Dostęp Otwarty

Absolwenci

Złamanie porozumienia uruchomiło „akcję mobilizację”

O tym, jakie będą kolejne kroki środowiska, z Mateuszem Kowalczykiem, lekarzem rezydentem psychiatrii dorosłych, sekretarzem łódzkiej Okręgowej Rady Lekarskiej i przewodniczącym OT OZZL w szpitalu im. J. Babińskiego w Łodzi, rozmawia Irina Nowochatko-Kowalczyk

Small m. kowalczyk   wywiad opt

Mateusz Kowalczyk

MT: Czujemy się oszukani. Uśpiono naszą czujność – mówią lekarze. W którym momencie ta czujność została osłabiona?


Lek. Mateusz Kowalczyk:
Oszukani zostali przede wszystkim pacjenci. Osobiście jestem nade wszystko rozczarowany. Wierzyłem, podobnie jak wiele osób, w faktyczne nowe otwarcie i „dobrą zmianę” w Ministerstwie Zdrowia wraz z objęciem tego resortu przez prof. Szumowskiego. Były konferencje, zapowiedzi, piękne słowa i obietnice. Po czasie widzimy, że niewiele z tego znalazło odzwierciedlenie w rzeczywistości publicznego sektora ochrony zdrowia.


MT: Czy jest już znana data ogólnopolskiego protestu lekarzy?


M.K.:
Zarząd Krajowy OZZL podjął decyzję o organizacji manifestacji w celu wyrażenia niezadowolenia całego środowiska. Co do konkretnego terminu, pozostaje on w gestii organizatorów i według mojej wiedzy jest na etapie ustaleń.

Niewywiązanie się przez resort zdrowia z zapisów lutowego porozumienia wywołało potężną falę gniewu.

MT: Czy jest prawdopodobne, że jesień również upłynie pod znakiem protestu?


M.K.:
Nie chciałbym teraz tak dalece wybiegać w przyszłość. Oczywiste jest, że w przypadku braku podjęcia konkretnych działań przez rządzących na samej manifestacji nie poprzestaniemy. Mamy rok wyborczy i choć bardzo nie chcemy być wtłaczani w bieżące rozgrywki polityczne, to doświadczenie pokazuje, że tylko w takim roku jest szansa na wyegzekwowanie jakichkolwiek projakościowych zmian w ochronie zdrowia, bo politycy słuchają suwerena, tylko gdy potrzebują jego głosów.


MT: Czym ten protest będzie się różnił od zeszłorocznego? Jaką formę może przyjąć?


M.K.:
Zamiast mówić o formie potencjalnego protestu, wolałbym podkreślić wagę podniesienia poziomu uzwiązkowienia wśród pracowników ochrony zdrowia. Manifestacja ma być również pewnym symbolicznym ruchem pokazującym naszą zdolność do dalszych działań i konsolidacji środowiska. Krótko mówiąc – „akcja mobilizacja”.


MT: Jakie słowa najbardziej oddają obecne nastroje środowiska lekarskiego?


M.K.:
Przede wszystkim rozczarowanie. Rośnie też poziom frustracji z pracy w takich, a nie innych warunkach. Inną sprawą jest, że często sami się na to godzimy. Jednak gdybyśmy nagle, solidarnie zaprzestali świadczenia swoich usług ze względu na np. braki sprzętowe czy złą organizację pracy, to wiele podmiotów leczniczych świeciłoby pustkami, a pacjenci mogliby odbijać się od zamkniętych drzwi np. szpitalnych oddziałów ratunkowych.


MT: Kiedy lekarze zrozumieli, że porozumienie zawarte z ministrem zdrowia przestaje mieć wartość?


M.K.:
Z biegiem czasu coraz bardziej widoczne i jasne było dla nas, że strona rządowa nie respektuje zapisów porozumienia. Nasz najważniejszy postulat o wzroście nakładów na publiczną ochronę zdrowia został całkowicie wypaczony na końcowym etapie prac. Zamiast realnego wzrostu mamy wirtualny. Dzięki pomysłowej księgowości rządzącym udało się pomniejszyć wydatki na ochronę zdrowia o około 10 mld zł w porównaniu z założeniami podpisanymi rok temu w świetle kamer. I tak zamiast 4,85 proc. PKB w tym roku mamy około 4,3 proc., co stanowi jeszcze mniejszy odsetek niż rok temu. Do tego doszło wykluczenie lekarzy dentystów z tzw. bonów patriotycznych. Uznano, że lekarz dentysta to nie lekarz. Nic się nie zmieniło także w obowiązku określania poziomu refundacji na recepcie, nadal jest to w gestii lekarza, mimo że projekty dotyczące tych regulacji prawnych miały być już dawno gotowe. Jak do tego wszystkiego dołożymy informacje medialne o tym, że w resorcie zdrowia rozważano, czy aby wypowiedzenie klauzuli opt-out nie dotyczy wszystkich aktualnych miejsc pracy lekarza, to mamy odpowiedź, dlaczego straciliśmy zaufanie do strony rządzącej i mówimy „sprawdzam”.


MT: Czego zabrakło ze strony urzędników, jakich kluczowych decyzji i kiedy powinny były one nastąpić?


M.K.:
Tutaj nie trzeba było wielkich decyzji, wystarczyło przestrzegać tego, na co się wspólnie umówiliśmy oraz tego, co obiecano pacjentom i nam przed kamerami. Zamiast tego kolejny raz próbuje się różnymi kruczkami prawnymi i wirtualną księgowością rozmydlić wiele kwestii, licząc na to, że tego nie zauważymy.


MT: Jak długo może potrwać planowany protest?


M.K.:
Nie chciałbym na tym etapie wyrokować ani przede wszystkim wykładać kart na stół. Poczekajmy spokojnie na rozwój wypadków. Przygotowujemy się na różne warianty i będziemy reagować adekwatnie.


MT: Co w pana ocenie wyszło na plus z zapisów lutowego porozumienia?


M.K.:
Odpowiedź nasuwa się sama. Wzrost wynagrodzeń lekarzy rezydentów. Byłbym hipokrytą, gdybym o tym nie powiedział i tego nie zauważył. Nadal jednak nie jest to poziom, który zarówno związek zawodowy, jak i samorząd lekarski postulują od lat. Ale dostrzegamy pozytywną zmianę. I pewnego rodzaju pułapkę… Nie chciałbym, aby koleżanki i koledzy, którzy zostali beneficjentami podwyżek, zaprzestali głośnego wyrażania swojego niezadowolenia. Co do tego, że powyższy argument finansowy zostanie wykorzystany przeciwko nam przez stronę rządową i media prorządowe, jestem więcej niż pewien. Wyzwaniem będzie edukacja pacjentów i zyskanie ich zaufania. A nie jest łatwo wytłumaczyć przeciętnemu Kowalskiemu, że z systemu zniknęło 10 mld zł przeznaczonych m.in. na jego leczenie z powodu takiego a nie innego przelicznika. Mam jednak nadzieję, że wspólnie jako środowisko odrobimy tę pracę domową.