Co znajdziesz w artykule?
Co zobaczy lekarz, kiedy stanie przed pacjentem jak przed lustrem?
Które obiegowe opinie, stereotypy na temat środowiska medycznego są zasłużone, a które nie?
MT: Z zapartym tchem śledziliśmy poczynania lekarzy z Prokocimia, którzy wyprowadzili z rekordowej hipotermii dwulatka. Cieszyliśmy się też z sukcesu wrocławskiego szpitala, w którym pacjent po innowacyjnym zabiegu odzyskał czucie w nogach. To wspaniałe osiągnięcia, które w połączeniu z odpowiednią grą emocjami można przekuć na scenariusz nowych „Bogów”. Czy rzeczywiście potrzebujemy medycznych superbohaterów?
DR KRZYSZTOF PUCHALSKI: I tak, i nie. Z jednej strony potrzebujemy wybitnych
postaci, aby utwierdzić się w przekonaniu, że możemy liczyć na lekarzy. Dobrze jest mieć pewność, że w sytuacji kryzysu zdrowotnego będziemy mieli dobrą, profesjonalną opiekę. Z drugiej strony jest to zjawisko o tyle niebezpieczne, że zdejmuje z nas, jako potencjalnych pacjentów, część odpowiedzialności za własne zdrowie.
MT: Czyli że możemy robić, co nam się żywnie podoba, a potem i tak zostaniemy przez tych „bogów” uratowani...
K.P.: Nie musimy o zdrowie sami się troszczyć, nie musimy o nie dbać, bo zjawi się Batman i uratuje nas z opresji. Obserwujemy to w wielu sytuacjach. Medycyna rozwija się w błyskawicznym tempie, media pokazują nam coraz to nowe odkrycia, metody leczenia, wspaniałe technologie, które są lub w najbliższym czasie będą w stanie poradzić sobie z naszymi wszystkimi problemami. Badania Philips Index 2010 sprzed kilku lat pokazały, że blisko ośmiu na dziesięciu dorosłych Polaków wierzy, że nowe technologie medyczne pozwolą im zachować dobre zdrowie, a trzy czwarte sądzi, że pozwolą im one dłużej żyć.
MT: Mamy zatem medycznych superbohaterów, ale w powszechnej opinii pokutują bardzo krytyczne wobec lekarzy stereotypy, np. dotyczące brania łapówek. Społeczne rozdwojenie jaźni? Gdzie jest prawdziwy obraz?
K.P.: I tu, i tu. Mamy różnych lekarzy. Trzeba mówić o zróżnicowaniu środowiska. Natomiast gdy obserwuję dyskusje medialne na ten temat, to mamy obraz albo czarny, albo biały. Tymczasem ma on oba kolory i całą paletę odcieni, jak w każdej innej grupie zawodowej. Lekarze nie są nikim wyjątkowym.
MT: Tylko że nie wszystkie środowiska zawodowe składają przysięgę Hipokratesa. Właśnie z tego powodu pacjenci oczekują od lekarzy wyjątkowego podejścia do wykonywanego zawodu.
K.P.: Bo lekarze pracują w wyjątkowej sferze, gdzie większość pacjentów oczekuje wyjątkowego traktowania, niezależnie od przysięgi. Ale przecież w końcu są to zwykli ludzie. W każdej grupie zawodowej znajdziemy osoby zaangażowane w pracę, które są do niej doskonale przygotowane i wiele wysiłku i energii wkładają w to, żeby swoje zadania wykonywać jeszcze lepiej. Na drugim biegunie znajdziemy ludzi, dla których bycie lekarzem to głównie okazja do szybkiego wzbogacenia się. Oni lekceważą pacjentów i ich problemy. Zresztą społeczeństwo też jest podzielone w ocenach lekarzy – część widzi w nich tych superbohaterów, inna część ma o nich fatalną opinię, a jeszcze inni oceniają ich ambiwalentnie w różnych sytuacjach.
MT: Podczas poprzedniej naszej rozmowy dotyczącej emigracji lekarzy (MT 2015;2:23 – przyp. red.) wspomniał pan o systemie jako o „mętnej wodzie”. Czy praca w takich warunkach nie jest czynnikiem łagodzącym?
K.P.: Powiem przewrotnie: przecież każdy z nas, czy lekarz, czy hydraulik, pisarz czy ktokolwiek inny funkcjonuje w tej samej rzeczywistości. Dlaczego mamy usprawiedliwiać jednych, a obciążać drugich? Każdy z nas ma możliwość wyboru. Od nas zależy, w jaki sposób odnajdziemy się w zastanej rzeczywistości. Nikt nas nie zmusza do wykorzystywania w sposób patologiczny ułomnego systemu, w którym przyszło nam pracować. W prawie każdej grupie zawodowej mamy podobne szanse pracy zgodnie z własnym sumieniem i oczekiwaniami innych.
Zauważam zjawisko dość powszechne w świecie nie tylko medycznym: Tłumaczenie, że to nie ja, to system. Czy zatem mamy przyjąć, że ktoś byłby świetnym lekarzem, tylko system mu w tym przeszkadza? To prawda, polski system opieki zdrowotnej jest fatalnie zorganizowany. Może warto jednak pójść w innym kierunku: skoro system jest zły, muszę z siebie dać więcej, aby móc go naprawiać.
Proszę zwrócić uwagę na jeszcze jedną kwestię – część środowiska medycznego bardzo często w mediach mówi o tym, że system jest zły. Tylko czy ta właśnie część środowiska medycznego podejmuje działania, żeby ten system zmienić? Można zmieniać go w mikroskali, ale też dążyć do zmian na poziomie całego systemu. Lekarze są tą grupą zawodową, która ma największe w całym społeczeństwie możliwości nacisku, egzekwowania swoich oczekiwań.
MT: Mam wrażenie, że lekarze w dużej mierze to robią.
K.P.: Ja mam wrażenie, że nie do końca. Owszem, moglibyśmy rozmawiać o szczegółowych rozwiązaniach, ale mimo wszystko, uogólniając, widzę więcej narzekań na system, aniżeli prób racjonalnej jego zmiany. A z drugiej strony spotkać też można placówki medyczne, które wspaniale funkcjonują zarówno w ocenie pacjentów, ekonomistów, jak i samych lekarzy. Może więc ten system nie zawsze zmusza do patologicznych działań?
MT: Porozmawiajmy teraz o dowodach wdzięczności. Bardzo często pacjenci z własnej inicjatywy w zdecydowany sposób, nie przyjmując odmowy, obdarowują nimi lekarzy. Zastanawiam się, czy to nie jest tak, że pacjenci sami stwarzają sytuacje, na podstawie których oceniają później lekarza?
K.P.: Znowu muszę odpowiedzieć: i tak, i nie. Często mamy potrzebę odwdzięczenia się, zwłaszcza gdy ktoś ratuje nam życie. Jak powiedzieliby antropolodzy, mamy potrzebę daru. Psycholodzy stwierdziliby, że działa tutaj reguła wzajemności. Odpłacamy dobrem za dobro, to naturalne. W wielu sytuacjach tak właśnie jest i nie chciałbym tego oceniać. Warto jednak powiedzieć o czymś innym. Otóż badania korupcji w ochronie zdrowia, przeprowadzone na początku minionej dekady dla Fundacji Batorego (Program Przeciw Korupcji, raport z badań: grudzień 2010), pokazują ciekawą prawidłowość: część środowiska medycznego oskarżana o przyjmowanie dowodów wdzięczności od pacjentów tłumaczyła się niegdyś niskimi zarobkami. Dary od pacjentów miały być swojego rodzaju rekompensatą. Ciekawe jest jednak, że sumy relatywnie wysokie częściej wręczane były lekarzom nie po uzyskaniu świadczenia, lecz przed nim. Po leczeniu w zdecydowanej większości upominki były już niższej wartości. Dowodzi to jednego: nie chodzi o dowody wdzięczności, lecz o kupowanie usług. Pacjenci płacili za przyjęcie do szpitala lub za przyspieszenie zabiegu. Druga ciekawa rzecz, która wyszła w badaniach, to uzależnienie łapówki od stanowiska. Im reprezentant zawodu medycznego stał wyżej w hierarchii, tym częściej otrzymywał pieniądze od pacjentów. Co ciekawe, tę ostatnią obserwację opisywali nie tylko pacjenci, którzy wręczali łapówki, ale też sami lekarze. Badania te mają trochę lat i chciałbym wierzyć, że straciły już na aktualności. Niemniej najnowsze i powtarzane w minionych latach sondaże CBOS pokazują, że więcej niż co drugi Polak uważa, że z korupcją mamy do czynienia głównie w ochronie zdrowia. Nie wpływa to dobrze na społeczny wizerunek lekarzy.
MT: Na wizerunek systemu ochrony zdrowia cieniem kładą się błędy lekarskie. Niedawno rozmawiałem z prawnikiem specjalizującym się w sprawach medycznych, który stwierdził, że w krajach Europy Zachodniej czy w Stanach Zjednoczonych niekorzystne zdarzenia medyczne traktowane są jako przyczynek do rozwoju – są analizowane, aby nie doszło do nich w przyszłości. W Polsce tak nie jest.
K.P.: Obserwuję niepokojące zjawisko zamykania się środowiska medycznego, które postrzega otoczenie jako atakujące. Broniąc się przed tymi atakami, usiłuje informacje o błędach i uchybieniach w miarę możliwości ukryć, żeby nie można było podważyć w ten sposób wizerunku i zachwiać przeświadczenia o lekarskiej nieomylności, bezbłędności i profesjonalizmie.
MT: Tylko że pacjenci są coraz bardziej świadomi swoich praw. Poszukują drugiej diagnozy, korzystają z internetu, oceniają lekarzy w sieci, szukają alternatywnych metod leczenia.
K.P.: Sądzę, że w kształceniu lekarzy leży gdzieś błąd. Mam kontakty ze studentami medycyny i z młodymi lekarzami. Widzę, że opuszczają mury uczelni medycznych przepełnieni wiarą w swoją wyjątkową pozycję i mądrość. Widzę, jak łatwo przychodzi im dyskredytowanie innych punktów widzenia od tych wpojonych im na studiach.
W ubiegłym roku na 500-osobowej grupie lekarzy POZ przeprowadziliśmy badanie dotyczące ich stosunku do internetu, do wystawiania opinii lekarzom przez pacjentów, do wyszukiwania przez nich w internecie informacji na tematy związane ze zdrowiem itp. Znaczny odsetek respondentów wyrażał przekonania, że dla kształtowania się relacji lekarz – pacjent internet jest złym narzędziem. To, że pacjent dociera do informacji przez inne źródła niż lekarz, traktowane było jako niekorzystne. W odpowiedzi na różnie sformułowane pytania na ogół co drugi z lekarzy stwierdził, że ocena ich pracy powinna być zabroniona w internecie. Dlaczego? Bo lekarz kieruje się wiedzą profesjonalną, zaś pacjent nie jest w stanie go ocenić, gdyż nie ma ku temu kompetencji. We współczesnym świecie jest to myślenie anachroniczne, oderwane od rzeczywistości, jak również niespójne, bo przecież lekarze chętnie zabroniliby pacjentom czytania w internecie o zdrowiu i przychodzenia do gabinetów z gotową diagnozą, ale równocześnie chcieliby, żeby pacjent w doskonały sposób zrelacjonował swój stan zdrowia i udzielił lekarzowi pełnej informacji. Według wielu lekarzy, pacjent ma wiedzieć i nie wiedzieć, być mądrym i jednocześnie głupim.
MT: Jak rodzi się lekarski autorytet?
K.P.: Na autorytet trzeba sobie zapracować. Warto jednak zwrócić uwagę, że we współczesnym społeczeństwie mamy kryzys autorytetów. Obieg informacji jest coraz szerszy, przez co często ci, którzy uchodzili za autorytety, przestają nimi być. Pacjenci mają dostęp do nieskrępowanej wymiany danych w internecie, gdzie na temat każdej grupy zawodowej, a często też osoby, znajdą się opinie niepochlebne. Słusznie bądź niesłusznie, w to już niewiele osób wnika, ale te opinie w przestrzeni publicznej funkcjonują. W związku z tym coraz trudniej o autorytet niekwestionowany.
MT: Czy rzecz rozbija się o komunikację?
K.P.: Nie ukrywam, że moim odczuciu jest to obecnie najważniejszy aspekt relacji lekarz – pacjent. Potrzebna jest właśnie dobra komunikacja, rozumienie potrzeb i oczekiwań pacjenta. Odpuszczenie w tym zakresie działań przez lekarza jest moim zdaniem porównywalne z niewykonaniem procedury medycznej. A może właśnie dobra komunikacja powinna być procedurą medyczną wycenianą przez NFZ? Może wtedy lekarze zwracaliby większą uwagę na ten aspekt pracy z pacjentem?
MT: Pod względem zaufania do lekarzy znajdujemy się gdzieś w ogonie Europy. Natomiast jeśli polscy lekarze wyjeżdżają do pracy za granicę, stają się cenionymi fachowcami. Co ma na to wpływ – organizacja systemu, pieniądze, kultura?
K.P.: Z całą pewnością nie ma jednego prostego wytłumaczenia. Na obraz zaufania, czy może nawet szerzej – na obraz lekarza w świadomości społecznej – składa się wiele czynników. Na pewno wpływa na to rodzimy system i to w dwojaki sposób: z jednej strony jest nieprzyjazny dla pacjenta, który nie jest w stanie zorientować się w gąszczu przepisów, procedur i ścieżek. Z drugiej – nieprzyjazny dla lekarza, który jest obciążony wieloma zadaniami odwracającymi uwagę od głównego wątku i nie jest w stanie w pełni skupić się na diagnozie oraz terapii. Nie chciałbym jednak stosować takiego uproszczenia i usprawiedliwiać niedobrego podejścia do sprawy w stylu: to nie ja jestem zły, to system. Wiele jednak zależy od lekarza, jak będzie w tym systemie funkcjonował. Nie można wszystkiego zrzucić na niedopracowaną organizację opieki zdrowotnej.
Ze względu na niekorzystny wskaźnik liczby lekarzy, mamy rynek nie klienta, tylko oferenta. Lekarz nie musi zabiegać o pacjenta, może więc przyjąć, że nie musi świadczyć dobrej usługi, nie tyle w sensie profesjonalnym czy terapeutycznym – tego nie oceniam, tylko w sensie kontaktu z pacjentem. Właśnie z tego powodu lekarz może odpuścić sobie tę procedurę dobrej komunikacji, zwłaszcza że za to mu nie płacą.
MT: Ale powinien kierować się misją, o której tak dużo się mówi.
K.P.: Przecież lekarze nie żyją samą przysięgą Hipokratesa. Lekarz, chociażby z racji długiego kształcenia, na które poświęca młodość, ma prawo do życia na dobrym poziomie. Nie można obrażać się na niego, że chce dobrze zarabiać i żyć na wysokim poziomie. Przecież prawie każdy do tego dąży i ma do tego prawo. Cokolwiek się dzieje w systemie, w każdej sytuacji kryzysowej kolejni ministrowie odwołują się do powołania lekarskiego, zamiast tworzyć pewne mechanizmy, nie mówię tylko o finansowych, ale także o organizacyjnych, które ułatwiają lekarzom pracę. Łatwiej jest szermować powołaniem.
MT: W czasie strajku na początku roku lekarze zostali przez ministra określeni mianem biznesmenów dbających tylko o swoje interesy. Słusznie?
K.P.: Co ciekawe, powiedział tak minister, który też jest lekarzem. Czynienie lekarzom zarzutu, że myślą w sposób ekonomiczny, jest niedorzeczne. Od każdego z nas współczesne społeczeństwo wymaga myślenia ekonomicznego. A lekarzowi nie wolno. I to jest pogląd ministra zdrowia? Dlaczego lekarze mają być grupą zawodową, od której oczekuje się jedynie funkcjonowania zgodnego z misją, przysięgą, powołaniem i kto wie czym jeszcze?
Następny artykuł: