Dostęp Otwarty

Buntownik z wyboru

Wywiad z prof. Bolesławem Rutkowskim

Moja Wielka Interna

Wielka Interna znacznie się różni od innych tego typu dzieł. W poprzednich podręcznikach styl, koncepcję narzucał jeden człowiek. Tu, co od razu zwróciło moją uwagę, każdy tom jest osobną całością, więc jest to zbiór niezależnych dzieł, które tworzą jedną, spójną całość. Charakterystyczna cecha Wielkiej Interny to zmiana koncepcji tworzenia tej książki, która w moim przekonaniu przyniesie czytelnikowi korzyść. Minął już czas wielkich profesorów, moich nauczycieli, którzy byli tzw. Wielkimi Internistami, jak np. prof. Witold Orłowski. Jeden człowiek nie powinien tworzyć całego podręcznika. Starałem się dać szansę zaistnienia osobom, które stoją na początku kariery. Jako szef tak widzę swoją rolę. Z drugiej strony uznałem, że te osoby w danych dziedzinach mają większą wiedzę ode mnie.

Prezentujemy rozmowę z prof. dr. hab. med. Bolesławem Rutkowskim, konsultantem krajowym w dziedzinie nefrologii, autorem rozdziałów tomu „Nefrologia” Wielkiej Interny, pierwszego tak ogromnych rozmiarów podsumowania wiedzy o chorobach wewnętrznych w XXI wieku. O życiu w ukryciu i złożonej sobie obietnicy rozmawiamy z prof. Bolesławem Rutkowskim, konsultantem krajowym w dziedzinie nefrologii

MT: Znajomi mówią o panu: człowiek renesansu, świetny organizator.

PROF. BOLESŁAW RUTKOWSKI:Rzeczywiście interesuje mnie nie tylko medycyna. Lubię muzykę poważną, kolekcjonuję stare mapy. Mam sporą kolekcję map Polski i terenów przyległych okresu XII-XIII wieku aż do XX wieku. Historia jest moją kolejną pasją. Lubię także sztukę współczesną. Na akcjach charytatywnych kupiłem wiele obrazów współczesnych malarzy pochodzących z Pomorza. Poza tym, już w ramach medycyny, lubię pisać. Pod moją redakcją ukazało się ponad 20 podręczników. Mogę się pochwalić, że ukaże się moja druga trylogia - są to trzy podręczniki na temat leczenia nerkozastępczego. W latach poprzednich stworzyłem już jedną trylogię z dializoterapii. Mieszkam w lesie z rodziną i trzema psami: kundelkiem, grzywaczem chińskim i pinczerkiem czeskim, którego przemycono ze Słowacji. To rasa niezwykle rzadka, w Czechach i na Słowacji ich liczba nie przekracza 200.

MT: Kształcił się pan w czasach wielkich mistrzów. Kto panu dał panu szanse na zaistnienie?

B.R.:Ukończyłem studia z wyróżnieniem, aktywnie działałem w internistycznym kole naukowym. Ale to wcale nie znaczy, że już na studiach marzyłem, żeby zostać nauczycielem akademickim. O pozostaniu na uczelni zadecydował przypadek. Ożeniłem się na ostatnim roku. Żona, młodsza ode mnie o dwa lata, studiowała na stomatologii. Uznałem, że moim obowiązkiem jako świeżo upieczonego męża jest być razem z nią. Nie wierzyłem w korespondencyjne małżeństwa. Postanowiłem, że na dwuletni staż zostanę w Alma Mater. Ówczesny rektor, prof. Górski, obiecał, że ten, kto z roku skończy jako pierwszy studia, dostanie staż w szpitalu klinicznym AM. Udało mi się. Czy myślałem o nefrologii? Nie, bo kształciłem się w klinice prof. Górskiego, w której były wszystkie działy poza nefrologią. Funkcjonowała ona w „konkurencyjnej” klinice prof. Jakuba Pensona, prekursora szkoły nefrologii klinicznej w Polsce. Gdy rozpocząłem staż, zapytano mnie, do jakiej kliniki chcę pójść. Pomyślałem, że skoro nie mam wiedzy z nefrologii, pójdę do kliniki nefrologicznej, by ją uzupełnić. To był okres, kiedy funkcjonowała sztuczna nerka. Na oddziale był tylko jeden aparat (a dializowano wtedy tylko osoby z ostrą niewydolnością nerek), który obsługiwał teren całej Polski północnej, ponad 5 mln osób. Zostałem włączony do rytmu dyżurów, które wtedy odbywały się z łapanki. Praca w klinice wciągała mnie coraz bardziej, ale pamiętam, że z niektórymi rzeczami nie mogłem się pogodzić. Nie rozumiałem, dlaczego ludzie z przewlekłą niewydolnością nerek muszą umierać, jeśli istnieje aparat, który potrafi ich uratować. Do tej pory pamiętam nazwiska dwóch pierwszych pacjentów, którzy na moich oczach umierali z powodu mocznicy, a obok stał aparat. Wówczas przyrzekłem sobie, a takie obietnice są najgorsze, że będę się starał zapewnić dializy wszystkim pacjentom. I ta chwila nadeszła. Mój szef, prof. Andrzej Manitius, został konsultantem krajowym w dziedzinie dializoterapii i transplantologii, a potem w dziedzinie nefrologii. Byłem sekretarzem jego zespołu. Po odejściu szefa zostałem z jego rekomendacji konsultantem krajowym. Pod jego skrzydłami, jeszcze jako młody chłopak, nauczyłem się, że trzeba stworzyć odpowiednie lobby, by forsować swoje pomysły. Dziś, patrząc w przeszłość, wierzę, że życie jest ciągiem szczęśliwych lub nieszczęśliwych przypadków.

MT: Współpracownicy mówią, że wdrożył pan amerykański styl zarządzania - partnerski, ale zarazem wymagający.

B.R.:Wierzę w kompetencję ludzi, ale jednocześnie ich sprawdzam. Oczywiście mówię to z przymrużeniem oka, że w moim zespole panuje pełna demokracja, ale ja zawsze muszę mieć rację.

MT: Nie chciał pan iść w życiu na skróty. Niektórzy koledzy wybrali łatwiejszą drogę, lepiej płatną.

B.R.:Dziś mogę być uważany za człowieka zamożnego. Natomiast pieniądze nigdy nie były moim celem. Oczywiście były momenty, kiedy porównywałem zarobki swoich kolegów. W okresie, kiedy kończyłem studia, najlepiej sytuowani byli lekarze wiejscy. Też miałem taką możliwość. Później mogłem zostać ordynatorem i mieć synekurę.

MT: Przez lata żył pan dość skromnie, jeździł pan syrenką.

B.R.:Kupiliśmy ją na raty dzięki mojej żonie, która pracowała w ambulansie wiejskim i miała prawo takiego zakupu. Zwiedziliśmy syrenką pół Polski i nigdy nas nie zawiodła.

MT: Urodził się pan w Wilnie w 1944 roku. To nie były łatwe czasy.

B.R.:Zostałem stamtąd zabrany jako roczne dziecko. Po raz pierwszy pojechałem tam w 1974 roku na wycieczkę. A potem w latach 90. jeździłem regularnie, bo organizowałem seminaria dla nefrologów litewskich.

MT: Jak upłynęło pana dzieciństwo?

B.R.:Przez kilka kolejnych lat wędrowaliśmy po Polsce. Początkowo mieliśmy osiąść w Gdańsku. W tamtym okresie jednak nic nie trwało długo. Przemieszczaliśmy się, ponieważ ojciec się ukrywał. Miał wyrok śmierci za działalność w AK w Wileńskiem. Przyjaciele ojca działający w tej grupie zostali rozstrzelani. Mieliśmy jedną walizkę z zielonej tektury. W niej mieścił się cały nasz dobytek. Gdy przed domem, w którym aktualnie przebywaliśmy, stanęło dwóch mężczyzn i rozmawiało dłużej niż 10 minut, wymykaliśmy się tylnym wyjściem. Tułaliśmy się po różnych zakątkach. Mieszkaliśmy w Elblągu, Giżycku, na Kaszubach, w Kieleckiem. Mogę powiedzieć, że z mlekiem matki wyssałem zdolność konspiracji. Moja mama i ja, bo siostra zmarła w wieku trzech lat, nosiliśmy inne nazwiska. Mówiłem ojcu po imieniu. Ujawnił się w 1956 roku. Mój stryj Bolesław (noszę jego imię), szef dużej drukarni podziemnej, przed moim urodzeniem został aresztowany przez NKWD i zesłany na Sybir. Rodzina uznała, że już go nie zobaczy. Jednak wrócił w 1955 roku, osiadł w Bydgoszczy, gdzie i my mieszkaliśmy przez pewien czas. Pewnego dnia został wezwany przez SB na przesłuchanie. Wiedzieli, że jego brat nie wyjechał z kraju i że rodzina ma z nim kontakt. Przekazali, że chcą zakończyć sprawę i żeby mój ojciec się ujawnił. Po roku ojciec się zdecydował. Został zrehabilitowany. Wróciliśmy do naszego nazwiska i zaczęliśmy układać sobie życie.

MT: Jak takie życie wpłynęło na pana późniejsze postawy?

B.R.:Zawsze byłem bardziej dorosły niż rówieśnicy. W klasie maturalnej musiałem wybrać kierunek studiów. Profesor historii namawiał mnie, abym poszedł na historię lub nauki polityczne, ale wiedziałem, że z przeszłością mojej rodziny o politologii nie mam co marzyć. Pomyślałem, że medycyna jest przygodą intelektualną, są tam łamigłówki. Dzisiaj przekonuję się, że jest ich znacznie więcej, niż przypuszczałem. Poza tym wiedziałem, że lekarz w każdym systemie, jeżeli postępuje zgodnie ze swoimi zasadami, zachowuje godność. Myślałem też o pragnieniu mojego dziadka, który mawiał: „Boleś, pamiętaj, ty musisz być pediatrą”. Zapewne miało to związek z tym, że naprzeciwko domu dziadka mieszkał zamożny pediatra. I tak zdecydowałem się na studia w gdańskiej AM, gdzie po raz pierwszy pojechałem autostopem. Moja rodzina nie była zamożna, w tym czasie urodziło się już rodzeństwo, czyli o 11 lat młodszy brat i o 15 lat młodsza siostra. Więc podróż stopem była zarówno przygodą, jak i odciążeniem kasy rodziców. A sam Gdańsk od razu mi się spodobał.

MT: W tym mieście poznał pan swoją żonę.

B.R.:Pamiętam, jak się poznaliśmy. Jestem zwolennikiem kontrolowanej postaci demokracji i moją żonę też w podobny sposób poznałem. W akademiku organizowaliśmy wspólnie składkową prywatkę z okazji imienin dwóch moich kolegów, Marków. Ustalaliśmy, kogo zaprosić. Powiedziałem wtedy: Jest dziewczyna, którą chciałbym, żebyście zaprosili. Później koledzy pomagali mojej żonie w niańczeniu dziecka, w przyprowadzeniu ze żłobka, bo ona jeszcze chodziła na ćwiczenia. Dziś mamy dwóch synów. Jeden z nich został lekarzem nefrologiem, a drugi jest magistrem zarządzania. Mam też trzech rodzonych wnuków oraz jednego „przyszywanego”.

MT: Znane są organizowane przez pana spotkania towarzyskie, nie wspominając o przyjęciu z okazji pana 60. urodzin.

B.R.:Żona była inicjatorką tej imprezy, przy współudziale mojej siostry i niektórych osób z mojego zespołu. Zgromadzili się współpracownicy, przyjaciele z Trójmiasta, koledzy z Polski i rodzina. Razem około 80 osób. Ciepło wspominam tę imprezę. Momentami było to trochę bizantyjskie, ale mile łechtało moją próżność. Lubię i cenię różnych ludzi. Mam wielu znajomych pochodzących z różnych kręgów. Pewnie mam też wrogów, ale to jest gra intelektualna - poradzić sobie zarówno z przyjacielem, jak i z wrogiem.

MT: W gronie przyjaciół chętnie pan śpiewa.

 B.R.: Mój popisowy numer to piosenka studencka, choć trochę swawolna w swoich słowach: „Oj, Pepita, Pepita, Pepita, tyś cholernie namiętna kobita”.

MT: Inna namiętność, której chętnie się pan oddaje, to dobre jedzenie i wina.

B.R.:Nie przeczę. Lubię dobrą kuchnię i trunki. Czasem gotuję. Moją specjalnością są ryby. Nie przepadam za typowo polskimi alkoholami, czyli np. wódką, co nie oznacza, że czasem kieliszka nie wypiję. Ale zadecydowanie wolę wina, a z mocniejszych alkoholi szkocką single malt whisky, którą piję, popalając cygaro. Ale nie jestem epikurejczykiem.

MT: Jak pan znajduje czas na pogodzenie kariery zawodowej z życiem rodzinnym?

B.R.:Pewnie trochę zaniedbałem relacje z synami. Dziś wnukom potrafię poświęcić więcej czasu niż kiedyś synom.Wówczas to była konieczność, a życie jest ciągiem kompromisów. Dziś czuję się człowiekiem spełnionym, co nie oznacza, że wypalonym. W tym roku kończę 65 lat. Wiele osób w tym wieku już jest na emeryturze i ma święty spokój. A ja mam w sobie ciągle jeszcze potrzebę działania. Człowiek, gdy się wypali, powinien po prostu zejść ze sceny lub jak Hemingway strzelić sobie w łeb. Obiecuję też sobie i żonie, że gdy zejdę ze sceny, zajmę się pisaniem kryminałów. Czasem żartujemy, że głównym motywem będą różne metody mordowania żony.

Rozmawiała Olga Tymanowska (fot. Adam Grzybowski)