Co znajdziesz w artykule?
Według danych GUS w zeszłym roku w najbardziej zaludnionych województwach mazowieckim i śląskim na jednego świadczeniodawcę przypadało odpowiednio 6735 i 4754 świadczeniobiorców. W najmniej zaludnionych, opolskim i lubuskim, odpowiednio 3849 i 2564. NFZ podaje, że w 2014 roku w województwie lubuskim pracowało 592 lekarzy POZ, spośród których 258 to lekarze rodzinni. Średnio na jednego lekarza przypada ok. 1600 pacjentów. Nie wiadomo natomiast, ilu jest lekarzy sprawujących opiekę ciągłą.
W przyszłym roku środków na POZ będzie o 474 mln więcej przy 4 mld zł wzrostu w całym systemie. Oznacza to, że wydatki na POZ będą stanowić ok. 13 proc. budżetu ochrony zdrowia. Powinno to być 20 proc., tak jest na świecie.
Spis treści
– O pacjentach muszę wiedzieć bardzo dużo. Na tyle dużo, żeby móc przewidzieć, na co zachorują – mówi lek. Bogusława Gondek z Nowego Miasteczka, 5-tysięcznej gminy w województwie lubuskim. Zaczynała pracę, gdy dzieci były jeszcze małe. Nieraz zabierała córki na wizyty domowe. – Z pacjentami to jest trochę jak z dziećmi. Gdy czują się zaopiekowani, jeśli ich potrzeby są zaspokojone, najlepiej z wyprzedzeniem, nie są, mówiąc kolokwialnie, uciążliwi – dodaje.
To było ponad 20 lat temu. Wtedy
koledzy po fachu trochę jeszcze się śmiali z lekarzy rodzinnych, po cichu mówili, że to tacy doktorzy podwórkowi.
– Zdarza się czasem, że wchodzą po dwie, trzy osoby naraz do gabinetu i przekrzykują się, kto co chce. U innego lekarza coś takiego nigdy by się nie zdarzyło. Ale mnie ta zażyłość jest potrzebna – od zaufania zaczyna się leczenie – mówi lek. Lucyna Wejknis, która pracuje w Szprotawie. Pacjenci ją lubią, głównie za to, że zawsze pamięta, kto z czym ma problem.
– Zaczynałam pracę w 1981 roku, teraz przyjmuję trzecie pokolenie. To zupełnie coś innego niż doraźna opieka nad pacjentem. Chorzy obdarzają mnie zaufaniem, wracają z wnukami, u mnie nie czują się anonimowi, mimo że oprócz nich mam jeszcze 2 tys. innych osób pod opieką – mówi lek. Zofia Hasik, pediatra z Nowej Soli. Jest córką lekarza, wie, jak trudna jest to rola dla dziecka. Pacjent zawsze jest pierwszy, dzieci muszą poczekać.
– Na początku musiałam liczyć się z tym, czy przypadkiem ktoś nie poczuje się urażony i nie wyżali się sąsiadom. Wielokrotnie musiałam poświęcić dużo więcej czasu, żeby uwiarygodnić swoją pozycję – opowiada Lucyna Wejknis. – U nas pacjenci mają większą śmiałość. Wizyty u specjalistów często są bardzo krótkie. Pacjenci chcieliby się swobodnie wypowiedzieć. My też mamy mało czasu, ale musimy zaspokoić wszystkie potrzeby pacjenta, nie tylko te zdrowotne – dodaje.
– Trzeba pamiętać o zasobności portfela chorego, czasami zadzwonić do opieki społecznej z prośbą o pomoc w wykupieniu leków – opowiada lek. Iwona Biel, która pracuje w Siedlisku i ma pod opieką 3 tys. pacjentów. Gmina jest rozległa, wizyty domowe czasami zajmują bardzo dużo czasu. Jeszcze do niedawna pracowała sama, jak większość, od jakiegoś czasu ma zastępcę.
Za czym kolejka ta stoi
– Lekarzy jest w Polsce dramatycznie mało – 22 na 10 tys. mieszkańców. U naszych zachodnich sąsiadów prawie dwa razy tyle, w Wielkiej Brytanii – 38, tyle samo w Szwecji. Średnia dla krajów OECD wynosi 36. W przypadku lekarzy POZ niepokojąca jest także średnia wieku – 55 plus – mówi lek. Marek Twardowski, prezes lubuskiego Porozumienia Zielonogórskiego. – Jest wiele rzeczy, które nas różnią od krajów zachodnich. Przede wszystkim tam lekarze rodzinni pracują w systemie, który jest dobrze odbierany przez społeczeństwo – dodaje.
Powinni oni mieć czas i możliwość działania w innych sferach poza medycyną naprawczą, jak działania profilaktyczne, które obecnie realizowane są jedynie w kilkunastu procentach w stosunku do oczekiwań. – Nie jest to wynik niechęci, a jedynie braku czasu. Lekarze rodzinni przyjmują ok. 50 pacjentów dziennie, niekiedy nawet od 80 do 100. To już nie ma nic wspólnego z medycyną. Lekarz rzuca okiem na pacjenta i już udziela porady, bo następny czeka za drzwiami – zaznacza Marek Twardowski.
– Ilość przyjmowanych pacjentów zależy od kilku czynników, przede wszystkim od ich wieku – częściej zgłaszają się ludzie starsi i małe dzieci. W tym względzie występują różnice między praktykami, szczególnie w miastach – są praktyki, które mają pod opieką w większości ludzi starszych, albo placówki z przeważającą liczbą dzieci. Na wsi częściej można spotkać przekrojowe populacje zapisane do lekarzy rodzinnych – wyjaśnia dr n. med. Elżbieta Tomiak, lubuski konsultant wojewódzki w dziedzinie medycyny rodzinnej. – Czas pracy lekarzy zakłady opieki zdrowotnej regulują wewnętrznie same i jest on powiązany z ich dochodami. W przypadku tych, którzy jednocześnie zarządzają praktykami, czas pracy jest nienormowany – podkreśla.
Lekarze rodzinni narzekają, że za ten stan rzeczy odpowiadają po części sami pacjenci.
– Jest spora grupa osób, które nie powinny przychodzić do lekarza. Katary i chrypki można leczyć w domu. Telewizja i inne media niepotrzebnie wzbudzają w pacjentach nadmierny lęk o zdrowie. Dobrze oczywiście, że dzięki mediom rośnie świadomość, że dbanie o siebie jest ważne, ale pewne problemy są wyolbrzymiane. Pacjenci bardzo często dostrzegają u siebie objawy chorób, na które cierpią bohaterowie ich ulubionych seriali – mówi Lucyna Wejknis i dodaje: – Naprawdę poważnie chorych nie ma dużo. Spośród 50 osób, które dziennie się do mnie zgłaszają, jedynie około 20 potrzebuje pomocy.
Pacjent przestraszony jak niewyleczony
– Przewlekle chorzy, samotni przychodzą nawet i cztery razy w tygodniu, z reguły po przedłużenie leków. Po każdą z kilku recept osobno. Wszystko można by załatwić w czasie jednej wizyty. Nikomu nie ma co zaglądać w kieszeń, ale gdyby za każde otwarcie drzwi do przychodni musieliby zapłacić 50 groszy, to by się dwa razy zastanowili, czy na pewno muszą iść do lekarza – mówi dr Hasik. – W każdy piątek pojawi się ktoś, kto chce zapytać, czy nie rozchoruje się w weekend, bo jakoś tak się nie najlepiej czuje. Ostatnio zdarzyło mi się powiedzieć pacjentce, że przyniosę magiczną kulę, to powróżymy. Matki z dziećmi przychodzą z prośbą o antybiotyk na wszelki wypadek, ludzie starsi zapytać, co mają robić, jeżeli w niedzielę poczują się jeszcze gorzej – mówi dr Gondek.
– Problem stanowi na pewno roszczeniowość pacjentów co do badań diagnostycznych. Są tacy, którzy gdyby tylko mogli, przebadaliby się w kierunku każdej choroby i świeciliby światłem rentgenowskim. Trudno jest czasami wytłumaczyć pacjentowi, że danego badania nie potrzebuje. Nie przekłada się to jednak na odbieranie wyników, leżą u nas po parę miesięcy – mówi Zofia Hasik.
– To jedna z dróg, którymi uciekają pieniądze. Pacjentom, którzy chcą „wszystkie badania”, proponuję zacząć od próby ciążowej. Wtedy zaczynają się trochę zastanawiać – opowiada Bogusława Gondek.
– Spośród tych, którzy przychodzą z problemami zdrowotnymi, jest też sporo takich, którzy nie potrafią dokładnie wyartykułować swoich próśb, różną mają wiedzę na temat badań, które są bądź nie są im potrzebne. Najważniejsze to poradzić sobie z tym w taki sposób, aby ich nie dotknąć – dodaje dr Hasik.
Nie zmienia to faktu, że lekarzom rodzinnym bardzo zależy na rozszerzeniu wachlarza dostępnych badań diagnostycznych.
– Są badania, do których bezpośredni dostęp ułatwiłby postępowanie z pacjentem. Mam na myśli m.in. szybkie testy na paciorkowce czy wirusy grypy. Również dostęp do USG doppler naczyń żylnych byłby sporym ułatwieniem. Coraz częściej mamy do czynienia z podejrzeniem zakrzepic żylnych, a zbyt długi czas oczekiwania na konsultację stanowi niebezpieczne opóźnienie w prawidłowym postępowaniu. Wykrywalność i leczenie chorób tarczycy bardzo szybko poprawiło się po rozszerzeniu katalogu badań. Są też sytuacje, w których skierowanie na rezonans czy tomografię, oczywiście raczej niefinansowane z naszych budżetów, bo są to wysoko specjalistyczne badania, byłoby wskazane – wylicza Elżbieta Tomiak.
Zdaniem lekarzy POZ wiele dobrego zrobiłoby obecnie także wsparcie psychologów i dietetyków, a na terenach oddalonych od większych miast jest ich niewielu. – Musimy poradzić sobie z lękiem pacjentów. Czasami bardzo silnym, czasami wręcz śmiesznym. Boją się o swoje zdrowie i życie, bo taki przekaz do nich trafia – media mówią o szpitalach, które nie udzielają pomocy, o nowotworach, których nie ma kto leczyć, terminach do specjalistów na za 20 lat – mówi dr Gondek. – Mam pacjenta, który dowiedział się od specjalisty, że zmiany widoczne na zdjęciu rentgenowskim to może być przerzut. Tak nie musi być i najprawdopodobniej nie będzie. Po czym okazuje się, że na następną wizytę pacjent może przyjść za dwa miesiące. Przez ten czas przychodzi do mnie po kilka razy w tygodniu, muszę skierować go na badania, bo inaczej nie zazna spokoju – opowiada.
Wiele schorzeń, z jakimi zgłaszają się pacjenci, ma swoje przyczyny w nieodpowiednim stylu życia. – Mamy za mało czasu na tłumaczenie zasad zdrowego odżywiania – mówi dr Gondek.
– Pacjenci dotknięci chorobami, których przyczyny tkwią w nieodpowiednim stylu życia, dzielą się na dwie grupy. Trzy czwarte nie przyjmuje do wiadomości rozpoznania, a tym bardziej nie wierzy w przyczynę choroby i nie stosuje się do zaleceń. Stanowią oni największe wyzwanie, trzeba do nich dotrzeć i odpowiednio pokierować ich leczeniem. Pozostała jedna czwarta walczy, współpracuje i jest świadoma, że to konieczne – mówi dr Gondek.
Szorstka przyjaźń ze specjalistami
– Mam wielu pacjentów chorych przewlekle, wymagających systematycznych konsultacji, badań. Także z chorobami występującymi rzadko – fenyloketonurią, celiakią, teraz coraz częściej rozpoznawaną. We współpracy ze specjalistami na przeszkodzie stoją koszmarnie długie kolejki i często niestety brak informacji zwrotnej. O zaleceniach często dowiaduję się od pacjenta, a powinnam dostać kartę konsultacji – mówi Iwona Biel.
– Według moich obserwacji współpraca ze specjalistami układa się różnie, w zależności od regionu. Wynika to z faktu, że zasady, na razie jedynie zarysowane przez NFZ, nie są przestrzegane. Przekłada się to przede wszystkim na zawirowania w przepływie informacji. Bardzo często do lekarza rodzinnego informacja zwrotna od specjalisty nie dociera. Jedynie część z nich to respektuje, ale i tak wiele opisów jest nieczytelnych – mówi Elżbieta Tomiak.
– Jeśli chodzi o współpracę ze specjalistami, muszę przyznać, że nie mam wyjątkowo przyjaznych stosunków. Kiedyś graliśmy w jednej drużynie, razem staraliśmy się o pacjenta. Teraz ja pracuję sobie, oni sobie. Nie jest tak, że mogę zadzwonić w każdej chwili i porozmawiać o konkretnej osobie, ani ja, ani oni nie mamy na to czasu – mówi Lucyna Wejknis. – Zdarza się, że pacjenci wracają po konsultacji i mają przepisane leki, których nie mogą brać z innymi przyjmowanymi na stałe. Z reguły potrzebuję od specjalisty odpowiedzi na konkretne pytanie, potwierdzenia moich wątpliwości. Wydaje mi się, że w większości przypadków lekarz rodzinny jest w stanie poradzić sobie sam.
– Ostatnio miałam taki przypadek. Wysłałam dziecko do laryngologa i słuch po nim zaginął. Laryngolog polecił rodzicom udać się do hematologa. Do mnie po konsultacji nie wrócili, myślałam więc, że wszystko jest w porządku. Potem przez przypadek podczas wizyty u innego pacjenta z tej samej wsi zobaczyłam to dziecko na podwórku i zaniepokoił mnie jego stan. Jakieś wyniki nie dotarły, gdzieś się nie dostali, sprawa utknęła. Skierowałam dziecko na dalsze badania, potwierdziły nowotwór, obecnie w fazie remisji – opowiada Zofia Hasik. – To, czy dostaniemy informację zwrotną, zależy od pacjenta. A pacjentowi zdarza się kartkę zgubić, nie pamiętać, że trzeba przynieść. To naprawdę szczęście w nieszczęściu, że spotkałam wtedy to dziecko – zaznacza.
– System ochrony zdrowia opiera się na POZ, a z POZ w takich warunkach już nic więcej się nie wyciśnie. Jedynie u lekarza rodzinnego pacjent może uzyskać pomoc bez czekania w kolejce – mówi Marek Twardowski.
– Lekarz rodzinny już w tej chwili koordynuje opiekę nad pacjentem. Jesteśmy za propozycjami i planami ministerstwa co do rozszerzenia i wzmocnienia działań w zakresie opieki koordynowanej – mówi dr Tomiak.
– Myślę, że już w tej chwili bardzo dużo od nas zależy. To w naszej gestii leży to, jak pokierujemy pacjentem, ale nie mamy z kolei wpływu na to, co się z nim dalej dzieje, w jakim tempie zostanie zdiagnozowany, nie mamy wpływu na terminy wizyt u specjalistów. W tym nasza rola jako przewodnika pacjenta jest nie do końca doprecyzowana. I tu kluczowy jest przepływ informacji, co wiąże się na pewno z przyspieszeniem procesu informatyzacji, konieczne jest też dookreślenie zasad współpracy ze specjalistami w celu uniknięcia wzajemnych napięć – mam na myśli standaryzację wytycznych przy prowadzeniu konkretnych przypadków – mówi Elżbieta Tomiak.
– Zdarzają się sytuacje, w których to pacjent żąda skierowania, bo pomoc lekarza rodzinnego nie wydaje mu się wystarczająca. Gdybyśmy mieli większy autorytet, takie sytuacje w ogóle nie miałyby miejsca. Niektórzy lekarze muszą się godzić, obawiają się, że pacjent wypisze się z praktyki. Mnie też się zdarza, że ulegam, bo brak mi argumentów, że daną sprawę możemy załatwić na miejscu – mówi Lucyna Wejknis. – Mam nieodparte wrażenie, że pozycja lekarza rodzinnego mimo naszego ogromnego zaangażowania w pracę w porównaniu do innych specjalności jest bardzo słaba – mówi.
Brak zastępcy i następcy
– Wizerunek lekarza rodzinnego był przez wiele lat nieciekawy – patrzono na nas jak na lekarzy od niczego, na niczym się dokładnie nieznających, ale z biegiem lat nasza pozycja naprawdę bardzo się umocniła. Pełnimy kluczową rolę w systemie opieki zdrowotnej, wielu lekarzy jest także menedżerami swoich praktyk – mówi Elżbieta Tomiak.
Specjalizacja z medycyny rodzinnej nie jest jednak popularna. Każdego roku niewykorzystana zostaje większość miejsc na rezydentury, a przecież to bardzo ciekawa i satysfakcjonująca praca, jeśli się jej bliżej przyjrzeć. – Warunki finansowe nie są aż tak złe, żeby nie była to atrakcyjna perspektywa zawodowa dla młodych lekarzy – przekonuje dr Tomiak. – Studenci medycyny już w połowie studiów wiedzą, że wyjadą pracować za granicę. Gdy ja kończyłam studia, musiałam odpracować trzy lata w województwie, które fundowało moje stypendium. Ale oprócz pracy w szpitalu dostałam mieszkanie, gotowy start. Teraz ogłoszeń o pracy dla lekarzy jest mnóstwo, ale zgłoszeń jest bardzo mało – mówi dr Hasik.
– W kilku praktykach rodzinnych w województwie lubuskim cały czas są perturbacje. Nie można znaleźć zastępców ani następców – mówi dr Twardowski.
– Samo dofinansowanie nie rozwiąże problemów – mówi Marek Twardowski. – Nowa ustawa, jeżeli powstanie, musi być wprowadzana stopniowo, żadna rewolucja nie może wchodzić w grę, zajmie to lata, a czas ucieka.