Co znajdziesz w artykule?
Pracują w ekstremalnych warunkach. Jakby była wojna. Skrajnie przemęczeni, w nieustannym napięciu, permanentnym stresie i pod ogromną presją. Sytuacja, której aktualnie doświadcza personel medyczny, w tym lekarze, jest bliska doświadczenia traumy. Rozlewająca się druga fala pandemii COVID-19 sprawiła, że wypalenie zawodowe stało się dziś jednym z najpoważniejszych problemów w tej grupie zawodowej w Polsce.
Spis treści

Ogromnie niepokojące są pierwsze wyniki badań oceniających kondycję psychiczną białego personelu szpitali jednoimiennych w Chinach. Pokazują, że połowa lekarzy pracujących z pacjentami chorymi na COVID-19 cierpi na zaburzenia snu, połowa ma stany depresyjne, a prawie 40% – syndrom posttraumatyczny, którego doświadczają żołnierze powracający z wojny. Z Chin SARS-CoV-2 dotarł do Europy, a potem do Polski – alarmował podczas pierwszej, wiosennej fali pandemii COVID-19 socjolog z Uniwersytetu
Warszawskiego, dr Tomasz Sobierajski.
I zrobiło się u nas jak w Chinach.
Funkcjonowanie polskiego systemu opieki zdrowotnej zawsze było źródłem frustracji i bezsilności, z którymi lekarze musieli się zmagać. Pandemia nasiliła to zjawisko. Potwierdzają to najnowsze badania zawarte w listopadowym raporcie opublikowanym przez Uniwersytet Ekonomiczny w Krakowie. Według autorek raportu – prof. Beaty Buchelt, specjalistki ds. zarządzania personelem medycznym z tej uczelni, oraz prof. Iwony Kowalskiej-Bobko z Wydziału Nauk o Zdrowiu Collegium Medicum Uniwersytetu Jagiellońskiego – po zakończeniu pandemii aż 29% lekarzy zamierza ograniczyć swoją aktywność zawodową, 15% odejść z rynku pracy, w tym 9% wyemigrować, a 6% w ogóle zrezygnować z zawodu. Tylko połowa lekarzy deklaruje, że pandemia nic nie zmieniła w ich życiu zawodowym. – Wyniki tego badania zapowiadają katastrofę w zakresie zasobów ludzkich w ochronie zdrowia w Polsce w czasach postpandemicznych – ostrzegają naukowcy.
Rozterki lekarza POZ
Lek. med. Andrzej Molisz (rocznik 1984, pandemia utrudnia mu dokończenie specjalizacji z laryngologii, bo nie ma jak robić staży) dyżuruje w punkcie Nocnej i Świątecznej Opieki Chorych (NOCh) przy szpitalu zarządzanym przez spółkę Szpitale Tczewskie SA w Tczewie. Odkąd tczewska placówka zamieniła się w szpital covidowy, czuje, jak narasta w nim frustracja i poczucie bezsilności. Do niedawna zaletą dla lekarza pracującego w tym miejscu było zaplecze szpitala, a dla pacjentów fakt, że w razie potrzeby mieli do niego blisko. Pacjentów w punkcie NOCh jest co prawda jedna piąta tego co zwykle, dzieci w ogóle nie widać, za to zgłaszają się osoby ciężko chore internistycznie, choć do tej pory większość stanowili pacjenci z problemami chirurgicznymi.
– Tuż po przekształceniu szpitala tczewskiego w covidowy zgłosił się do mnie 80-letni mężczyzna z objawami zaostrzonej niewydolności serca z dusznością – wspomina lek. Molisz. – Był w tzw. stanie pośrednim, nie na tyle ciężkim, by pogotowie chciało do niego przyjechać, i nie na tyle lekkim, by mógł czekać na poradę lekarza rodzinnego dwa tygodnie. Mogłem tylko odesłać go na SOR do Gdańska, mając świadomość, że to nierealne. Do autobusu starszy pan bał się wsiąść ze względu na zagrożenie epidemiologiczne, a samodzielne pokonanie drogi tylko na dworzec zajęłoby mu dwie godziny. Karetką nie miałem możliwości go wysłać, bo wszystkie wożą pacjentów covidowych. Starałem się dodać mu otuchy: „Gdyby było bardzo źle, proszę dzwonić na pogotowie, ale trzeba wierzyć, że będzie trochę lepiej”. Czułem się jednak podle. Byłem kompletnie bezradny – wyznaje lekarz.

Po mężczyźnie do gabinetu weszła kobieta z krwawieniem z przewodu pokarmowego. Objawy – czarny stolec, wymioty – oznaczały, że pacjentka bezwzględnie wymagała pilnej hospitalizacji i pełnej diagnostyki. Musiałaby więc również jechać do Gdańska. Kobieta odmówiła, bo w szpitalach jest COVID-19. I nie dała się przekonać.
Inna sytuacja: dzwoni pacjent i skarży się na kaszel i gorączkę. – Wiem, że powinienem go zbadać – przyznaje lek. Molisz. – Wiem też, że nie mam możliwości wpuścić go do przychodni, bo to może oznaczać, że trzeba ją będzie zamknąć. Muszę więc przez telefon ocenić, czy mogę go odesłać, by leczył się w domu, czy od razu skierować do szpitala. Muszę sam rozstrzygnąć ten dylemat i wziąć na siebie odpowiedzialność, a to mnie przerasta. Z przerażeniem patrzę, jak w czasach pandemii szpitale oddaliły się od chorych, a nawet stały się dla nich niedostępne. Jakość opieki na tyle się pogorszyła, że niewątpliwie wzrośnie śmiertelność z powodu innych chorób niż COVID-19 – dodaje zrezygnowany lek. Molisz.
Pandemia obnażyła prawdę
Michał Ducki, 32 lata, to lekarz rezydent w jednym ze szpitali w Grodzisku Mazowieckim. – Od półtorej godziny stoję na podjeździe dla karetek przed SOR-em i próbuję bezskutecznie przekazać pacjentkę z udarem mózgu – alarmuje młody lekarz, świeżo po pisemnym egzaminie z anestezjologii. Jest jednym z młodych lekarzy z Porozumienia Rezydentów, którzy ogłosili na początku listopada, że system ochrony zdrowia w całym kraju rozpadł się na kawałki. Przed największymi szpitalami w Polsce zapalili znicze. Ku pamięci pacjentów zmarłych z powodu niewydolności systemu oraz medyków, którzy zginęli z przepracowania i braku środków ochrony osobistej. Są przekonani, że to kolejne rządy doprowadziły system do ruiny.

– Już pięć lat temu miałem objawy wypalenia zawodowego, depresji i stresu pourazowego, teraz jest jeszcze gorzej, bo wiem, że nie jesteśmy w stanie zapewnić opieki naszym pacjentom. Na łapu capu tworzone są oddziały covidowe, dramatycznie brakuje miejsc dla pacjentów ze zwykłymi, niepandemicznymi chorobami. W Warszawie na karetkę czeka się nawet 6 godzin, niezależnie od tego, czy pacjent zgłasza ból w klatce piersiowej, jest z wypadku, czy, tak jak moja pacjentka, ma udar mózgu – relacjonuje rezydent Michał Ducki. We Wrocławiu pacjent z zatrzymaniem krążenia czekał na karetkę godzinę. Gdy w końcu dotarła na miejsce, było za późno.
– Przez wiele lat naszą ciężką pracą, wyrzeczeniami, poświęcając własne zdrowie, życie i rodziny zapewnialiśmy działanie tego systemu ochrony zdrowia – niedofinansowanego, źle zorganizowanego, zgadzając się na kilkanaście dyżurów w miesiącu plus etat. Ja tylko w listopadzie poza pełnym etatem musiałem wziąć 11 dobowych dyżurów, bo nie było kim ich obsadzić. W tym trybie pracujemy od wielu lat. Przyszła pandemia i obnażyła brutalną prawdę, że rząd nie realizuje jednego ze swoich najważniejszych zadań: nie zapewnia obywatelom zdrowotnego bezpieczeństwa. I jeszcze cynicznie zrzuca się winę na nas – dodaje medyk.

Na linii frontu
Wypalenie zawodowe może dotknąć każdego lekarza, w sytuacji pandemii najbardziej są na nie narażeni ci pracujący na linii frontu – na szpitalnych oddziałach ratunkowych i na oddziałach covidowych.
– W stan emocjonalny, który można określić „mam wszystkiego dosyć”, popadam kilka razy w roku – przyznaje lek. med. Piotr Rychlik, lat 40, specjalista medycyny ratunkowej, zastępca kierownika SOR-u w Szpitalu im. Mikołaja Kopernika w Gdańsku. – W takich chwilach myślę o tym, że najchętniej zrobiłbym kurs spawacza i w ogóle przestał funkcjonować w obszarze medycznym. To trochę trwa, w przerwie między dyżurami staram się uspokoić, wmówić sobie, że są rzeczy, na które nie mam wpływu. Najbardziej męczy mnie, gdy widzę listę swoich pacjentów na dyżurze i mam świadomość, że choćbym nawet bardzo chciał, to wiem, że nie jestem w stanie żadnego z nich doprowadzić do końca, czyli wypisać, bo albo brakuje jeszcze jakiegoś wyniku, albo w szpitalu nie ma wolnego miejsca.
Zdaniem lek. Piotra Rychlika lekarze są nadmiernie obciążeni w pracy różnymi rzeczami. Uczciwie przyznaje, że biurokracji ma mniej niż koledzy pracujący na innych oddziałach. Ale i tak ma poczucie, że pewna liczba dokumentów nikomu i niczemu nie służy. – Zajmuję się nieistotnymi rzeczami, podczas gdy moją powinnością jest pomoc pacjentowi. Ja nie walczę z chorobami czy z covidem, bo to jest niemożliwe, za to spotykam się z ostrymi, nagłymi problemami zdrowotnymi pacjentów i próbuję je rozwiązywać. Żeby pacjent poczuł się lepiej, wyzdrowiał lub po to, by dać mu szanse na wyzdrowienie – dodaje lekarz.

W opinii dr. Rychlika praca na SOR-ze zawsze wiązała się z pewnego rodzaju chaosem, nigdy nie istniał tu ramowy dzień pracy, nie było momentów powtarzalnych, czegoś w rodzaju stelaża, który dawałby poczucie, że się kontroluje sytuację. Natomiast ciągły stres wynika z tego, że nie wiadomo, czy w ciągu zaledwie kilkudziesięciu sekund względnie spokojny dyżur nie zamieni się w horror, który człowiek potem długo odreagowuje.
– Istotą mojej specjalności jest działanie tu i teraz, interakcja z pacjentem, fakt, że od razu przynosi ona efekty, satysfakcja, gdy stan chorego się poprawia. Tym, co nas, lekarzy medycyny ratunkowej, w tej chwili najbardziej męczy, przytłacza i wyzwala niechęć, nie jest lęk przed wirusem, lecz świadomość, że nie jesteśmy w stanie na bieżąco połapać się w zmieniających się co chwilę regulacjach i komunikatach. Od marca do dziś tylko w tym jednym szpitalu samych komunikatów ukazało się ponad dwieście. Teoretycznie nie powinny one dotyczyć lekarzy, tylko kogoś z personelu administracyjnego, ale dotyczą i generują frustracje. Bo o ile lekarz jest w stanie w ciągu paru godzin wyprowadzić chorego na prostą, to bywa, że następne godziny, a nawet dni, zajmuje mu poszukiwanie dla tego pacjenta wolnego miejsca w szpitalu i karetki, która go do niego zawiezie. To obszar, w którym zaczynamy działać na granicy swoich kompetencji, poza granicami tego, co nam jest najbardziej znane – podkreśla dr Rychlik.


Pacjent pozostaje nadal na SOR-ze, a to oznacza, że lekarze muszą go tutaj prowadzić przez kilka dni, np. lecząc także jego zdekompensowaną cukrzycę czy inną chorobę przewlekłą. Tymczasem na SOR-ze nie ma technicznych warunków do prawdziwej izolacji chorych z COVID-19 dodatnich i z wynikiem testu ujemnym. – Robimy mnóstwo rzeczy poza swoimi obowiązkami, ale najbardziej wyprowadza nas z równowagi i męczy bezsilność wobec faktu, że wiemy, co powinno być zrobione przez osoby spoza białego personelu, a okazuje się, że musimy to zrobić sami, nie mając do tego narzędzi. Brakuje nam lekarzy, ratowników, pielęgniarek, co chwilę część zespołów wypada z powodu kwarantanny lub zakażenia – wymienia dr Rychlik.

W czasie pandemii oddziały ratunkowe stały się najwęższym gardłem systemu, tymczasem nie uwzględniono ich w żadnej ze strategii MZ, nie ma ich również na grafikach przedstawiających schemat walki z COVID-19.
Eskalacja presji prawa
Lek. med. Lech Kucharski, ordynator oddziału chorób wewnętrznych w Szpitalu Specjalistycznym im. Stefana Żeromskiego w Krakowie, wiceprezes Okręgowej Rady Lekarskiej, radny miasta Krakowa i przewodniczący Komisji Zdrowia oraz członek Wojewódzkiego Zespołu Zarządzania Kryzysowego przy wojewodzie krakowskim, zwraca uwagę na jeszcze jeden czynnik zniechęcający lekarzy do uprawiania tego zawodu – sytuację polityczno-prawną, w której muszą dziś pracować.
– Praca lekarza po przyjęciu rozwiązań prawnych zawartych w artykule 155 Kodeksu karnego (kk), a zwłaszcza wykreśleniu 37a kk, potocznie zwanych lex Ziobro, które w bezwzględny sposób penalizują popełnienie nawet nieumyślnego błędu w sztuce lekarskiej związanego ze śmiercią pacjenta, stała się ogromnie ryzykowna – uważa lek. Kucharski. To prawo, jego zdaniem, wiąże lekarzowi ręce, ponieważ ogranicza mu możliwość leczenia chorych w ciężkich stanach np. lekami niemającymi w swojej charakterystyce produktu leczniczego zapisanych adekwatnych wskazań czy dawkowania, a mogą być skuteczne również w schorzeniu, na które cierpi jego pacjent. Mimo że zgodę na podanie takiego leku, który może uratować życie pacjenta, wyrażą komisja bioetyczna i sam pacjent, to gdy lek okaże się nieskuteczny, jego podanie może zostać uznane za błąd w sztuce, a wówczas lekarz może być narażony na karę bezwzględnego więzienia. To dodatkowo paraliżuje lekarzy.
– Myślę, że większy strach lekarzy związany jest teraz z odpowiedzialnością karną niż samym COVID-19. I to jest dla nas jeden z większych problemów: odpowiedzialność karna i cywilna oraz ustawy i rozporządzenia, które teraz wchodzą w życie, jak np. ustawa antycovidowa. Muszę przyznać, że do dziś nie udało mi się zapoznać z jej przepisami, ponieważ jej pełny tekst nadal pozostaje nieznany, mimo że była już nowelizowana ze względu na proponowane „wysokie” zarobki dla personelu medycznego, bo stanowiłyby zbyt duży wydatek dla budżetu. Takie stanowienie prawa jest bardzo niepokojące, budzi olbrzymi lęk, a czasami nawet przerażenie, ponieważ każdy z nas chciałby wiedzieć, jak funkcjonuje jego otoczenie prawne. Każdy, kto wybiera ten zawód, chce mieć świadomość, w jakich warunkach przyjdzie mu go uprawiać – wyznaje Lech Kucharski.

Potrzebna profesjonalna pomoc
Problem wypalenia zawodowego zaczęto obserwować i opisywać w latach 70. XX w. Ten wprowadzony przez amerykańskiego psychologa Herberta J. Freudenbergera termin, oznaczający stan wyczerpania spowodowany nadmiernymi żądaniami stawianymi przez środowisko lub daną osobę, szybko zyskał na popularności, gdy zaczęto dostrzegać jego konsekwencje zarówno dla osób bezpośrednio nim dotkniętych, jak i tych, które pośrednio mogą odczuwać jego skutki. Cały świat zmaga się z tym zjawiskiem. W europejskich statystykach dotyczących wypalenia zawodowego przodują polscy lekarze. Pandemia jeszcze ten problem zaostrzyła.
– Ostatnie badania prowadzone wśród personelu medycznego, a dotyczące następstw psychologicznych w radzeniu sobie z silnie stresową sytuacją wynikającą z pandemii wskazują, że coraz więcej jest w tym środowisku przypadków zaburzeń depresyjnych, lękowych, bezsenności, wyczerpania fizycznego, psychicznego i emocjonalnego – wylicza dr n. med. Sylwia Barsow, psycholog kliniczny, certyfikowany superwizor Polskiego Towarzystwa Psychoonkologicznego (PTPO), koordynator Samodzielnego Zespołu Psychologów w Uniwersyteckim Centrum Klinicznym w Gdańsku. – Dominuje poczucie braku kontroli nad sytuacją, bezradność wobec systemu, personel jest cały czas w trybie gotowości i przeciążenia zarówno fizycznego, emocjonalnego, jak i poznawczego. Może pojawiać się poczucie bezradności, a to wszystko razem prowadzi do wypalenia zawodowego, które wymaga już profesjonalnej pomocy. Taką pomoc starają się zorganizować dla swoich członków lekarskie samorządy – dodaje dr Barsow.

Leczą się sami
Lek. med. Magdalena Flaga-Łuczkiewicz, specjalista psychiatra, od lat zajmująca się zdrowiem medyków, ponad rok temu została pełnomocnikiem ds. zdrowia lekarzy przy Okręgowej Radzie Lekarskiej w Warszawie. Co prawda w 2007 r. Naczelna Rada Lekarska zobowiązała uchwałą okręgowe rady lekarskie do zorganizowania systemu pomocy dla lekarzy, „których stan zdrowia ogranicza lub uniemożliwia wykonywanie zawodu”, przez powołanie pełnomocnika ds. zdrowia lekarzy, jednak większość z nich ogranicza swoją ofertę do leczenia uzależnień. Problem w tym, że numer telefonu i/lub adres email do pełnomocnika można znaleźć jedynie na kilku spośród ponad 20 serwisów internetowych okręgowych izb lekarskich, w niektórych przypadkach należy się kontaktować za pośrednictwem pracownika biura izby, a nie lekarza.
Tymczasem uzależnienia to tylko część większej całości. Lekarze – tak jak wszyscy ludzie – miewają również depresję, zaburzenia lękowe, natręctwa, zaburzenia osobowości, chorobę dwubiegunową. W kwietniu 2016 r. za pośrednictwem serwisu społecznościowego Konsylium24 lek. Magdalena Flaga-Łuczkiewicz zapytała 1000 polskich lekarzy o ich nastawienie do leczenia psychiatrycznego. Mimo że aż 86% respondentów uznało fakt ewentualnego leczenia się u psychiatry za ważny, to jednak w swoim własnym przypadku nie byli skorzy do korzystania z fachowej pomocy.
– Lekarze sięgają po nią dopiero wtedy, gdy nie widzą innego wyjścia – tłumaczy lek. Flaga-Łuczkiewicz. – Początkowo w ogóle nie przyjmują do wiadomości, że cokolwiek w tej sferze im dolega. Następnie sami stawiają sobie diagnozę i wypisują leki. To jest prawdziwa plaga, szczególnie wśród starszych lekarzy. Młodzi mają już do tego inne podejście. Dla 30-latka to żaden wstyd zasięgnąć porady u psychiatry – dodaje lekarka.
Po objęciu funkcji pełnomocnika ds. zdrowia lekarzy lek. Flaga-Łuczkiewicz przygotowała program, zgodnie z którym każdy lekarz należący do OIL w Warszawie może skorzystać z dziesięciu spotkań z psychoterapeutą dobrze znającym realia polskiej ochrony zdrowia. Zbiegiem okoliczności program ruszył w marcu tego roku, w momencie gdy zaczynała się pandemia. Na pierwszą, tzw. triażową, wizytę lekarz zgłasza się do lek. Magdaleny Flagi-Łuczkiewicz, kolejne spotkania ma już z psychoterapeutą. Wszystko odbywa się z zachowaniem pełnej dyskrecji i anonimowo. Z tej formy pomocy skorzystało już w warszawskiej OIL kilkudziesięciu lekarzy. Ponadto do poradni poza izbą, w której Magdalena Flaga-Łuczkiewicz praktykuje na co dzień, zgłaszają się lekarze z całej Polski – ze Szczecina, Olsztyna, większych i mniejszych miejscowości, w których boją się ujawnić, że potrzebują profesjonalnego wsparcia. Część z nich, zanim trafi do psychiatry, ucieka w alkohol, środki odurzające, narkotyki i psychotropy.

Pomoc psychologów organizują dla lekarzy również inne samorządy oraz pracodawcy.
– Mając świadomość tego, że w okresie pandemii lekarzom częściej zdarzają się sytuacje kryzysowe, na ogół trudne do samodzielnego rozwikłania, stworzyliśmy w Krakowie system pomocy psychologiczno-psychiatrycznej dla personelu medycznego i uruchomiliśmy specjalny telefon – mówi lek. Lech Kucharski. – Również w krakowskim Szpitalu im. Stefana Żeromskiego każdy pracownik – nie tylko lekarz, pielęgniarka itd. – może liczyć na wsparcie psychologów. Od początku pandemii profesjonalną pomoc w sytuacji kryzysowej oferuje personelowi medycznemu i pracownikom administracji Uniwersyteckie Centrum Kliniczne w Gdańsku. W skład Samodzielnego Zespołu Psychologów UCK wchodzi 33 psychologów. Tylko podczas pierwszej fali pandemii z ich pomocy skorzystało ponad 200 osób. Również OIL w Łodzi zapewnia lekarzom bezpłatną pomoc doświadczonych terapeutów. Każdy zrzeszony w łódzkiej OIL lekarz i lekarz dentysta może uzyskać wsparcie w formie trzech godzinnych spotkań. Terapeuci udzielają porad zdalnie – online lub przez telefon.

Spacer z psem
– Po tygodniu-dwóch orki na SOR-ze, jak trafi mi się wolny dzień i napięcie puszcza, to nie mam ani ochoty, ani siły, by robić cokolwiek. A trzeba zaopatrzyć lodówkę, pomóc dzieciom w lekcjach, porozmawiać z żoną. Ukojeniem są dla mnie chwile, gdy już cały dom zaśnie i mogę posiedzieć sobie przez godzinę w ciszy ze szklanką herbaty lub piwa. A rano i wieczorem wyjść na spacer z psem – przyznaje lek. Piotr Rychlik.
O tym, że wyprawa z psem jest najlepszym lekarstwem na zawodowy stres, przekonany jest również lek. med. Henryk Krella, specjalista chorób zakaźnych z Pomorskiego Centrum Chorób Zakaźnych i Gruźlicy w Gdańsku. W lipcu tego roku doktor Krella skończył 80 lat. W tym szpitalu pracuje od 1966 r., od momentu gdy trafił do niego na staż. Przez 17 lat był zastępcą dyrektora szpitala, lekarzem epidemiologiem, a od 2005 r. jest zatrudniony na stanowisku kierownika Izby Przyjęć. Przeżył w tym szpitalu epidemię zapalenia opon mózgowych, zapalenia wątroby typu A, zetknął się z ospą prawdziwą, HIV, SARS, wąglikiem, ebolą i ptasią grypą. A teraz pacjentów z innymi chorobami niż COVID-19, z dusznościami lub innymi objawami zapalenia płuc doktor Krella praktycznie na Izbie Przyjęć nie ogląda.
Na pytanie, czy nie obawia się, że i jego dopadnie koronawirus, doktor tłumaczy, że nie rozpatruje tego w kategoriach obawy. Pracuje tu, bo ma poczucie, że jest potrzebny. Nie czuje się wypalony, bo nawet nie wie, czym się to objawia. Czasem bywa tylko zniechęcony, np. gdy brakuje mu wolnych łóżek i musi szukać szpitala, gdzie przyjęto by chorego, którego akurat ma na Izbie Przyjęć. Jeśli coś go frustruje, to różnica między oficjalnie podawaną informacją, że w jego szpitalu jest 188, a nawet 250 łóżek a rzeczywistością, w której tych łóżek jest zaledwie 130. Sytuacja zmieniła się na lepsze, odkąd obowiązek szukania wolnego miejsca dla chorego przejęli wojewódzki koordynator ratownictwa medycznego oraz główny dyspozytor zespołów ratownictwa. Doktor Krella otrzymuje teraz informacje o wolnych łóżkach co cztery godziny, co zdecydowanie poprawiło mu komfort pracy. Obecnie wąskim gardłem systemu stały się przewozy pacjentów.
Bulwersuje go natomiast coś zupełnie innego: pacjenci zgłaszający się na Izbę Przyjęć są już po kilku kuracjach antybiotykami. A jak wiadomo, w przypadku COVID-19 przynoszą one więcej szkód niż pożytku, bo koronawirus jest strukturą, która nie poddaje się tego rodzaju leczeniu.
„Zwykli?” Niezwykli – fotografie lekarzy w dobie COVID-19
Fotografka Monika Szałek, jedna z najlepszych portrecistek, ma na swoim koncie kilka wystaw, ponad 100 okładek magazynów, kilkanaście zilustrowanych fotografiami książek oraz kilkadziesiąt kampanii reklamowych. Portretuje największe gwiazdy polskiego show-biznesu – aktorów, prezenterów telewizyjnych, sportowców, ale również pisarzy i muzyków. Gdy koronawirus dotarł do Polski, ogłoszono lockdown i Monika przestała mieć zlecenia zawodowe, postanowiła sportretować pro bono ludzi zajmujących się pacjentami w warszawskim Szpitalu MSWiA oraz w łódzkim Szpitalu im. M. Kopernika i podarować im zdjęcia na pamiątkę. Na siedmiodniową sesję zaprosiła pracowników wszystkich szpitalnych szczebli: od lekarzy i pielęgniarek poczynając, na personelu pomocniczym (salowe, sprzątaczki i kierowcy jeżdżący z wymazami) kończąc.
– A oni cieszyli się, wychodzili ze swoich kombinezonów, zdejmowali rękawice i maseczki, stawali przed obiektywem i byli ludźmi dumnymi z tego, kim są, gdzie są i co robią – opowiada autorka zdjęć. W przeciwieństwie do tzw. zaangażowanej fotografii reporterskiej, która dokumentowała zmęczenie, strach i ból – portrety Moniki Szałek pokazywały te same sytuacje nie przez pryzmat dramatu, ale poprzez pozytywne emocje. Zanim sięgnęła po aparat, rozmawiała ze swoimi bohaterami, bo – jak twierdzi – nie zrobi dobrego zdjęcia, jeśli choćby przez szparę nie zajrzy do czyjejś duszy. Osoby portretowane mówiły jej, że nie czują się bohaterami. Po prostu wykonują swoją pracę. Są tu nie po to, by się bać, ale po to, by ratować ludzkie życie. Podkreślali, że są zwykłymi ludźmi. Zdjęciami zainteresowała się Galeria Mokotów. Urządziła wystawę „Zwykli?”, w ramach której pokazała cichych bohaterów pandemii. Ludzi niezwykłych. Obecnie autorka zdjęć szuka partnerów, którzy chcieliby wesprzeć wydanie pamiątkowych albumów dla obydwu szpitali.

Pomoc
Bez względu na miejsce pracy, okoliczności przyjmowania pacjentów, mniej lub bardziej emocjonalny stosunek do sytuacji kryzysowej, jaką jest pandemia – każdy lekarz ma obowiązek wobec chorych, ale jednocześnie ma prawo mieć pewność, że gdy sam znajdzie się w potrzebie, otrzyma fachową pomoc. Bo kto będzie ratował ludzi, gdy wypalenie zawodowe wymiecie medyków?

Zdjęcia: Monika Szałek (8), Łukasz Majewski (1), Niki Kinsky (1), Archiwum prywatne (7)
Następny artykuł: