Dostęp Otwarty

Nie oglądam się za siebie

Wywiad z prof. Adamem Antczakiem

Radość tworzenia

Podjąłem się współtworzenia Wielkiej Interny, ale nie do końca wiedziałem co mnie czeka. Jest to wielkie dzieło i karkołomne przedsięwzięcie, gdyż nie chcemy kolejnego podręcznika do interny. Musi to być ciekawie napisana, pasjonująca książka prezentująca aktualną, nowoczesną wiedzę. Do współpracy zaprosiliśmy ponad 1500 specjalistów, którzy przedstawili autorskie spojrzenie na swoje dziedziny. W publikacji znalazły się tematy często omawiane, jak rak płuca, oraz te rzadko spotykane jak LAM. Zdecydowaliśmy się także wykroczyć poza ramy dotychczasowych podręczników do interny i przybliżyć np. problemy opieki u schyłku życia lub medycyny nurkowania. Ideą tej książki jest nie nudzić. Stąd mnóstwo tabel, materiałów zdjęciowych, wykresów. Przyznam, że pisząc wzbogacam swoją wiedzę, doświadczenie, poznałem też wielu wybitnych współautorów. Na szczególne podziękowanie i wyrazy uznania zasługuje zarówno prof. Michał Myśliwiec, jak i prof. Piotr Pruszczyk oraz wielu autorów rozdziałów. Cieszę się, że razem tworzymy tak wielkie dzieło.

Prezentujemy rozmowę z dr. hab. med. Adamem Antczakiem, prof. UM w Łodzi, redaktorem naukowym tomu Pulmonologia, jednym z trzech autorów naukowych Wielkiej Interny, pierwszego tak ogromnych rozmiarów podsumowania wiedzy o chorobach wewnętrznych w XXI wieku. O determinacji i przeznaczeniu rozmawiamy z dr. hab. med. Adamem Antczakiem, prof. UM, dziekanem UM w Łodzi.

MT: Wiele się mówi o planowanych przez pana reformach. Ale współpracownicy twierdzą, że nie wszyscy podziwiają pana determinację.

PROF. ADAM ANTCZAK: To prawda. Nasz Wydział Lekarski znalazł się w dość trudnej sytuacji. Wpłynął na to zarówno kryzys gospodarczy, jak i nienajlepsza kondycja szkolnictwa średniego i nie zawsze najlepsze przygotowanie do studiów absolwentów liceów. Z drugiej strony borykaliśmy się z problemami braku kontroli nauczania i kiepskiego zarządzania, co sprawiło, że znaleźliśmy się bardzo nisko w rankingach uczelni medycznych w Polsce. Kiedy zostałem dziekanem wiedziałem, że trzeba podjąć pewne kroki. Najważniejsze, by nasz wydział kończyli absolwenci w pełni dojrzali do pełnienia roli lekarza. Moim celem jest podniesienie poziomu nauczania i zmiana jego filozofii. Chciałbym, żeby studenci byli nie przedmiotem nauczania, ale podmiotem uczenia się. Stąd próby wprowadzenia uczenia w oparciu o problem (problem-based learning). Kolejnym krokiem jest obiektywizacja sprawdzania wiedzy. Niedawno powołaliśmy Centralny Ośrodek Egzaminacyjny Wydziału, czyli przeprowadzanie egzaminów tylko drogą elektroniczną. Pytania bez odpowiedzi będą dostępne w sieci. Chcemy zachęcić studentów do samodzielnej pracy. Nie chodzi o to, by złapać kogoś na niewiedzy. Sztuką jest udowodnić, że ludzie coś wiedzą. Podjęliśmy kroki uwieńczone sukcesem, by zmiany nauczania studentów medycyny Wydziału Lekarskiego UM w Łodzi mogły być sfinansowane z funduszy UE. Na ten cel otrzymaliśmy grant w wysokości prawie 5 mln zł.

MT: Na pewno niechętna jest część konserwatywnie nastawionego środowiska lekarsko-akademickiego.

A.A.:Zrozumiałe, że jeśli ktoś jest przyzwyczajony do panującego systemu i nagle wszystko ma ulec tak ogromnym zmianom, to okazuje niechęć. Oczywiście istnieje pewien opór, ale racjonale argumenty zazwyczaj skutkują. Oponenci stają się naszymi partnerami, bardzo o to dbamy. Ale niechętna jest nie tylko kadra naukowa. Pamiętam, że zmiany wprowadzone do systemu egzaminacyjnego nie podobały się studentom VI roku. Dwukrotnie spotkałem się z całym rokiem i doszliśmy do porozumienia. Najważniejsze, żeby studenci byli zadowoleni. Dlatego dbamy też, by zajęcia nie były nudne. Większość na to narzeka.

MT: Pan kształcił się w starym systemie, a jednak, jak twierdzą pana koledzy, był pan prymusem.

A.A.:Nic podobnego! Byłem całkiem przeciętny, nie zdałem nawet egzaminu z anatomii. Bywało różnie. Nigdy się nie uczyłem wszystkiego. Naukę traktowałem bardzo wybiórczo. Nie miałem ambicji chirurgicznych czy ginekologicznych, więc te dziedziny też traktowałem z pewnym dystansem. O wyborze pulmonologii zdecydował przypadek. Ktoś mi powiedział, że powstaje koło naukowe na pulmonologii. Docent Nowak, obecny prorektor tej uczelni, poszukiwał studentów do pracy naukowej. Zapisałem się wraz z przyjaciółmi. Było to połączenie nauki z miłym spędzaniem czasu. I tak się rozpoczęła moja przygoda z pulmonologią. Ale od początku studiów marzyła mi się kardiologia. Większość z nas chciała zostać kardiologami, bo ta dziedzina bardzo nam imponowała. Kardiologia jest wyzwaniem, kojarzy się ze spektakularnymi efektami. Jestem człowiekiem niecierpliwym i nie potrafię pracować w dziedzinach, w których trzeba długo czekać na efekty.

MT: A jednak wybrał pan dziedzinę, w której cierpliwość jest niezwykle ważna.

A.A.:Cierpliwość jest szczególnie potrzebna w leczeniu chorych na przewlekłe choroby układu oddechowego takie jak np. POChP, gdzie celem leczenia jest zatrzymanie rozwoju choroby. Ale nawet w pulmonologii są choroby, w których możemy uzyskać szybki efekt, np. wcześnie rozpoznany rak płuca czy zakażenie dróg oddechowych. Myślę jednak, że cierpliwość przychodzi z czasem. To element procesu dojrzewania. Stałem się bardziej cierpliwy dopiero po trzydziestce. Ale dalej mam z tym problem. Poza tym szybko się nudzę. Potrzebuję ciągłych zmian.

MT: Nie kryje pan, że astma pana trochę nudzi, a znacznie ciekawsze jest POChP.

 A.A.: To prawda. Astma jest ciekawa, ale o niej już wiele powiedziano. Natomiast POChP jest chorobą, o której do niedawna myśleliśmy, że już wszystko wiemy. A tak naprawdę to był początek fascynującej drogi jej zrozumienia. Mamy znacznie więcej do zrobienia. To wielkie wyzwanie.

MT: Patrząc z perspektywy czasu, nie żałuje pan wyboru?

A.A.:Powrót do przeszłości nie ma sensu. Czy byłoby lepiej, gdybym podjął inną decyzję? Na pewno byłoby inaczej. Uważam się za szczęściarza. Jestem spełniony, szczęśliwy i lubię to, co robię. Wszystko, co robiłem do tej pory, wiązało się z postępem, atrakcyjnością i dobrą jakością życia. I brakiem nudy. Nigdy w życiu się nie nudzę.

MT: Co pan robi w wolnym czasie?

A.A.:W zasadzie nie mam wolnego czasu. Ale jeśli zdarzają mi się wolne chwile, bardzo lubię czytać. Cenię biografie oraz dzienniki i listy. Lubię muzykę, szczególnie barokową. I chociaż sportów nie uprawiam, lubię jeździć na rowerze. Staram się żyć normalnie. Mam żonę i dwóch synów, dziewięcioletniego Jasia i pięcioletniego Wojtusia, którymi się zajmuję. Jestem ojcem, który jest obecny w domu. Często bawię się z dziećmi, czytam im książki, rozmawiam, kąpię i usypiam. Ale bywa też, że denerwuję się, gdy są niegrzeczni. Jestem naprawdę obecny w ich życiu. Jestem świadomy tego, że czas, którego nie spędzimy z dziećmi, jest bezpowrotnie stracony. Nigdy praca nie odbywała się kosztem życia rodzinnego. Oboje z żoną, psychiatrą dziecięco-młodzieżowym, podzielamy ten pogląd.

MT: Długo czekał pan na prawdziwą miłość.

A.A.:Rzeczywiście, na studiach nie trafiłem na właściwą partnerkę. Nie przeżyłem wielkiej miłości. Nigdy jednak nie przestałem myśleć o założeniu rodziny. Nie chciałem odciąć się od świata zewnętrznego i oddać się nauce, tym bardziej, że nie byłem typem zakonnika. Gdy spotkałem moją obecną żonę, z szalonej miłości, po kilku miesiącach znajomości, się z nią ożeniłem. Moja żona miała już umówiony termin ślubu, tyle że z innym narzeczonym. Pobraliśmy się w terminie ślubu wyznaczonym jeszcze z nim. Część gości była zdziwiona, że to ja jestem panem młodym. Poznałem moją żonę, gdy była na stażu. Wówczas zakochałem się. To było gwałtowne uczucie, które szybko skończyło się małżeństwem.

MT: Czy jako małżeństwo lekarskie przenosicie sprawy zawodowe do domu?

A.A.:Prawie o nich nie rozmawiamy. Pochłaniają nas dzieci, które wymagają wiele uwagi, są żywe i często, jak to chłopcy, się biją. Musimy pilnować, żeby sobie krzywdy nie zrobiły. Poza tym mieszkamy na wsi, mamy koty i psy. Myślałem kiedyś o mieszkaniu za granicą. Pracowałem w Imperial College w Londynie. Mogłem zostać. Ale nie chciałem, bo jestem szczęśliwy tutaj. Spełnienie daje mi żona i dzieci, a także dom na wsi.

MT: Czy chciałby pan, aby dzieci poszły w pana ślady?

A.A.:Chciałbym, żeby były szczęśliwe. Nie mam żadnych oczekiwań. Ale dzisiaj jest za wcześnie na plany. Na razie chciałbym, aby Jaś lepiej mnożył, a Wojtuś nauczył się literek. Cokolwiek w życiu postanowią, będę im kibicował. Pamiętam, że nikt z mojej rodziny nie był związany ze środowiskiem medycznym i nie oczekiwano, bym został lekarzem. Na początku myślałem o lingwistyce stosowanej, bo miałem dar do języków, ale już w szkole średniej wiedziałem, że chcę być lekarzem. Moje wyobrażenia o medycynie bazowały na tym, co widziałem na filmach. W rzeczywistości praca lekarza nie jest tak romantyczna. Pamiętam pierwszą nieprzespaną z wrażenia noc. Miałem 25 lat. Na moich rękach umarł 19-letni chłopiec chory na mukowiscydozę.

MT: Wiem, że rodzina, szczególnie mama pana wspiera.

A.A.:Tak. Myślę też, że jest ze mnie dumna, choć nigdy tego nie powiedziała. Jest bardzo skromna. Uważa, że nie należy takich rzeczy zbyt mocno podkreślać. Dorastałem w domu prowadzonym przez kobiety. Ojciec zmarł, gdy byłem niemowlakiem. Moja mama miała zaledwie trzydzieści kilka lat. Z nikim się nie związała. Wychowywała mnie, moją siostrę i brata, którzy byli znacznie starsi ode mnie. W zasadzie wychowywałem się w świecie dorosłych. Mój rodzinny dom był ciepły i stymulujący. Mama jest niewykształconą osobą, ale niezwykle inteligentną i subtelną. Zawsze była damą.

MT: Siostra została inżynierem, a brat księdzem.

 A.A.: Jesteśmy z bratem podobni do siebie jak dwie krople wody. Niektórzy się dziwią, że przed południem pracuję na uczelni, po południu przyjmuję pacjentów w przychodni, a w niedzielę wygłaszam kazania.

MT: Wiele już pan osiągnął. Co jeszcze przed panem?

A.A.:Mam poczucie spełnienia. Chcę sprawdzić się na stanowisku dziekana i być dobrym lekarzem, choć czasem marzy mi się po prostu święty spokój.

Rozmawiała Olga Tymanowska (fot. Paweł Nowak)