MT: W jakiej dziedzinie się pan specjalizuje?


Jarosław Biliński:
Jestem rezydentem. Zaczynam trzeci rok szkolenia specjalizacyjnego z hematologii. Pracuję w Warszawie, w szpitalu klinicznym. Studia skończyłem w Bydgoszczy jako najlepszy student na roku. Staż odbyłem już w Warszawie. Hematologia była moim marzeniem i udało mi się: realizuję je. Kocham to, co robię. Szybko przyszła jednak weryfikacja – przez pierwsze pół roku pracowałem codziennie do godziny 22, oczywiście za darmo i to dlatego,

że brakowało kadry lekarskiej. Kiedy zobaczyłem, z jakim ogromem biurokracji musi zmierzyć się lekarz i jak mało jest lekarzy, stwierdziłem, że coś jest nie tak z systemem.


MT: Ile godzin miesięcznie pan pracuje?


J.B.:
Mam pracę na etacie rezydenckim, dyżury, drugie miejsce pracy, robię doktorat, uczę studentów i udzielam się w Porozumieniu Rezydentów OZZL. Pracuję po 16 godzin dziennie. Podejrzewam, że uzbiera się 500 godzin miesięcznie.


MT: Mówi pan o biurokracji i brakach kadrowych w szpitalach. W jaki sposób wpływa to na działalność w Porozumieniu Rezydentów?


J.B.:
W sposób istotny. Moje działanie, a także działanie moich znajomych z Porozumienia, to typowo oddolny ruch. Wszyscy spotykamy się w pracy z tymi samymi problemami i mówimy głośno: „dość”. Nie boimy się, że zaszkodzimy swoim karierom, jeśli zawalczymy o swoje prawa i o prawa pacjentów, bo przecież to wszystko dla dobra ogółu. Nie chodzi już nawet o to, że musimy pracować tak długo, lecz raczej o to, że musimy świecić oczami przed pacjentami za ułomności systemu. To boli najbardziej, szczególnie młodych, idealistów, którzy inaczej sobie to wszystko wyobrażali.


MT: I często to lekarz obrywa za ten system.


J.B.:
Pacjenci skupiają całą swoją złość na lekarzu. To oczywiste.


MT: Jakie były początki Porozumienia Rezydentów?


J.B.:
Zgadaliśmy się przez serwis społecznościowy z grupą ludzi, którzy podobnie jak ja mieli dość. Zorganizowaliśmy w listopadzie ubiegłego roku pierwsze spotkanie. Dalej potoczyło się bardzo szybko. Większość ma świetną kadrę w pracy, pomocnych kolegów i szefów, ale system nie pozwala pracować zgodnie ze standardami światowymi. Mnóstwo ludzi dołączyło do nas z tym samym przeświadczeniem i zaczęliśmy działać. Ustaliliśmy jedną zasadę: działamy merytorycznie. Nie wchodzimy w żadne gry polityczne i operujemy jedynie faktami.


MT: W jaki sposób do nazwy Porozumienie Rezydentów dołączony został OZZL?


J.B.:
Mieliśmy do wyboru dwie drogi: albo zarejestrować się jako nowa organizacja, albo wejść w struktury już istniejące. OZZL zaproponował nam współpracę na bardzo dogodnych warunkach. W swoich działaniach mamy całkowicie wolną rękę. Zgodziliśmy się. Związek zawodowy ma łatkę krzykaczy, więc mimo naszego ustalenia, że działamy merytorycznie, a priori zostaliśmy uznani za awanturników i próbowano nam to wmówić. Szybko jednak strona rządząca przekonała się, że nasze działanie jest niestandardowe i uciążliwe, zdecydowanie merytoryczne.


MT: Tylko od czego miałby być związek zawodowy, jeśli nie od walki?


J.B.:
Samorząd lekarski jest od pilnowania kwestii legislacyjnych, biurokratycznych, dbałości o wizerunek lekarza w społeczeństwie, zaś związek ma walczyć o warunki pracy. Niestety jest to źle pojmowane w Polsce. Pojawiły się zarzuty, że skoro jesteśmy częścią OZZL, to walczymy tylko o kasę dla siebie i nic więcej.


MT: Ten wątek przewija się dość często: że rezydentów obchodzą tylko sprawy rezydentów.


J.B.:
Na ostatnim spotkaniu zorganizowanym przez minister Beatę Kempę, w którym uczestniczyli wiceminister zdrowia Jarosław Pinkas, wiceminister pracy Stanisław Szwed oraz zastępca szefa Kancelarii RM Paweł Szrot, kilka razy padło stwierdzenie, że walczymy o partykularne interesy rezydentów. Nikt nie bierze pod uwagę, że młody lekarz spotyka się z pacjentami, których chciałby leczyć, ale nie może, bo z jednej strony są limity, z drugiej kolejka, a w dodatku siedzi 20. godzinę w pracy, więc traci kontakt z rzeczywistością, nie tylko z pacjentem. A potem raz w miesiącu wpływa wypłata, po której chce się płakać. Najgorsze jest to, jak działa system. Bez przywrócenia godności lekarza i bez upodmiotowienia pacjenta oraz relacji między nimi nie da się zrealizować naszych postulatów.

Poza tym na zarzuty dotyczące walki o „partykularne interesy” jest jedna odpowiedź: jest Porozumienie Zawodów Medycznych, w którym działamy, gdzie mówimy jednym głosem z przedstawicielami innych zawodów, nie tylko w imieniu lekarzy rezydentów. Najważniejszy postulat to zwiększenie nakładów na ochronę zdrowia. W tym zgadzamy się wszyscy.


MT: 6,8 proc. PKB.


J.B.:
To jest minimum. Jest to do osiągnięcia w cztery lata.


MT: Minister zdrowia mówi, że nie jest.


J.B.:
Jeszcze rok temu mówił, że jest. Tydzień przed objęciem funkcji ministra zdrowia gościł na antenie Polskiego Radia. Stwierdził wówczas, że skoro w trzy lata Czesi dali radę osiągnąć taki pułap nakładów na ochronę zdrowia, dlaczego my mielibyśmy nie dać rady. Najwyraźniej punkt widzenia zmienia się wraz z punktem siedzenia. Zgadam się z Konstantym Radziwiłłem sprzed roku: da się, na pewno się da. To jest tylko kwestia decyzji politycznych. W tej chwili, po podsumowaniu roku przez Beatę Szydło, wyraźnie widać, że ochrona zdrowia jest na szarym końcu listy priorytetów.


MT: Premier Beata Szydło zapowiada, że 2017 to będzie rok ochrony zdrowia. Czy rezydenci wierzą w te zapewnienia?


J.B.:
Oczywiście, że nie. Rok temu słyszeliśmy to samo. Dostaliśmy zapewnienia, że od 2017 roku będziemy mieli lepsze warunki płacy i pracy. Przed pierwszą manifestacją Porozumienia Rezydentów minister Pinkas mówił, że zrobi wszystko, aby weszła druga nowelizacja ustawy o zawodzie lekarza i lekarza dentysty i że od nowego roku będziemy lepiej zarabiali… Rok 2017, w naszej opinii, ma być czasem zmian kosmetycznych i robienia szumu, z którego nic sensownego nie wyniknie.


MT: Ale przecież będą w przyszłym roku jakieś podwyżki.


J.B.:
10 proc. między propozycją ministerstwa a tym, co obecnie zarabiamy, czyli od 20 do 90 zł miesięcznie. W dodatku nie wiadomo, czy te przepisy wejdą w życie. Ustawa utknęła, bo Ministerstwo Zdrowia nie wywiązało się i nie złożyło w terminie opinii do Rady Dialogu Społecznego. I nie wiadomo, kiedy złoży. Nie sądzę nawet, że Ministerstwu Zdrowia zależy na wprowadzeniu ustawy o minimalnych wynagrodzeniach, bo przecież nie ma źródeł jej finansowania. Nie będzie wzrostu nakładów na zdrowie. Więcej, finansowanie jeszcze spadnie, bo prezes NBP zapowiedział, że PKB w przyszłym roku i w latach kolejnych będzie niższy, czyli de facto pieniędzy na ochronę zdrowia będzie jeszcze mniej niż obecnie.


MT: Wielu lekarzy wskazuje, że to właśnie pieniądze są głównym powodem decyzji o pracy za granicą.


J.B.:
Każdy z nas ma rachunki do zapłacenia. I kiedy dostaje się wypłatę, z której trudno opłacić mieszkanie, rodzą się pomysły o wyjeździe. Poza tym lekarze muszą się dokształcać. Jeden kurs na trzy miesiące wymaga odkładania 500 zł miesięcznie. Do tego zakup nowych publikacji czy koszty dojazdów – i robi się spora suma. Przy naszych zarobkach jest to trudne do zrealizowania.

Na początku działalności Porozumienia zrobiliśmy badanie, w którym wzięło udział ok. tysiąca osób. Ponad 90 proc. respondentów stwierdziło, że to pensja ma największy wpływ na decyzje o wyjeździe. Na pytanie, czy przy wynagrodzeniu w wysokości dwóch średnich krajowych zostałbyś w kraju, 97 proc. badanych odpowiedziało, że tak. Czytałem badania na temat odchodzenia lekarzy z zawodu – niecałe 10 proc. wyjeżdża z kraju i ok. 10 proc. odchodzi z zawodu. Mam kolegów, którzy pracują w firmach farmaceutycznych, w zarządzaniu ochroną zdrowia, ale nie przyjmują pacjentów. Mam też wielu znajomych, którzy przygotowują się do wyjazdu, uczą się języka, szukają miejsca, w którym mogliby pracować. Uważa się, że około 20 proc. lekarzy na starcie nie pracuje w zawodzie w Polsce. To ogromna liczba, zwłaszcza przy naszych niedoborach.


MT: Spora część wybiera sektor prywatny.


J.B.:
Rynek wycenia naszą pracę na 100-150 zł za godzinę, a resort zdrowia na 14 zł. Czy potrzebny jest dodatkowy komentarz?


MT: Jakie przeszkody stoją na drodze do wymarzonej rezydentury?


J.B.:
System jest niesprawiedliwy. Każde województwo ma swój własny, odrębny nabór i stąd pojawiają się różnice w punktacji. W jednym, żeby dostać się na specjalizację, trzeba mieć 90 proc., w innym na tę samą specjalizację wystarczy 65 proc. punktów z egzaminu końcowego. Od lat ten problem jest znany. W zespole ds. kształcenia podyplomowego wypracowaliśmy model ogólnopolski. Jest propozycja, żeby zrobić to podobnie jak w modelu hiszpańskim, by lekarz w zależności od uzyskanego wyniku LEK/LDEK miał możliwość wyboru specjalizacji od góry. Najlepszy ma pełną pulę, ostatni bierze to, co zostało. Albo wybiera trzy specjalizacje, każdą w trzech różnych miejscach, przypisując rangę, gdzie chce najbardziej pracować. To jest proste, można przygotować taki system niemal bezkosztowo. Czy Ministerstwo Zdrowia taką zmianę wprowadzi? Nie wiem, stale tylko słyszymy „Pracujemy nad tym”.

Zwiększamy nabór studentów na medycynę. Nawet przy 20-proc. zwyżce limitów miejsc na uczelniach, w 2035 roku lekarzy będzie o 9 proc. mniej. To wynika z demografii. Nie będziemy mieli ich więcej, musimy więc maksymalnie zoptymalizować ich pracę, sprawić na każdym etapie, żeby nie wyjeżdżali z kraju, nie odchodzili z zawodu i zajmowali się medycyną, a nie biurokracją i łataniem wszelakich dziur.


MT: Jak to zrobić?


J.B.:
Zachęcić, a nie karać – najpierw na studiach, następnie na stażu podyplomowym i na rezydenturze. Minister Pinkas nazywa rezydentów perłami narodu. Szkoda tylko, że nikt w te perły nie chce zainwestować.


MT: Ministerstwo powinno zatem pilnować, żeby „perły” nie zmieniły „właściciela”…


J.B.:
Boję się, że sytuacja przedstawia się tak jak w poprzednim rządzie: Ministerstwo Zdrowia ma utrzymać ciszę w swoim sektorze. Koniec, kropka.


MT: Premier Szydło wezwała ministra zdrowia i określiła zadanie: wyciszyć nastroje. Krzysztof Bukiel powiedział wtedy, że „za takie pieniądze spokoju nie będzie”. A jeżeli rezydenci ruszą z akcją wypowiadania klauzul opt-out, będzie to oznaczało rozkład systemu.


J.B.:
Napisaliśmy do premier Beaty Szydło, wicepremiera Mateusza Morawieckiego oraz prezesa Jarosława Kaczyńskiego listy z prośbą o spotkanie – jest to ostatnia szansa na porozumienie na drodze dialogu. Mam nadzieję, że do niego dojdzie i będziemy mieli jasną odpowiedź, czy przedstawicielom rządu zależy na ochronie zdrowia. W międzyczasie przygotujemy akcję z wypowiadaniem opt-outów. Niebawem ruszy przekrojowe badanie na temat nastrojów. Chcemy zapytać, czy lekarze są gotowi i co są gotowi zrobić, czy będą potrzebować wsparcia, np. w znalezieniu dodatkowej pracy. Sądzę, że organizacyjnie będziemy przygotowani z akcją na pierwsze miesiące przyszłego roku, ale oczywiście ostateczna decyzja o przystąpieniu do niej zależeć będzie od poszczególnych lekarzy.

To rzeczywiście może rozmontować system. W wielu szpitalach są oddziały, gdzie dyżurują tylko rezydenci. Są szpitale z przeciążonymi specjalistami, którzy również chcą przystąpić do wypowiadania klauzul. Niestety problem będą mieli kierownicy klinik, dyrektorzy szpitali i ordynatorzy oddziałów. Mamy zamiar przeprowadzić kampanię społeczną i wyjaśnić, że to nie jest akcja wymierzona w nich. Żeby nas wsparli, alarmowali o problemach. Możemy wygrać wszyscy. Zależy nam na tym, żeby odbyło się to z jak najmniejszym uszczerbkiem dla pacjentów. Niestety będzie to trudne i uciążliwe. Zadaję sobie jednak pytanie, co jest bardziej etyczne: czy uprzykrzenie życia pacjentom przez dwa miesiące i w efekcie trwałe poprawienie opieki i przedłużenie ich życia, czy utrzymywanie status quo. Jak na razie Polacy umierają pięć lat wcześniej niż nasi zachodni sąsiedzi. Długość życia pacjentów z nowotworami jest o ok. 30-40 proc. krótsza niż na Zachodzie, wykrywalność następuje w późniejszych stadiach, co generuje jeszcze większe koszty.

Etyka w medycynie oznacza czasem wybór mniejszego zła. Sądzę, że postawienie wszystkiego na jedną kartę w tym wypadku jest właściwym wyborem. Albo jedynym wyborem.


MT: Czy rzeczywiście nie ma innej drogi?


J.B.:
Spędziliśmy rok na intensywnych rozmowach. Na pisaniu, informowaniu, przekonywaniu. 130 rozmów z posłami, jeszcze więcej z ekspertami w ochronie zdrowia, do tego rozmowy kuluarowe, udział w komisjach i pracach zespołów. Bezskutecznie. Choć może i skutecznie – kolejne badania opinii społecznej pokazują, że Polacy są ochroną zdrowia, delikatnie mówiąc, zdegustowani.


MT: Zatrzymajmy się przy zespole ds. zmian w kształceniu podyplomowym. Jak pan sądzi, dlaczego Ministerstwo Zdrowia nie chciało opublikować wypracowanych przez zespół rekomendacji?


J.B.:
Zespół wypracował rekomendacje, które są oczywiście kompromisem, bo były przecież różne stanowiska i różne pomysły. Kompromis jest. Mamy zbiór dobrych rad dla ministra zdrowia, jak kształcenie podyplomowe poprawić. W mojej opinii, Konstanty Radziwiłł powinien czuć, że skoro nas powołał, wybitni eksperci poświęcili swój czas, dojeżdżali z różnych stron Polski, należy rekomendacje spróbować wprowadzić w życie. Tymczasem cisza. Dostaliśmy jedynie komunikat, że są one na wewnętrzne potrzeby ministra zdrowia. Odpowiedź jest logiczna: rekomendacje są niewygodne dla ministerstwa, które nie ma przebicia w rządzie i musi kleić z tego, co ma.

W jednej kwestii resort wygrał – wyciszył nastroje rezydentów na jakiś czas. Od manifestacji czerwcowej do manifestacji wrześniowej daliśmy czas na spokojną pracę zespołu. Zakończył on pracę 6 września i na tym się skończyło. Ministerstwo nie zdecydowało się na publikację tych materiałów. Wypłynęły one do mediów, ale nadal nikt z resortu się do nich nie odniósł. Liczyliśmy na to, że po spotkaniu w Kancelarii Prezesa RM zorganizowanym przez Beatę Kempę coś drgnie. Tylko nas dobito, bo dowiedzieliśmy się, że nie możemy liczyć na zmiany. Wygląda na to, że rząd nie ruszy ochrony zdrowia pod kątem finansowania, a już na pewno nie do końca tej kadencji.


MT: Jeżeli nie będzie odpowiedzi ze strony rządu, jeśli akcja z wypowiadaniem klauzuli opt-out nie przyniesie pożądanych rezultatów, czy musimy liczyć się z powtórką z Wielkiej Brytanii, gdzie rezydenci odeszli od łóżek pacjentów?


J.B.:
Pozostanie nam tylko strajk generalny. Jesteśmy racjonalistami i wszystko zależy od nastrojów. Historia pokazuje, że raz na 10 lat w ochronie zdrowia dochodzi do buntu. Ostatnie masowe strajki były dokładnie 10 lat temu. Wygląda na to, że teraz jest ten moment. Frustracja się przelewa, niezadowolenie rośnie, ludzie mają dość, dopytują o akcję opt-out i chcą działać. Czas pokaże, jak działać. Ja nie lubię rozwiązań siłowych, ale sam już nie widzę innej opcji.