Dostęp Otwarty

Słowo wstępne

Jerzy Sikora

Szanowne Koleżanki i Koledzy!

Bogatsi o doświadczenia pierwszych miesięcy bieżącego roku, kiedy – jak to już się stało naszą tradycją – po wielu zawirowaniach doprowadzono wreszcie do ustalenia stanowisk, otwarcia gabinetów lekarskich POZ, a w konsekwencji wprowadzono w życie niezwykłe, jak sądzę, dla funkcjonowania służby zdrowia w naszym kraju rozwiązanie, jakim jest tzw. pakiet onkologiczny, możemy dalej wytrwale pracować. Każdy z nas, praktykujących ginekologów, ma własne doświadczenia w tym zakresie i może wyrazić opinię na temat „usprawnień” w funkcjonowaniu naszych oddziałów, z którymi musimy borykać się teraz w codziennej pracy.

Być może sytuacja w innych dziedzinach medycyny obligowała władze do twórczego fermentu i poruszenia skostniałych struktur, w których to niestety pacjenci dobitnie odczuwali całą irracjonalność naszego systemu ochrony zdrowia, w którym przed lub po rozpoznaniu choroby nowotworowej należało całymi miesiącami oczekiwać w niewyobrażalnie długich kolejkach na wykonanie badań obrazowych, operację lub różne formy terapii zachowawczej. W klinice, w której pracuję już od ponad 30 lat, nigdy – czy to w minionej, czy w obecnej epoce – kobiety z podejrzeniem lub z rozpoznaniem nowotworu narządu rodnego nie oczekiwały w wielomiesięcznych kolejkach na przyjęcie do szpitala ani leczenie. Za modelową należało także uznać współpracę z Instytutem Onkologii. Jestem przekonany, że na każdym z oddziałów ginekologiczno-położniczych w naszym kraju chore z podejrzeniem lub rozpoznaniem złośliwego procesu nowotworowego zawsze były i są leczone w pierwszej kolejności.

Cóż zatem zmienił w naszej codziennej pracy pakiet onkologiczny? Oczywiście wzrosła liczba obowiązków biurokratycznych. Pojawiły się wątpliwości, kto tak naprawdę (jeżeli w ogóle) ma zarabiać, wykonując często bardzo ciężką pracę, operując np. ponadstukilogramowe pacjentki, prowadząc chemioterapię czy lecząc różnorodne powikłania, jakie często towarzyszą przypadkom onkologicznym. Obecnie musimy się zastanawiać, kto ma wystawić kartę nowotworową? Kto ma prowadzić wstępną czy pogłębioną diagnostykę? Należy także pamiętać, aby badania TK, MR lub PET wykonywać ambulatoryjnie, gdyż w przypadkach hospitalizowanych pacjentek nie możemy spodziewać się refundacji. Koszty pokryjemy sami, uzyskując jedynie minimalną gratyfikację w ramach JGP. Jednym słowem nie przewidziano żadnych dodatkowych pieniędzy na leczenie nowotworów. Kosztem niebywale rozbudowanej machiny administracyjnej, w tym konieczności niezwykle kłopotliwego zwoływania konsyliów lekarskich (w większości przypadków ginekologicznych raczej niekoniecznych), wytężonej pracy koordynatorów i koordynatorów koordynatorów, uzyskujemy efekt terapeutyczny taki jak dotychczas, ale niestety musimy pokonywać niezwykle skomplikowane bariery administracyjne niewpływające w żaden sposób na usprawnienie procesów diagnostyki i terapii naszych pacjentek.

Pragnę w tym miejscu wyrazić moje ogromne uznanie dla uczestników IV Kongresu Akademii po Dyplomie „Stany Nagłe Ginekologia i Położnictwo”, który odbył się w Warszawie w dniach 27-28 lutego bieżącego roku. Było to spotkanie naukowe z udziałem czołówki najznakomitszych wykładowców, profesorów, ekspertów nie tylko z dziedziny położnictwa i ginekologii. Elementem wyróżniającym nasz kongres było zaproszenie do wygłoszenia (jak sądzę po raz pierwszy w naszym kraju) referatów i podzielenia się własnymi doświadczeniami przez lekarzy dyżurujących, asystentów klinik i oddziałów, którzy wykorzystują swą wiedzę i doświadczenie, lecząc najtrudniejsze przypadki bardzo często w warunkach dyżurowych, w nietypowych porach i w ograniczonym liczbowo zespole lekarskim. Asystenci prof. Bożeny Leszczyńskiej-Gorzelak, prof. Grzegorza H. Bręborowicza i prof. Przemysława Oszukowskiego znakomicie wywiązali się ze swych zadań – przedstawili wspaniałe referaty i omówili skomplikowane przypadki kliniczne. Jestem przekonany, że taka forma edukacji wspierana niezwykłą aktywnością uczestników kongresu (za co bardzo gorąco dziękuję) to właściwy kierunek, w którym będziemy podążać, organizując kolejne spotkania naukowe Medical Tribune.

Współczesność rodzi wiele problemów. Pojawiają się nowe zjawiska i dylematy, których nie doświadczaliśmy jako młodzi lekarze. Byliśmy wychowywani przez naszych mistrzów i nauczycieli, profesorów medycyny, ordynatorów oddziałów, lekarzy w ogromnej większości o nieposzlakowanej opinii i niekwestionowanym autorytecie, wiedzy i etosie, jaki kiedyś wiązał się z wykonywaniem zawodu lekarza. W złym tonie było wówczas zadawanie pytania o wysokość zarobków, a całkowicie niedopuszczalne było oznajmianie szefowi, że mój czas pracy właśnie się skończył i opuszczam klinikę. To było po prostu niemożliwe. Nie potrafię policzyć, ile razy po sobotnio-niedzielnym dyżurze w poniedziałek operowałem lub asystowałem do operacji. Każdy z nas doskonale wiedział, że klinikę opuszcza się wyłącznie za przyzwoleniem szefa. Nowa generacja lekarzy zapewne zada pytanie: a cóż to były za zwyczaje? Mamy przecież swoje prawa. Dyrektywa unijna wyznacza nam liczbę godzin pracy, po sobotnim dyżurze mam prawo do odpoczynku w poniedziałek, do pracy przychodzę we wtorek. Wszystko to prawda, ale należy zadać pytanie, jakich zatem lekarzy wychowujemy? Czy medycyna to biznes? Czy pełnimy służbę, czy jesteśmy biznesmenami? Te poniedziałkowe operacje po dyżurze przypominały nam kiedyś, jaki zawód wybraliśmy. Czy się zgadzamy, czy nie, to była i będzie nadal służba drugiemu człowiekowi, a nie biznes!

Dlaczego zdecydowałem się na przekazanie Państwu powyższych informacji? Miarą naszych czasów i symbolem rewolucji technologicznej ostatnich lat stał się internet. Oczywiście truizmem jest powtarzanie znanej prawdy, że ma on zaletę, która jest jednocześnie wadą: po prostu tam jest wszystko! W poczcie dostarczonej do mojej praktyki lekarskiej otrzymałem list od popularnego na rynku portalu internetowego, w którym każdy, kto ma na to ochotę, może oceniać lekarzy, wypisując dowolne treści, w tym szkalujące i nieprawdziwe. W otrzymanej korespondencji poinformowano mnie – i tu kuriozalna sprawa: „Zgodnie z obowiązującym prawem chcemy poinformować Pana, że informacje o prowadzonej przez Pana działalności zawodowej znajdują się w serwisie, który jest dostępny pod adresem [tu nazwa serwisu]. Wskazane dane (imię, nazwisko, adres, nazwa praktyki) zostały pozyskane z internetu, a ich przetwarzanie ma na celu informowanie użytkowników internetu o prowadzonej przez Pana działalności zawodowej oraz umożliwienie im wystawiania opinii dotyczącej Pana praktyki lekarskiej”. Cóż może bulwersować najbardziej w ocenie powyższej sytuacji? Stwierdzenie, że wszystko to odbywa się ZGODNIE Z PRAWEM. I cóż można było przeczytać w dalszej części korespondencji? Otrzymałem ofertę udziału w 3 bezpłatnych szkoleniach wieńczonych wręczeniem certyfikatu. Czego uczy się w czasie tych szkoleń? Otóż ich tematyka jest następująca: Jak zbudować reputację w świecie nowych mediów i opinii? Jak zarządzać wizerunkiem lekarza w internecie? Jak wykorzystać internet do pozyskiwania pacjentów? Administratorzy portalu informują mnie w końcowej części korespondencji, że dotychczas w szkoleniu wzięło udział 1879 lekarzy, z czego 94% uczestników oceniło zdobytą wiedzę jako przydatną. Można by pomyśleć: i co w tym złego? Oprócz tego, że jest to droga donikąd i próba skierowania ogromnej rzeszy lekarzy jedynie w stronę przyjmowania postaw komercyjnych i bezwzględnej walki o pacjenta, jakie mogą być wyniki proponowanych szkoleń? Ten sam portal popularyzuje dokonania zawodowe jednego z bardziej wziętych ginekologów-położników. Informuje, że prowadząc w przeszłości przypadek ciąży pozamacicznej jajowodowej, udało mu się doprowadzić do urodzenia zdrowego dziecka, u którego przed porodem rozpoznano także wadę genetyczną. No cóż, na szczęście większość polskich ginekologów to wspaniali i oddani swej pracy i pacjentkom lekarze, którzy starają się podnosić swe kwalifikacje, uczestnicząc w licznych zjazdach, szkoleniach i kursach, czerpiąc ogromną satysfakcję, w tym, jak przystało na dobrych lekarzy, także i finansową, z codziennej pracy i uznania chorych, którym przywrócono zdrowie i życie.

Życząc miłej lektury, jak zwykle bardzo ciekawego, drugiego tegorocznego numeru naszego czasopisma, pozostaję z wyrazami najgłębszego szacunku i poważania.

prof. dr hab. n. med. Jerzy Sikora

Redaktor Naczelny „Ginekologii po Dyplomie”