Co znajdziesz w artykule?
O pomyśle na poprawę stanu zdrowia Polaków i zmianę naszych szkodliwych nawyków, o tym, że proste zmierzenie ciśnienia oraz rytmu pulsu może uratować życie i dlaczego każdy wapnieje, tylko inaczej, z prof. dr. hab. n. med. Tomaszem Hryniewieckim, konsultantem krajowym w dziedzinie kardiologii, pełnomocnikiem ministra zdrowia ds. Narodowego Programu Chorób Układu Krążenia, kierownikiem Kliniki Wad Zastawkowych Serca w Narodowym Instytucie Kardiologii w Warszawie, rozmawia Agnieszka Fedorczyk

Medical Tribune: Jak pan się odnajduje w nowych rolach − konsultanta krajowego w dziedzinie kardiologii oraz pełnomocnika ministra zdrowia? Nadzoruje pan także od ponad roku pilotaż koordynowanej opieki kardiologicznej na Mazowszu.
Prof. Tomasz Hryniewiecki: Myślę, że połączenie kilku funkcji, które pełnię, jest właściwe i pozwoli mi zwiększyć możliwości oraz skuteczność dziania we wszystkich tych obszarach. Te funkcje, a także obowiązki z nimi związane, zazębiają się w pewnym sensie,
w związku z tym ich połączenie wydaje się korzystne, żeby móc realizować bardzo ambitne plany.
MT: Jakie zadania i plany przed panem?
T.H.: Krajowy konsultant w dziedzinie kardiologii to stanowisko, które jest wpisane w system od kilkudziesięciu lat. Konsultant ma rutynowe zadania, takie jak nadzorowanie kształcenia, procesu specjalizacji lekarzy, organizowanie egzaminu specjalizacyjnego, wnioskowanie do ministra w kwestii nowych procedur i nowych leków. Ten zakres zadań krajowego konsultanta dotyczy wszystkich dziedzin medycyny. W mojej sytuacji nakłada się na inne funkcje. Mam na myśli mój udział w pracach nad przygotowaniem i realizacją Narodowego Programu Chorób Układu Krążenia (NPChUK). Jest to projekt zaplanowany na 10 lat, w pewnym stopniu nawiązujący do programu POLKARD, rozpoczętego ponad 20 lat temu, który definitywnie zakończył się 31 grudnia 2021 r. POLKARD jest dobrze wspominany przez kardiologów, bo wprowadzał nowe metody, urządzenia, pozwolił wyposażyć w sprzęt liczne ośrodki kardiologiczne w Polsce. Przez wiele lat dobrze funkcjonował, ale ostatnio był cieniem swojej świetności.
Narodowy Program Chorób Układu Krążenia przygotowywaliśmy w Narodowym Instytucie Kardiologii (NIKard) w ostatnich latach. Na przełomie grudnia i stycznia został przekazany członkom Krajowej Rady ds. Kardiologii, którzy wyrazili opinie na jego temat. Program jest już w wykazie prac legislacyjnych rządu, co oznacza, że powinien być przyjęty w ciągu najbliższego kwartału w formie rozporządzenia Rady Ministrów. Zakładam, że finansowanie będzie takie jak planowaliśmy, tj. prawie 3 miliardy zł, licząc łącznie z wkładem instytucji, które będą uczestniczyły w realizacji tego programu. Przypomnę, że jest to finansowanie zaplanowane na 10 lat, ogromne, nigdy dotąd takiego nie było w historii polskiej kardiologii. Wielokrotnie większe niż w programie POLKARD.
MT: Czym różni się NPChUK od POLKARD?
T.H.: NPChUK to program interdyscyplinarny. Kompleksowo obejmuje całą kardiologię, a ponadto także kardiochirurgię, chirurgię naczyniową, angiologię, hipertensjologię oraz częściowo inne specjalności, np. neurologię (gdy choroba sięga po naczynia dogłowowe i mózgowe). Oprócz tego, że zawiera cały zakres dotyczący wymienionych specjalności – diagnostykę, leczenie, organizację, kształcenie kadr, innowacyjne procedury, leki czy urządzenia, kładzie też duży nacisk na profilaktykę, na zdrowie publiczne. I to jest istotne. Dużo już zrobiliśmy w kardiologii, trzymamy poziom europejski, zwłaszcza jeśli chodzi o leczenie pacjentów z zawałem i sieć pracowni hemodynamicznych. Jednak mimo wymienionych sukcesów kardiologii polskiej, nadal − według standardów Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) i Europejskiego Towarzystwa Kardiologicznego (ESC) − jesteśmy krajem o wysokim ryzyku chorób sercowo-naczyniowych.
MT: Co zakłada program, by zmniejszyć to ryzyko i doścignąć kraje zachodnie?
T.H.: Wchodzimy w fazę działań, które nazwę żmudnymi i mało spektakularnymi, a nawet niewdzięcznymi. To nie jest kupowanie nowoczesnego sprzętu. Mówimy o działaniach z zakresu zdrowia publicznego, promocji zdrowia, czyli o przekonywaniu ludzi, że warto zdrowo żyć, zdrowo się odżywiać i wykonywać badania profilaktyczne. I to są te działania żmudne i niepopularne, zarówno wśród pacjentów, jak i lekarzy. A w Polsce szczególnie niepopularne. Programy profilaktyczne wychodzą u nas słabo. Nawet te, których sensowności nikt nie kwestionuje, jak np. mammografia. Cóż, kiedy frekwencja jest bardzo słaba. Z programu 40+ skorzystało zaledwie kilka procent Polaków. Ludzie stronią od tych programów, trudno więc oczekiwać, że będą one przynosiły spektakularne korzyści.
MT: Jakich zmian trzeba więc dokonać, żeby programy prozdrowotne były skuteczne?
T.H.: Muszą być prowadzone konsekwentnie przez wiele lat. Dlatego NPChUK jest zaplanowany na 10 lat, co ma właśnie zapewnić konsekwencję i ciągłość w wykonywaniu działań, bez względu na ta to, jaki będzie rząd i na wszelkie zmiany polityczne. Te działania muszą być stabilne, bo tylko wtedy jesteśmy w stanie uzyskać taki efekt jak w Europie Zachodniej. Programy nie działają, bo są wycinkowe, np. zaplanowane na kilka miesięcy, na rok, a potem się kończą. NPChUK jest apolityczny, zaplanowany i nadzorowany przez osoby apolityczne. Celem tego programu jest, przypomnę, poprawa zdrowia polskiego społeczeństwa, zmniejszenie ryzyka sercowo-naczyniowego, a tego celu nikt nie zakwestionuje, bez względu na opcję polityczną.
MT: Proszę podzielić się pomysłami programowymi.
T.H.: Będziemy działali na wszystkich frontach. Trzeba uświadomić społeczeństwu, że warto zachowywać się inaczej niż jako społeczeństwo mamy w zwyczaju, bo to się przekłada na nasze zdrowie i życie. Należy zacząć od specjalistów – lekarzy, pielęgniarek, pracowników medycznych. Planujemy wprowadzenie zmian w kształceniu dyplomowym, podyplomowym, żeby kadra medyczna wiedziała, co jest ważne, co i jak mówić pacjentom. Podobnie jak było z działaniami antynikotynowymi − wszyscy mają powtarzać ten sam przekaz, zgodny z wiedzą naukową. Najważniejsze kwestie to: niepalenie (ta wojna nie jest jeszcze wygrana, obserwujemy powrót do nawyku palenia, zwłaszcza dotyczy to osób młodych), ruch, odżywianie – otyłość jest w Polsce dramatem, gonimy w tym Stany Zjednoczone. Polacy nie ruszają się i uwielbiają jedzenie śmieciowe, fast foody. Dlaczego? Bo to jest atrakcyjnie podane jedzenie, niezobowiązujące, które w dodatku nie angażuje czasu. Takie jedzenie może towarzyszyć prawie wszystkim czynnościom życiowym.
MT: Nie tylko za dużo jemy, ale też źle jemy.
T.H.: I trzeba ludziom pokazywać, co warto jeść, jak ograniczać masę ciała, że należy kontrolować czynniki ryzyka chorób układu krążenia, takie jak stężenie glukozy, cholesterolu we krwi, ciśnienie tętnicze. Nawet lekarze coraz rzadziej mierzą pacjentom ciśnienie. Nie mają czasu. Wszyscy chcą robić wszystko coraz szybciej. Najlepiej podczas telewizyty, w trakcie której ciśnienia się nie zmierzy. Kolejna rzecz to sprawdzanie, jaki jest rytm serca – równy czy nierówny, ponieważ to pozwala zapobiec udarowi mózgu i inwalidztwu na całe życie. Bo jeżeli przyczynę arytmii stanowi migotanie przedsionków, które w 50% jest bezobjawowe, to mamy ryzyko udaru i inwalidztwa. Doświadczył tego śp. prof. Marian Zembala, który nie zorientował się, że ma migotanie przedsionków. Nie zauważył, nie włączył odpowiednich leków, mówił o tym publicznie. Nawet połowa osób, która ma lub miewa arytmię, nie wie o tym, ani o tym, że to może być zagrożenie życia. Ludzie nie czują arytmii, nie badają się, a wystarczy zbadać sobie tętno − czy jest równe, czy nie − przykładając palce do tętnicy, np. na nadgarstku. Taka prosta informacja może być na wagę życia. Warto tego ludzi uczyć.

MT: Edukacja zacznie się więc od lekarzy?
T.H.: Tak, wszystkich specjalności oraz pielęgniarek. Nauka o zdrowiu, zdrowym stylu życia będzie realizowana w szkołach, począwszy od podstawówki. Tak się robi na świecie i to się sprawdza, a u nas jest to lekceważone. Narodowy Program Chorób Układu Krążenia zakłada plan wspólnych działań z Ministerstwem Edukacji i Nauki, zmiany w programach nauczania. Jest to zaplanowane na wszystkich poziomach edukacji, bo inaczej, jak już wiemy, nie będzie efektu, o który nam chodzi.
Jak tylko program zostanie uruchomiony, szczegóły realizacji będą ustalane z odpowiednimi resortami i organizacjami, a także NFZ. Jest już projekt, a działania są rozpisane na 10 lat. Realizacja ma ruszyć w tym roku, w momencie – jak wspomniałem − ukazania się rozporządzenia Rady Ministrów o uruchomieniu programu. Realizacja wymaga pilnych działań, zwłaszcza w okresie postpandemicznym i w obliczu długu zdrowotnego.
Taki ogromny program wymaga działań przygotowawczych. Chcemy m.in. zbadać, jak wygląda aktualna sytuacja zdrowotna w społeczeństwie. W tym celu będzie realizowane badanie WOBASZ – Wieloośrodkowe Badanie Zdrowia Społeczeństwa (trzecie już organizowane przez NIKard w ciągu ostatnich 30 lat), zaprojektowane według zasad epidemiologicznych, a jego wyniki pozwolą potwierdzić lub zmodyfikować założenia programu, o którym mówimy. Od tego badania zaczynamy już w tym roku. Dzięki danym z WOBASZ będziemy mogli ocenić w przyszłości także skuteczność działań NPChUK.
MT: Pewne zmiany już się rozpoczęły, mam na myśli pilotażowy program koordynowanej opieki kardiologicznej.
T.H.: Tak, już toczy się zmiana w organizacji opieki kardiologicznej – to ta część programu, która dotyczy koordynowanej opieki, chodzi o realizację leczenia w ramach Krajowej Sieci Kardiologicznej. Pilotaż działa na Mazowszu od ubiegłego roku [pisaliśmy o tym w MT 5/2021 w artykule „Pilotaż koordynowanej opieki kardiologicznej ruszył na Mazowszu” − red.]. Ministerstwo wysłuchało sugestii Krajowej Rady ds. Kardiologii i przyspieszyło prowadzenie pilotażu, włączając do niego 5 kolejnych województw: pomorskie, łódzkie, małopolskie, śląskie i wielkopolskie, których liderzy kardiologii zgłosili chęć przyłączenia się do projektu. Uważam, że nie należy czekać do końca pilotażu dla Mazowsza zaprojektowanego na półtora roku, tylko włączać kolejne województwa i szybko reagować na to, czy realizacja sprawdza się ze wstępnymi założeniami projektu i ewentualnie je modyfikować. Przypomnę, że dzięki Krajowej Sieci Kardiologicznej mają się skrócić kolejki do kardiologów.
MT: Co już pokazał pilotaż mazowiecki?
T.H.: Uczestniczy w nim ponad 1000 pacjentów i ponad 90 ośrodków POZ na Mazowszu. Z realizowania założeń koordynowanej opieki kardiologicznej zadowoleni są zarówno pacjenci, jak i lekarze, dlatego że daje to możliwość szybkiego kontaktu pacjenta z lekarzem, w ciągu miesiąca. Chodzi nie tylko o przyspieszenie diagnostyki i leczenia, ale też zapewnienie bezpieczeństwa pacjentom oczekującym w długich kolejkach na wizytę. Należy wyłonić tych, którzy potrzebują najbardziej i najpilniej pomocy kardiologa. Kardiolog ma być konsultantem, tak jak ma to miejsce w krajach zachodnich, ma stawiać rozpoznanie, proponować nowoczesne leczenie, a na stałą opiekę pacjent ma wracać do lekarza POZ. W ten sposób zwalnia miejsce dla następnych chorych. Widzimy, że zwiększa się zainteresowanie udziałem w pilotażu i pacjentów, i ośrodków.
MT: Jakie jeszcze zadania znajdą się w Narodowym Programie Chorób Układu Krążenia?
T.H.: Finansowanie innowacyjnych terapii i leków. W kardiologii od wielu lat nie wprowadzano nowych leków na listę refundacyjną. Pierwszym przełomowym i sygnalizującym dobre zmiany momentem jest 1 maja br., kiedy to na listę refundacyjną zostały wprowadzone flozyny − leki na cukrzycę, które jednocześnie mają bardzo pozytywne działanie u pacjentów kardiologicznych, zwłaszcza z niewydolnością serca. Chciałbym, żeby oferta leczenia była dla polskich chorych taka jak w bogatszych krajach zachodnich, żeby na listę refundacyjną zostały wprowadzone jeszcze inne grupy leków, zwłaszcza przeciwmiażdżycowe, obniżające stężenie cholesterolu. Nie wykluczam, że finansowanie refundacji (przynajmniej częściowo) można zaproponować również ze środków NPChUK.
Oprócz wymienionych wcześniej działań, tych najważniejszych (żmudnych i nielubianych, takich jak zdrowie publiczne i prewencja), planowane są działania bardziej wymierne, które dadzą szybsze rezultaty, czyli wprowadzanie nowych leków i technologii.
MT: Jakich nowych technologii potrzebujemy?
T.H.: Na przykład zastawkowych. Wynika to trochę z tego, że społeczeństwo się starzeje, ale też z sukcesu kardiologii − ludzie żyją dłużej, przeżywają zawały, ale wtedy pojawiają się u nich powikłania, np. niewydolność serca. Przezcewnikowe (nieoperacyjne) technologie zastawkowe nie są finansowane przez NFZ w pełnym zakresie. Potrzebne jest szerokie finansowanie np. wszczepienia lub plastyki zastawki trójdzielnej czy zastawki mitralnej. Zabiegi na zastawce trójdzielnej w ogóle nie są finansowane, a mitralnej w bardzo ograniczonym zakresie. Ich finansowanie, mam nadzieję, będzie włączone do NPChUK.
W programie zaplanowanym na 10 lat wprowadzenie zbyt dużej liczby konkretów już na początku byłoby błędem. Program musi być elastyczny. Umożliwiać włączanie nowych innowacyjnych terapii, które dopiero się pojawią. Dla przykładu: zabiegi wszczepiania zastawki aortalnej przeprowadza się w Polsce za rzadko, a chcemy, żeby było ich więcej. W Europie Zachodniej zabiegi zastawkowe już dzisiaj w wielu krajach częściej wykonuje się przezskórnie, tj. przezcewnikowo, niż podczas operacji na otwartej klatce piersiowej. Tu do wskazań trzeba podchodzić ostrożnie – potrzebne będą polskie wytyczne obowiązujące wszystkich kardiologów.

MT: Dlaczego?
T.H.: Ponieważ nie jest to idealne rozwiązanie dla każdego pacjenta. U młodszych osób to może być zły wybór, bo zastawka ulega degeneracji i po 5-10 latach trzeba wykonać kolejny zabieg. Owszem, można zrobić drugi zabieg bez rozcinania klatki piersiowej, ale trzeciego już nie. Wynika to z techniki jego przeprowadzania – nową zastawkę wkłada się w zastawkę o mniejszej średnicy, co powoduje, że nie ma miejsca na kolejną zastawkę. A przy rozcięciu klatki piersiowej można włożyć większą zastawkę albo operować skutki chorób współistniejących, np. choroby wieńcowej, poszerzenie/tętniak aorty. Jeśli zaczynamy od razu od zabiegu przezcewnikowego, to potem kończy się możliwość wykorzystania tej małoinwazyjnej opcji terapeutycznej, która u starszych osób byłaby bezpieczniejsza. Cała korzyść, którą uzyskaliśmy na początku (leczenie przezcewnikowe u młodej osoby), zostanie zniweczona na końcu, bo i tak klatkę piersiową trzeba będzie rozciąć − najgorzej, że w bardziej zaawansowanym wieku. Na dodatek, jeśli tego rodzaju operację zastawkową robi się bardzo wcześnie (u bardzo młodych pacjentów), to degeneracja przyspiesza, bo to jest zależne od tempa metabolizmu.
Mówi się nieładnie, że starzy ludzie są wapniakami. I to prawda, bo na starość wszystko wapnieje (naczynia, zastawki).
MT: Czy prowadząc zdrowy, aktywny tryb życia, dbając o siebie, można nie stać się wapniakiem?
T.H.: Można żyć dłużej i doczekać starości w lepszej formie, jeśli pamiętamy o profilaktyce i powstrzymywaniu czynników ryzyka. Wszyscy stajemy się wapniakami, ale warto opóźniać ten proces i mieć przyjemniejszą starość.
Zdjęcie: Tomasz Zagórski, ilustracja: Viktoriia Miroshnikova/iStock/Getty Images Plus/Getty Images
Pierwszy artykuł: