Bez nazwy %e2%80%93 kopia   2026 02 13t120259.079

Zmarł profesor Jerzy Strużyna, ojciec łęczyńskiej „Oparzeniówki”

Publikujemy archiwalny artykuł

11 lutego 2026 roku po ciężkiej chorobie zmarł prof. dr hab. n. med. Jerzy Strużyna, wybitny specjalista w dziedzinie leczenia oparzeń i chirurgii plastycznej.

Urodził się 14.06.1944 r. w Katowicach. Dyplom lekarza otrzymał w 1968 r. w Wojskowej Akademii Medycznej w Łodzi. Kierował ośrodkami leczenia oparzeń oraz oddziałami chirurgii plastycznej m. in. w Klinice Chirurgii Plastycznej i Leczenia Oparzeń Centralnego Szpitala Klinicznego Ministerstwa Obrony Narodowej w Warszawie, w Centrum Leczenia Oparzeń w Siemianowicach Śląskich, w Katedrze i Oddziale Klinicznym Chirurgii Rekonstrukcyjnej WSS w Sosnowcu, w Śląskim Uniwersytecie Medycznym w Katowicach.

W 2008 roku przyjechał do Łęcznej, by stworzyć tu Wschodnie Centrum Leczenia Oparzeń i Chirurgii Rekonstrukcyjnej. Był także koordynatorem Kliniki Chirurgii Plastycznej i Leczenia Oparzeń Uniwersytetu Medycznego w Lublinie, koordynatorem Oddziału Chirurgii Plastycznej Centrum Onkologii Ziemi Lubelskiej w Lublinie i kierownikiem Kliniki Chirurgii Plastycznej, Rekonstrukcyjnej i Leczenia Oparzeń UM w Lublinie, a także konsultantem krajowym w dziedzinie oparzeń.

Jest autorem ponad 100 specjalistycznych prac i książek poświęconych leczeniu oparzeń, a pod jego kierownictwem specjalizację uzyskało 37 rezydentów w dziedzinie chirurgii plastycznej. Był promotorem 14 doktorantów, 3 habilitantów, recenzentem wielu doktoratów, habilitacji oraz postępowań o nadanie tytułu profesora.

Dla naszych Czytelników przypominamy artykuł profesora z 2018 roku przedstwiający jego punkt widzenia na chirurgię plastyczną.


Nie wszyscy chirurdzy plastyczni muszą być rezydentami

Prof. dr hab. med. Jerzy Strużyna, kierownik Wschodniego Centrum Leczenia Oparzeń i Chirurgii Rekonstrukcyjnej w Szpitalu Powiatowym w Łęcznej, konsultant krajowy w dziedzinie chirurgii plastycznej.

W tym roku Ministerstwo Zdrowia nie przyznało ani jednego miejsca dla rezydentów z dziedziny chirurgii plastycznej. Przyznaję, że przyczyniłem się do tego. W tej sesji chciałem otworzyć furtkę specjalistom chirurgii ogólnej i chirurgii dziecięcej. Jednocześnie być może rozpocznie to dyskusję na temat mojej specjalności.  

Dwie twarze chirurgii plastycznej 

Chirurgia plastyczna jest dziedziną o podwójnej tożsamości. Na studiach się jej nie uczy, dlatego nawet lekarze utożsamiają ją z chirurgią estetyczną – dziedziną, która zajmuje się korekcją czynnościową lub życzeniową pacjenta. Zmiana konfiguracji okolic ciała, poprawa fizycznego wizerunku, dostosowanie żądań pacjenta do stanu fizycznego, który przynosi mu zadowolenie, różni się nie tyle techniką operacyjną, ile wskazaniami do zabiegu.

Bez chirurgii estetycznej pacjent może żyć. Ratowanie życia i poprawa czynnościowa umożliwiająca optymalnie normalne życie są przedmiotem chirurgii plastycznej w licznych jej aspektach. W różnego rodzaju rankingach najlepszych klinik w dziedzinie chirurgii plastycznej przeważają te oferujące głównie usługi chirurgii estetycznej, czyli powszechnie zajmujące się upiększaniem kobiet i mężczyzn. Chirurgia plastyczna dla większości to właśnie chirurgia estetyczna.

To błąd. Owszem, specjalizacja z chirurgii plastycznej obejmuje kilkanaście zabiegów z zakresu chirurgii estetycznej, ale to margines tego, czym nasza dziedzina się zajmuje. Przede wszystkim do jej kompetencji należą: chirurgia ręki, leczenie oparzeń, wad wrodzonych, uszkodzeń ciała w wyniku urazów, ubytków po przebytych chorobach różnego rodzaju, nowotworach, operacje rekonstrukcyjne.

Potrafią coraz mniej

Żeby nauczyć lekarza chirurgii plastycznej, trzeba przygotować w systemie ochrony zdrowia odpowiedni grunt. Tymczasem w Polsce nastąpił olbrzymi spadek możliwości operacyjnych i naukowych oddziałów chirurgii plastycznej. Powodów jest kilka. Po pierwsze, o zakresie leczenia decyduje Narodowy Fundusz Zdrowia, a także dyrektor szpitala, dla którego oddziały szpitalne są fabryką, która musi przynosić zyski.

Jeśli np. operacje wad wrodzonych u dzieci nie przynoszą zysku, to dyrektor decyduje, by ich nie wykonywać. Dlatego właśnie oddziały nie prowadzą dyżurów ostrych replantacji ręki ani pododdziałów oparzeniowych. Te procedury są deficytowe, chociaż akurat ten problem jest bardziej złożony. Nie operuje się dzieci, bo operacje nie przynoszą zysku.

Chorzy z oparzeniami lub urazami ręki trafiają na oddziały chirurgii ogólnej. Osobiście gdybym doznał takich urazów, nie chciałbym się tam znaleźć, bo wiem, że nie są do tego przygotowane. Zajmują się tym jednak, gdyż stawki NFZ są jednakowe bez względu na jakość. Obojętnie, kto zaopatruje rany: chirurg plastyczny czy ogólny, NFZ płaci tyle samo.

Ma to kolosalne znaczenie dla spraw związanych z możliwością kształcenia w Polsce chirurgów plastycznych. Po sześciu latach szkolenia powinni oni mieć wszechstronne umiejętności, przede wszystkim umieć operować. To przykre, ale kiedy podczas egzaminów specjalizacyjnych patrzę na to, ile zabiegów wykonali, przy ilu asystowali, zauważam, że operacji jest coraz mniej, a ich zakres jest coraz węższy. Większość chirurgów plastycznych nigdy nie operowała wad wrodzonych, takich jak rozszczepienie podniebienia, wargi itp. Kiedyś były one podstawowymi zabiegami w klinikach prowadzonych przez twórców polskiej szkoły chirurgii plastycznej, profesorów: Kraussa, Jethona, Krukową czy Kobusa.

Teraz zabiegi te wykonuje się tylko w Polanicy i Łęcznej i tylko tam można się ich nauczyć. Należy zaznaczyć, że operacje te są przeprowadzane również przez chirurgów dziecięcych. Chirurdzy mówią: bez tych słabo opłacanych operacji i tak mamy dość pracy. Jednak wszechstronne wykształcenie powinno obejmować te zabiegi.

Potrzebne zmiany organizacyjne

Zaniedbania dotyczą też chirurgii ręki. Nie jestem zwolennikiem obecnego systemu wypracowanego przez ortopedów. Doszli oni do wniosku, że w Polsce są potrzebne dyżury replantacyjne – każdego dnia pełni je inny ośrodek w Polsce. Ten system jest niewydolny – kiedy na taki dyżur trafi pacjent, następnego chorego nie ma już gdzie umieścić.

Uważam, że należy to zorganizować inaczej. Każdy z 10 oddziałów chirurgii plastycznej rozsianych po całej Polsce, a także inne wyspecjalizowane ośrodki, które wyrażą taką gotowość, powinny pełnić stały dyżur dla swojego regionu. Takie dyżury dla całego województwa lubelskiego pełnimy w Szpitalu Łęczna. Wszyscy lekarze potrafią wykonywać zabiegi mikrochirurgiczne, więc ten system naprawdę działa i do naszego szpitala trafiają wszelkie urazy ręki z regionu. Jeśli jednak zaczniemy pełnić dyżury ogólnopolskie jako jedyny szpital danego dnia, wtedy nie starczy już miejsca dla pacjentów z naszego województwa. Pomysł dyżurów ogólnopolskich jest ułomny, chociaż wyrósł na potrzebie specjalistycznego zaopatrzenia amputacji ręki niezależnie od miejsca zdarzenia.

Proponowałem kolegom ze wszystkich 10 oddziałów chirurgii plastycznej w Polsce, abyśmy zaczęli wykonywać niektóre najbardziej potrzebne operacje z naszej specjalizacji, np. mikrochirurgiczne replantacje ręki. Młodzi lekarze mieliby szansę kształcić się na tych oddziałach. Nie spotkało się to z odzewem z ich strony.

Działające w Polsce oddziały chirurgii plastycznej i leczenia oparzeń powstają niezależnie od opinii konsultanta krajowego na temat tego, czy dysponują one odpowiednią kadrą, czy liczba chorych uzasadnia ich powstanie oraz czy w pobliżu jest już tego typu oddział i jakie procedury wykonuje. Nikt nie pyta konsultanta o zdanie. Szkolenie specjalizacyjne na tych oddziałach jest ułomne i zostanie tak, dopóki szpitale będą się kierować wyłącznie warunkami narzuconymi przez NFZ.

Stworzyć miejsca pracy

To niejedyny powód mojej decyzji o wstrzymaniu rezydentur w tej sesji. Liczne głosy ordynatorów oddziałów są za kształceniem nie tylko lekarzy po studiach, ale i specjalistów chirurgów i chirurgów dziecięcych. Kolejny powód jest taki, że jest to jedyna specjalizacja, w której 80 proc. młodych lekarzy zaraz po ukończeniu specjalizacji pracuje w prywatnych zakładach leczniczych. Część z nich jest do tego zmuszona, bo w oddziałach chirurgii plastycznej nie ma dla nich miejsc. Jednak większość już od początku nie kryje, że tylko taką pracę chce wykonywać. W sektorze prywatnym płace są kilkakrotnie wyższe, więc młodzi ludzie od początku specjalizacji pracują w prywatnych gabinetach.

Muszę przyznać, że także rezydenci z mojego oddziału pracują prywatnie. Nie jako chirurdzy plastyczni, ale w medycynie estetycznej. Nie można nie dostrzegać szybkiego rozwoju tej dziedziny. Jednak patrzę z przerażeniem na różnego rodzaju kursy, które są maszynką do robienia pieniędzy i praktycznie z każdego chętnego lekarza robią specjalistę. Także chirurdzy plastyczni są tym zainteresowani. Uważam, że osoby, które wykonują te zabiegi, także powinny przejść wiarygodny proces szkolenia.

Rozumiem, że lekarze chcą zarabiać. Natomiast jestem przekonany, że w każdym szpitalu, w którym jest chirurgia plastyczna, można urządzić ośrodki, które będą się zajmować komercyjnie chirurgią estetyczną. Oczywiście nie może być tak, że dyrektor szpitala zatrzyma 80 proc. wpływów, a tylko 20 proc. otrzyma lekarz. Na to lekarze się nie zgodzą. Jednak kompromis jest możliwy z pożytkiem dla początkujących lekarzy, dla szpitala, dla pacjentów, którzy nie będą narażeni na zwiększone ryzyko powikłań w niektórych placówkach prywatnych oraz możliwość badań i monitorowania wielospecjalistycznego.

Trzeba pamiętać, że chirurgia estetyczna to spacer po cienkiej linie. Tutaj pacjenci nie dziękują doktorowi za uratowanie życia. Wymagają, by lekarze spełnili ich oczekiwania, a jeśli wynik nie zgadza się z tym, co sobie wymarzyli, powstaje konflikt, który znajduje niekiedy finał w sądzie.

Jest nas za dużo

W Polsce chirurgów plastycznych jest za dużo. Wskaźniki liczby specjalistów chirurgii plastycznej na 100 tys. mieszkańców są podobne jak na zachodzie Europy, w Niemczech, we Francji. Oczywiście w Argentynie czy Los Angeles jest ich jest kilkaset razy więcej, ale też system szkolenia jest zupełnie inny.

Szkolimy lekarzy za publiczne pieniądze, a niektórzy z nich nie kryją, że w ogóle nie zamierzają być klasycznymi chirurgami, tylko takimi, którzy wykonują zabiegi upiększające. Dla nich ideałem są lekarze, którzy zarabiają krocie, uprawiając właśnie chirurgię estetyczną. Marzą, by stać się takimi lekarzami. Jednak nie wszyscy chirurdzy plastyczni znakomicie prosperują, a warunkiem powodzenia jest przede wszystkim znakomite wykształcenie specjalistyczne.

Jeśli patrzymy tylko na to, gdzie są lepsze pieniądze, nie tędy droga. Chciałbym, aby w zawodzie było więcej entuzjastów. Nie wolno nam produkować specjalistów automatycznie, bez wszechstronnego wykształcenia i pomysłu na pracę w publicznej ochronie zdrowia. Tym bardziej że żyjemy w kraju, który nie jest bogaty, w którym często brakuje pieniędzy na prawidłowe współczesne leczenie.

Obecnie jest tak, że przychodzi do mnie młody lekarz i oświadcza, że dostał się na rezydenturę i będzie się u mnie kształcił na chirurga plastycznego. Ja go nie znam, nie wiem, co sobą reprezentuje, jakie ma plany. Nie mam na to wpływu, ponieważ decydują punkty. Chciałbym, żeby do systemu selekcji i wychowania młodych chirurgów plastycznych była jeszcze dołączona rozmowa z kandydatem, która miałaby równie ważne znaczenie co punkty przyznawane przez bezduszny system testowy. Nie jest tak, że zamykam młodym drogę do zdobycia upragnionego wykształcenia. Jeśli są zdeterminowani, to i w tej sesji mają możliwość jego zdobycia, np. w ramach wolontariatu. Nie wszyscy muszą być rezydentami. 

Wielu z nich uważa, że wszystko im się należy już, natychmiast. Brakuje szacunku i skromności, które są niezbędne, aby zrozumieć innych ludzi, zwłaszcza chorych. To nie jest przypadłość tylko tej specjalności. Jest to dość powszechne.

Musi się zmienić

Otrzymuję coraz więcej pytań z NFZ dotyczących zgody na leczenie za granicą. Rozumiem, że są obszary, w których w Polsce nie wykonujemy zabiegów, jednak są też takie, które wykonujemy rutynowo. Lekarze o tym nie wiedzą i podpisują wnioski o leczenie za granicą.

Konieczna jest rzetelna ocena, czy w Polsce dany typ operacji można wykonać czy nie. Obecnie wiele operacji można wykonać, ale z niewiadomych powodów się je ogranicza. Należy się starać, aby były wykonywane w kraju. Problem z operacjami za granicą jest też taki, że skutki ewentualnych powikłań obciążają nas wszystkich. Ponadto dochodzi do zjawisk niepożądanych – kiedy raz odkręcimy kurek z wodą, ludzie piją z niego łapczywie, bo im się należy.

To zadanie nie tylko dla chirurgów plastycznych. W tej chwili wiele zabiegów chirurgii plastycznej wykonuje się kompleksowo i zespołowo. Chirurg plastyk sam nie dokona np. rekonstrukcji żuchwy, podczas mikrozespolenia strzałki musi być z nami chirurg szczękowy lub otolaryngolog. Na szczęście NFZ jest coraz bardziej na takie rozwiązania otwarty.

Fundusz zaczyna rozumieć, że nie musi na tym tracić. Obecnie tak się dzieje z oparzeniami. Pacjenci trafiają na oddziały chirurgii ogólnej. Oddziały te zazwyczaj leczą oparzonych przez kilkanaście dni, a potem przesyłają do nas. I Fundusz niestety musi podwójnie płacić.

Wystarczyłoby ujednolicić system – wprowadzić zasadę, że ci chorzy leczeni są w oddziałach oparzeniowych, które dysponują przeszkolonym personelem, łóżkami przeznaczonymi tylko dla tych chorych i Oddziałem Intensywnej Terapii.

Liczę na to, że może problemy te przebiją się do świadomości ludzi zajmujących się działalnością „operacyjną” w ochronie zdrowia. Wiem, że kołdra jest krótka, środki finansowe ograniczone. Jednak do modyfikacji systemu chirurgii plastycznej potrzebne są głównie zmiany organizacyjne, przygotowane przez specjalistów.

Od początku powstania tej specjalności powielamy drogę innych. Zasady szkolenia w chirurgii ogólnej i ortopedii są pierwowzorem, ale odmienność mojej specjalności wymaga oryginalnego podejścia do całego problemu specjalizacji. ■

Opracowała: Iwona Dudzik

Medical Tribune / nr 10 / październik 2018 - 1668 - 1798

BEZ MOJEJ ZGODY


oprac. id