już się pojawia, to jako negatywny punkt odniesienia: „obciach”, „wieś”, „buractwo”.
Z drugiej strony rośnie klasa wyższa, która też nie żyje według standardów klasy średniej. Mówi się nawet o overclass, czyli tzw. nadklasie najbogatszych. Obserwujemy pogłębiające się procesy nierówności. Głosy socjologów, którzy mówią o różnicowaniu się społecznym, zaczęły być słyszalne. Zachwiała się utopia bezklasowego społeczeństwa.
MT: Po 1989 roku Polska również zachłysnęła się mitem klasy średniej.
M.G.: W Polsce dominowała narracja, że każdy, kto będzie się uczyć i ciężko pracować, może dużo osiągnąć. Pierwsza poważna rysa na micie klasy średniej pojawiła się na początku lat 2000., kiedy ludzie po studiach zderzyli się z dwudziestoprocentowym bezrobociem. Wtedy ci, którzy głosili utopię klasy średniej, mówili, że trzeba jeszcze ciężej pracować, a z pewnością będzie dobrze. Wiele osób uczyło się, ciężko pracowało i niewiele z tego miało. Lekarze też długo zarabiali dość mało. Byli bardzo rozgoryczeni, ponieważ studia medyczne są jednymi z najtrudniejszych, potem przychodzi odpowiedzialna praca, a nie szło za tym odpowiednie wynagrodzenie. W środowisku lekarskim w tamtych latach było wyraźne poczucie niesprawiedliwości.
MT: Jak to się przekładało na kontakty z pacjentami?
M.G.: Pacjenci wiedzieli, że lekarze są zmuszeni pracować za małe pensje, dlatego akceptowali łapówki, jako formy dopłaty. W „Polityce” Ludwik Stomma pisał, że nie przestanie dawać łapówek, dopóki lekarze nie zaczną dobrze zarabiać.
MT: Kiedy się to zmieniło?
M.G.: Po wejściu do UE i eksodusie lekarzy na Zachód. Wtedy okazało się, że muszą znaleźć się dla nich pieniądze, bo w innym wypadku nie będzie miał kto pracować w polskich szpitalach. Lekarze skorzystali z umiędzynarodowienia, podobnie jak zawody techniczne typu informatyk oraz pracownicy fizyczni.
MT: Hydraulik czy budowlaniec zarabia więcej niż niejedna osoba po studiach.
M.G.: Osoba, która ma fach w ręku, mieszka w dużym mieście, prowadzi własną firmę, może zarobić podwójną średnią nauczyciela czy urzędnika. To też uderzyło w mit klasy średniej, bo okazało się, że ten, kto się uczy, niekoniecznie osiągnie sukces.
Poza tym rośnie grupa ludzi, którzy dziedziczą pieniądze i pozycję społeczną. Ich sytuacja życiowa zależy nie od tego, co osiągnęli, tylko w jakiej rodzinie się urodzili. To sprawia, że mamy poczucie, że nie żyjemy w społeczeństwie osiągnięć, tylko reprodukujących się nierówności.
MT: Część lekarzy pochodzi z lekarskich rodzin. Na ile wpisują się w ten model?
M.G.: Z lekarzami jest nieco inna sytuacja niż z dziedziczeniem biznesów. Nie można zostać lekarzem tylko dlatego, że się urodziło w lekarskiej rodzinie. Trzeba odbyć studia, staż, zdobywać kolejne szczeble zawodowej kariery. Dzieci lekarzy mają o tyle łatwiej, że o medycynie słyszą w domu, przy stole, podczas codziennych rozmów. Język medycyny nie jest dla nich niczym obcym. Ale nie można przekazać wiedzy tak jak przekazuje się majątek. Inna jest więc droga lekarzy do klasy elit.
MT: Lekarze przynależą do klasy średniej czy wyższej?
M.G.: Lekarzy umiejscowiłbym jednak w klasie wyższej. Reprezentują wolne zawody, podobnie jak prawnicy i biznesmeni. Do uprawiania swojej profesji potrzebują bardzo wysokich kompetencji. Cieszą się dużym prestiżem i dzisiaj dość wysokimi zarobkami. To powoduje, że trudno ich umieścić w klasie średniej. Ale pieniądze nie są wyłącznym celem ich pracy. Jednocześnie kariera jest związana z pewnym typem poświęcenia, służby i zaangażowania.
MT: To zawód misyjny? Sami lekarze są niechętni takim stwierdzeniom.
M.G.: Kiedyś personel medyczny bardzo źle reagował na słowo „służba” czy „powołanie”, bo to kojarzyło się z sytuacją, że można im nie płacić, powinni pracować dla dobra innych za darmo albo za niewielką opłatą. Dziś wiadomo, że jedno drugiego nie wyklucza – można uprawiać misyjny zawód i dobrze zarabiać.
Lekarze są przekonani, że powinni trzymać się pewnych standardów. Mają środowiskową samokontrolę. Bycie lekarzem to decyzja na całe życie. Zdobycie specjalizacji jest tak ogromnym wysiłkiem, że później trudno się cofnąć. Skoro nie można z tego zawodu tak łatwo wyjść, to warto dobrze pracować i budować swoją pozycję. Cechą zawodów klasy wyższej jest to, że zaciera się życie prywatne i kariera. Z badań wynika, że klasa średnia ma lub chce mieć rozdzielone życie prywatne od pracy, która zazwyczaj nie jest aż tak wciągająca.
MT: Lekarze nierzadko narzekają na przepracowanie. Twierdzą, że to nie zawsze jest wybór, że chcieliby pracować mniej.
M.G.: Niewątpliwie aspiracje finansowe lekarzy rosną, co wiąże się z koniecznością wytężonej pracy. Lekarze nie chcą być gorzej sytuowani niż menedżerowie, prawnicy czy architekci. Muszą się starać, żeby utrzymać się w tej elicie. Być może mogliby zwolnić, ale wtedy straciliby finansowo.
MT: Rezydenci strajkowali z powodu słabych zarobków i przepracowania.
M.G.: Młodzi lekarze są grupą niezadowolonych z dwóch względów. Najczęściej mają małe dzieci, a jednocześnie są obciążeni pracą i nauką. Ale kiedy przejdą ten moment, mogą liczyć na dobre zarobki. Poza tym studia kończą roczniki, które mają inne oczekiwania dotyczące płac niż ich starsi koledzy. Nie chcą kilka lat czekać, aż zaczną dobrze zarabiać. Mają konkretne wymagania finansowe już na starcie.
MT: Co znaczy w Polsce przynależeć do elity finansowej?
M.G.: NBP dwa lata temu zrobił badanie dotyczące majątku netto polskich gospodarstw domowych. Odsetek najbogatszych, czyli z minimum 3 mln zł majątku netto, wynosi 1 proc. W drugim progu, 2 mln zł majątku i 1,5 mln zł, zmieścił się także odpowiednio 1 proc. społeczeństwa. To są setki tysięcy osób, szacunkowo około pół miliona. Sześciu Polaków jest na liście 2 tysięcy najbogatszych osób na świecie. Opowieści o polskich elitach jako klasie raczkującej są przesadzone. Mamy całkiem sporą klasę wyższą.
MT: Jak ta przepaść finansowa odbija się na kontaktach z pacjentami?
M.G.: Oczywiście lekarze powinni zarabiać porządnie, ale różnice między klasą wyższą a resztą społeczeństwa są tak duże, że ludzie mają wrażenie zerwanego kontraktu społecznego. Elity odrywają się od społeczeństwa i dryfują w swoim własnym kosmosie. Różnice dotyczą poziomu i stylu życia, sposobu odpoczywania, szans życiowych ich dzieci. W przypadku biznesmenów i menagementu dysproporcje są jeszcze większe niż w przypadku lekarzy. Zaczynamy się zastanawiać, czy jesteśmy jeszcze jednym społeczeństwem. Badania pokazują, że podziały społeczne wciąż rosną. W tej sytuacji pytanie o sprawiedliwszą redystrybucję dóbr dotyczy oczywiście i lekarzy. Zadaniem elity jest pewna odpowiedzialność społeczna.
MT: W jaki sposób zmniejszyć nierówności?
M.G.: Oczywiście nikt sam sobie nie obetnie pensji. Ludzie zawsze uważają, że zarabiają za mało. Elity nie mogą jednak być wyjęte poza społeczeństwo. Muszą stać się częścią dyskusji o tym, jakie mamy prawa, ale też obowiązki wobec wspólnoty, której jesteśmy częścią. Pomimo różnic klasowych coś nas wszystkich łączy i nie chodzi o hymn, rocznice i łopotanie flag, ale poczucie odpowiedzialności społecznej. Co mogą zrobić elity? Przykładowo bronić dostępu do usług publicznych dla wszystkich, niezależnie od statusu społecznego – dobrej jakości edukacji czy ochrony zdrowia. Pewnym rozwiązaniem jest też progresywne opodatkowanie, żeby klasa wyższa więcej wkładała do wspólnej puli. Wtedy może powiedzieć: dużo zarobiłem, ale też sporo oddałem, więc to, co zostało, bezwzględnie mi się należy.
MT: Wiele się mówi o kryzysie klasy średniej, czyli elity mają się dobrze?
M.G.: Elity mają się chyba nawet lepiej niż dobrze. Lekarze również czują się spokojni o swoją przyszłość. Nawet jeśli w Polsce przestaną porządnie zarabiać, a zarabiają coraz więcej, mogą pracować w innych krajach. Większość świetnie zna angielski, na studiach wyjeżdżają na kursy i staże za granicę, jeżdżą na zagraniczne kongresy. Są przygotowani do pracy poza granicami kraju. A przecież lekarzy brakuje nie tylko w Polsce, to dziś bardzo poszukiwany zawód.
MT: Dlaczego nie udała się utopia średnioklasowa mówiąca, że wszyscy będziemy równi?
M.G.: Odpowiedź na to pytanie jest bardzo złożona. Możemy na to spojrzeć od strony systemu ekonomicznego – kapitalizm bez regulacji, w którym głównym motywem jest zysk i akumulacja kapitału, sprawia, że jedna grupa bogaci się bez umiaru, ale tracą pracownicy. Część zadań eksportuje się tam, gdzie praca jest tańsza, więc pojawia się bezrobocie, obniża się standardy pracy i płace. Dochodzi do ograniczenia wydatków na usługi publiczne, które są miejscami pracy klasy średniej, np. nauczycieli czy pielęgniarek.
Na kwestię braku realizacji utopii można spojrzeć od strony kulturowej. Pod podszewką opowieści o klasie średniej kryje się niezauważanie klasy ludowej. Założenie, że wszyscy będą chcieli przynależeć do klasy średniej jest błędne. Nie wszyscy mogą wykonywać pracę umysłową. Przyjrzyjmy się serialom: jest to społeczeństwo, które ma miłą pracę w biurach, gdzie nie robią się odciski. Udajemy, że nie ma hydraulików, budowlańców i rolników. Te grupy zawodowe nie istnieją w sferze kultury.
Dotyczy to też etyki. Nie wykorzystujemy odruchów etycznych charakterystycznych dla klasy ludowej, np. troski, poczucia równości w sensie równego dostępu do opieki zdrowotnej czy edukacji. Wreszcie to jest pewien rodzaj tolerancji wyrażającej się w przekonaniu: żyj i daj żyć innym. Podczas badań na Mazurach okazało się, że rolnicy i robotnicy to niekoniecznie obrońcy polskiej tradycji, Kościoła i diety ze schabowym jako symbolem polskości. W rozmowie o wegetarianizmie jedna z rolniczek stwierdziła: Może ja też przestałabym jeść mięso, to byłabym chudsza, jak ktoś nie chce jeść mięsa, to niech nie je.
Moglibyśmy skorzystać z zasobów kulturowych i etycznych klasy ludowej, gdybyśmy zaczęli traktować ją poważnie.
Następny artykuł: