Dostęp Otwarty

W zdrowym ciele zdrowy nefrolog

Wywiad z prof. Michałem Nowickim

Wielka Interna
Choroby wewnętrzne to tak ogromna dziedzina medycyny, że nie ma możliwości, by liczba dostępnych podręczników była wystarczająca, aby ogarnąć ten cały obszar wiedzy.Każdy nowy podręcznik, zwłaszcza nowoczesny, jest niezbędny. Niestety, wiedza dość szybko się dezaktualizuje i potrzeba nowych opracowań. Nefrologia jest dziedziną, która prężnie się rozwija. Prof. Franciszek Kokot, mój wielki nauczyciel, mawiał, że jest to koło zamachowe całej medycyny wewnętrznej. I rzeczywiście, jeśli w szpitalu są trudne problemy, a zwłaszcza dotyczące zagadnień, których lekarze się najbardziej obawiają, jak zaburzenia gospodarki wodno-elektrolitowej czy wodno-zasadowej, właśnie nefrologa prosi się o pomoc. Jesteśmy często wzywani do problemów, które wykraczają poza obręb nefrologii rozumianej w wąskim zakresie.

O męskim zajęciu, kobietach i nieprzewidzianych sytuacjach rozmawiamy z prof. Michałem Nowickim, kierownikiem Kliniki Nefrologii, Hipertensjologii i Transplantologii Nerek UM w Łodzi

MT: Jest pan najwyższym, najszczuplejszym i najbardziej wysportowanym nefrologiem w kraju. Bycie jaroszem pomaga w utrzymaniu szczupłej sylwetki?

PROF. MICHAŁ NOWICKI:Rzeczywiście, już od ponad 25 lat nie jem mięsa, z czym dziś nie ma problemu, ale jeszcze kilkanaście lat temu budziło to powszechne zdziwienie. Musiałem często nie dojadać. Jednak może właśnie dzięki temu nie utyłem. Prof. Franciszek Kokot tego nie pochwalał i często żartobliwie mawiał podczas spotkań w szerszym gronie, że powinno mi się odebrać za to dyplom lekarza. Wielokrotnie nawet chciałem się ze wstydu zapaść pod stół, co z racji mojego wzrostu było niezwykle trudne.

MT: Prof. Kokot był nauczycielem zarówno pana, jak i wieku znakomitych nefrologów, którzy współtworzyli Wielką Internę.

M.N.:Trzeba było być bardzo odważnym, żeby rozpocząć pracę u prof. Kokota, który, jak mówiły liczne plotki, był niezwykle surowy dla swoich pracowników, robił sprawdziany i wywieszał wyniki w miejscach ogólnie dostępnych. Ale strach przed profesorem okazał się nieuzasadniony. Kiedy zacząłem pracę w klinice, w 1988 roku, prof. Kokot miał już blisko 60 lat, jednak swoim niezwykłym entuzjazmem każdego potrafił zachęcić do pracy i nauki. Najwidoczniej byłem na to podatny. Profesor doskonale rozumiał, że każdy z nas czuje się lepiej w innych obszarach medycyny i nie wszyscy musimy pójść drogą naukową. I wbrew zapowiedziom nie gnębił nas. Dzięki kontaktom profesora udało mi się wyjechać na dwa lata do Heidelbergu na uniwersytet Ruprechta-Karola. Podejmując pracę w klinice, trzeba było przyjąć, że profesor jest osobą bardzo poważną i w taki też sposób podchodzi do zadań klinicznych. Natomiast niezwykłe było, że przy okazji wielu uroczystości, dziękując wszystkim za pomoc w ich organizacji, zawsze się bardzo wzruszał. Nigdy nie miałem wątpliwości, że jest to osoba nadzwyczaj empatyczna. Ogromnie dużo mu zawdzięczam. Pamiętam, jak po powrocie z Niemiec pewne modele badawcze, które tam poznałem, chciałem przenieść na nasz grunt. Profesor wówczas bardzo mi pomógł w stworzeniu własnej pracowni, co wiązało się z dużymi wydatkami na zakup sprzętu, odczynników. Dzięki jego pomocy mogłem opublikować kilka prac naukowych, a w 1997 roku już przygotowywałem pracę habilitacyjną.

MT: Główna pasja naukowa, która była też przedmiotem pana habilitacji, to leczenie zaburzeń gospodarki wapniowo-fosforanowej oraz stosowanie leków biologicznych.

M.N.:Zainteresowanie zaburzeniami gospodarki wapniowo-fosforanowej wynika z zainteresowań prof. Kokota, który jest autorem książki „Zaburzenia gospodarki kwasowo-zasadowej i wodno-elektrolitowej w stanach fizjologii i patologii organizmu”, która stanowiła swoistą encyklopedię i niedościgniony wzór. Gdy zacząłem pracować w klinice prof. Kokota, pojawił się pierwszy w nefrologii lek biologiczny - rekombinowana erytropoetyna. W swoich pierwszych samodzielnych badaniach zajmowałem się regulacją wytwarzania endogennej erytropoetyny. To prawda, że nefrolodzy często się zajmują lekami biologicznymi. Dlaczego? Bo to my dostaliśmy lekcję pokory, która dotyczyła bezpieczeństwa preparatów biologicznych. W 1998 roku zaczęła się fala licznych powikłań po stosowaniu jednej z epoetyn. Okazało się, że jedynie niewielka zmiana w technologii spowodowała, iż po 10 latach stosowania leku pojawiły się powikłania. To pokazuje, że leki biologiczne mogą dać takie powikłania, których nie jesteśmy w stanie przewidzieć.

MT: Leki biologiczne przyniosły nową jakość w medycynie. W pana karierze pewnie takich spektakularnych przełomów było wiele.

M.N.:Nefrologią zajmuję się od przeszło 20 lat. To okres przypadający na najbardziej intensywny rozwój medycyny, choć możliwe, że za kolejne 20 lat powiemy: prawdziwy postęp dokonuje się dopiero teraz. To, czego dokonaliśmy w nefrologii, nie tylko dotyczy samego wdrożenia wyników naszych badań naukowych, ale też systemu organizacyjnego. Największym sukcesem jest stworzenie programów wczesnego wykrywania chorób nerek i zapewniających dostępność pacjentów do leczenia dializacyjnego i transplantacji. Niestety, co jest naszą wielką porażką, długości życia chorych dializowanych nie udało nam się przedłużyć w spektakularny sposób. Czy ten ogromny postęp mnie zaskoczył? Na pewno, choć to, co mnie najbardziej zdziwiło w medycynie, a mówię jeszcze o okresie studiów, to istnienie tak wielu nieuleczalnych chorób. Dermatologia była pierwszą dyscypliną kliniczną, z którą się zetknąłem, i nawet tu spotkałem się z tyloma chorobami, z którymi nie umiemy sobie poradzić. A przecież wydawać by się mogło, że skóra nie jest tak skomplikowanym narządem jak nerki i serce. Poznając kolejne dziedziny medycyny, miałem to samo wrażenie, zwłaszcza w neurologii, choć i nefrologia w tamtych latach niczym się nie wyróżniała.

MT: Nie przerażała pana ta bezradność, nie zwątpił pan w sens wykonywania zawodu?

M.N.:Nie, bo medycyna była wciągająca, a zaraz po ukończeniu studiów bardziej od niemożności wyleczenia pacjenta paraliżowała mnie sytuacja, kiedy musiałem wiedzę zdobytą na studiach przełożyć na język praktyczny. Było to paraliżujące, zwłaszcza podczas pierwszych nocnych dyżurów. Wiele czasu minęło, zanim doszedłem do etapu, by się zdrzemnąć. I nawet, gdy nic się nie działo, często nie mogłem zmrużyć oka w obawie, że coś złego nastąpi. Wówczas zajmowaliśmy się programem przeszczepiania nerek, a śmiertelność była dużo większa niż teraz przede wszystkim ze względu na liczne powikłania infekcyjne i nie dość skuteczne antybiotyki. Były dyżury, gdy jeden problem rodził kolejny i czasem trudno było zdecydować, komu najpierw pomagać. Tak na moich oczach rozwijała się nefrologia, którą niezmiernie lubię, ale dziś czasem myślę, że gdybym miał kolejny raz wybierać specjalizację, zostałbym pewnie zabiegowcem, najchętniej chirurgiem. To zdecydowanie bardziej męskie zajęcie i myślę, że mężczyźni zajmujący się nefrologią mogą mieć kompleksy.

MT: A pan nie miał?

M.N.:To prawda, że wybrałem dzisiaj już damską specjalizację, ale w tamtym czasie prof. Kokot przyjmował do pracy tylko mężczyzn, więc kompleksów nie miałem. Zresztą kobiety niechętnie podejmowały ciężką pracę u profesora, a i on sam chyba wolał pracować z mężczyznami.

MT: Ze skrajności w skrajność, bo pan z kolei otacza się prawie samymi kobietami.

M.N.:Tak, w klinice pracuje tylko jeden mężczyzna. Medycyna się feminizuje. Dotyczy to wszystkich dziedzin interny, z wyjątkiem może kardiologii, bo tam, gdzie są większe zarobki i lepsze perspektywy, więcej jest mężczyzn. Akceptuję fakt, że kobiet jest tak dużo w naszym zawodzie, ale w wielu sytuacjach bardziej można polegać na mężczyznach. W przeciwieństwie do kobiet nie mają naturalnych słabości.

MT: Myślę, że w tym momencie nasze czytelniczki zaprotestują...

M.N.:Jest naturalne, że kobiety planują macierzyństwo, a gdy mają małe dzieci, muszą się nimi opiekować. A gdy dziecko zachoruje, zostaje z nim matka. Jest to pewna cecha pracy z kobietami, z którą już dawno się pogodziłem.

MT: W pana rodzinie obowiązuje właśnie taki podział ról?

M.N.:Moja żona jest lekarzem foniatrą bardzo zaangażowanym w swoją pracę, ale po urodzeniu naszej córki bardzo trudno jej było wrócić do pracy, tym bardziej że medycyna ciągle idzie naprzód i łatwo się wiele rzeczy zapomina. Jest część matek lekarzy, które po urodzeniu dziecka nie wracają do kariery zawodowej, ale większość wybiera jednak powrót, chyba dlatego że przygotowanie do tego zawodu trwa długo i wymaga ogromnego wysiłku. Zresztą w małżeństwach lekarzy, tak częstych w naszym środowisku, medycyna jest wszechobecna. Tak też było w przypadku moich rodziców. W domu o medycynie mówiło się przy każdej okazji. Próbowałem od tego uciec. Chciałem pójść na ówczesny SGPiS, co do dziś trochę pozostało moim marzeniem. W liceum wybrałem klasę o profilu matematyczno-fizycznym i przed medycyną długo się broniłem. Ale zawsze w rodzinach lekarskich jest pewna presja, by dzieci poszły śladem rodziców. I choć nikt mi nie narzucał kierunku studiów, pod koniec szkoły średniej zacząłem przygotowywać się do egzaminu na studia medyczne. Wtedy nie byłem wcale wybitnym uczniem, ale od pierwszych dni studiów nagle coś się we mnie przestawiło i zacząłem się z wielkim zapałem uczyć. W tej sytuacji rozpoczęcie pracy naukowej było naturalne. Miała na to pewien wpływ też moja mama, która zawsze żałowała, że nie wybrała kariery naukowej. Chciałem zrealizować jej niespełnione ambicje. Nauka sprawiała mi ogromną przyjemność i nigdy na studiach nie miałem z egzaminu gorszego stopnia niż 4,5. Ale właśnie na ćwiczeniach z nefrologii dostałem swoją jedyną dwóję. Podzieleni na czteroosobowe grupy zostaliśmy zapytani: jeśli chory ma wysokie stężenie potasu w surowicy, co do jedzenia można mu zalecić: gruszki, jabłka, śliwki czy pomarańcze? Kolega, najodważniejszy z naszej grupy, wybrał śliwkę - dostał dwóję, koleżanka pomarańczę - też dwója, ja powiedziałem, że jabłko, i również nie zaliczyłem. Pytanie było podchwytliwe, bo te wszystkie owoce były zabronione. Więcej już się nie dałem tak nabrać, a do tego tak się wtedy zawziąłem, że zostałem nefrologiem.

Rozmawiała Olga Tymanowska (fot. Anna Malik-Nowak)