Przyglądam się wielkim, ale i nie tak odległym, nie tak pomnikowym nazwiskom lekarzy. Zmieniają swoje miejsca na ziemi wydawałoby się z ogromną łatwością. Nowe kliniki, nowe wyzwania, nowe kontrakty. Oni nie mają problemu – za nimi pójdą pacjenci, a jeśli nie, to pojawią się nowi, też niezwykle
wierni.
Szczególną sytuację mają onkolodzy. Wątpię, czy nawet wyobrażają sobie, a może lepiej, że nie, jak przywiązani są do nich pacjenci. Każde zastępstwo w przychodni przyszpitalnej odbierane jest jako katastrofa. Jak kompetentny nie byłby kolega „naszego onkologa”, wizyta jest stracona. Pacjenci mówią o swoim lekarzu po imieniu, są wyczuleni na jego humor, zmęczenie i każdą minę, która może kamuflować złą informację.
Pytam o przebieg wizyty mojego przyjaciela, który od lat, jak mówi, trzyma raka w ryzach. Jeśli jest bez zmian, co jest dla niego ideałem, skupia się na szpitalnych obrazkach. Jak się spotkali na korytarzu, jak porozmawiali już wtedy, jak w gabinecie Pan Doktor się dłużej zastanawiał, jak podkreślił, że dla niego miejsce na kolejną wizytę musi się znaleźć.
Obecność lekarza, jego dobre słowo – wszystko to leczy.
Ale lekarze to też znikające punkty. Nawet nie wiedzą, jak serdecznie pozostają w pamięci pacjentów.
Gdziekolwiek jesteście zakotwiczeni po nowych, zawodowych decyzjach, pamiętajcie, że w okolicy Bożego Narodzenia w wielu domach mówi się o was jak o najważniejszych osobach.
Następny artykuł: