Dostęp Otwarty

Codziennie uczę się medycyny

Wywiad z dr hab. Mariuszem Puszczewiczem

Wielka Interna
Podręcznik bardzo mi się podoba i żałuję, że nie jestem studentem lub młodym lekarzem, który mógłby uczyć się na bieżąco z tej książki. Muszę przyznać, że z przyjemnością sięgam do poszczególnych tomów Wielkiej Interny, by uaktualniać wiedzę z poszczególnych dziedzin. Brakowało mi takiego podręcznika, gdy studiowałem. Książek akademickich mieliśmy wtedy niewiele, a poza tym były trudno dostępne. O wiedzę trzeba było „walczyć”, przez co nauka przychodziła nam z dużo większym trudem. Dziś lekarze i studenci, mając do dyspozycji takie podręczniki jak Wielka Interna, otrzymują konkretną i aktualną wiedzę, którą w przyszłości będą z powodzeniem mogli wykorzystać w praktyce klinicznej. Do współpracy przy tworzeniu tomu „Reumatologia” zaprosiłem uznanych specjalistów z tej dziedziny. Są to w większości kierownicy katedr i klinik reumatologicznych, wybitne autorytety w zakresie reumatologii. Zależało mi, by każdy z rozdziałów zawierał najbardziej aktualną, praktyczną wiedzę, ujętą w nowoczesny sposób. Dlatego nie zabrakło najnowszych informacji z dziedziny patogenezy chorób reumatycznych oraz klasyfikacji poszczególnych chorób. Wiele uwagi poświęciliśmy także najnowszym formom terapii, czyli skutecznym i bezpiecznym dla pacjentów lekom biologicznym, które stosujemy w reumatologii od blisko 10 lat.

O walce z przeznaczeniem i zaangażowaniu w losy pacjenta rozmawiamy z dr. hab. Mariuszem Puszczewiczem, kierownikiem Katedry i Kliniki Reumatologii i Chorób Wewnętrznych UM w Poznaniu

MT: Pytany o plany na przyszłość odpowiadał pan w czasie studiów, że na pewno nie reumatologia. Co się zmieniło?

DR HAB. MARIUSZ PUSZCZEWICZ:Marzyłem o anestezjologii. To była dziedzina, jak to sobie wyobrażałem, w której ja, młody lekarz, walczę z „przeznaczeniem”, ratując człowieka. W anestezjologii widziałem sens, bezpośrednie efekty działania. Wszystkie praktyki wakacyjne odbywałem na oddziałach intensywnej terapii. Widziałem ciężkie stany i to, jak można pacjentowi pomóc. Później chciałem być internistą, co zawdzięczam nauczycielom z Internistycznego Studenckiego Koła Naukowego. I pewnie nic by się nie zmieniło, gdyby nie koleżanka, która zachęciła mnie do przystąpienia do koła reumatologicznego. Uległem, choć wiedziałem, że reumatologia nie jest moim przeznaczeniem. Szybko przekonałem się, że nie miałem racji. Opiekun koła, fantastyczny człowiek, rozpalił w nas zamiłowanie do reumatologii i badań naukowych. Samodzielnie badałem płyn stawowy, oceniałem obecność przeciwciał przeciwjądrowych. Moim pierwszym zadaniem była próba ustalenia metody, dzięki której na podstawie badania płynu stawowego można określić aktywność procesu zapalnego. Dla mnie, wówczas studenta czwartego roku, było to nobilitujące. Mogłem współpracować z utytułowanym lekarzem, który wymagał ode mnie nie tylko pogłębiania wiedzy, lecz także twórczego myślenia. Później zająłem się badaniem ragocytów, czyli granulocytów płynu stawowego odpowiedzialnych za fagocytozę kompleksów immunologicznych. Okazuje się, że im więcej jest ragocytów w płynie stawowym, tym silniejsza jest aktywność procesu zapalnego. Dzięki temu możliwa jest też ocena przebiegu choroby. Badania tych komórek nie należały do łatwych. Najpierw należało ustalić metodę oceny ragocytów w mikroskopie, potem musiałem nauczyć się odpowiednich barwień. Wysiłek został zwieńczony w Gdańsku, gdy wraz z koleżanką, która dziś jest psychiatrą, wygłosiliśmy odczyt dotyczący wpływu ragocytów na aktywność procesu zapalnego w przebiegu reumatoidalnego zapalenia stawów. Pamiętam, jak bardzo się denerwowałem, ale też byłem z siebie zadowolony. Wtedy też po raz pierwszy odczułem, jak ciekawa i praktyczna może być nauka.

MT: Gdy był pan na czwartym roku, zwolnił się etat w laboratorium diagnostyki reumatologicznej. Został pan zatrudniony jako pomoc laboratoryjna.

M.P.:Byłem dumny, że już mogę badać komórki LE, przeciwciała przeciwjądrowe, płyn stawowy. Coraz bardziej zagłębiałem się w tajniki chorób autoimmunologicznych, których podłoża do tej pory nie znamy. Okazało się także, że wbrew temu, co sądziłem, choroby reumatyczne dotyczą osób młodych i nie zawsze skutkiem musi być trwała niepełnosprawność. To byli moi rówieśnicy. Pomyślałem sobie wówczas: „Co by było, gdybym to ja zachorował?”. Poczułem, że reumatologia jest stałym wyzwaniem i walką o życie chorego.

MT: Jak anestezjologia.

M.P.:Dokładnie tak samo. Natomiast problem polega na tym, że reumatologię społeczeństwo postrzega przez pryzmat bólu stawów. Spotykam się z tym nawet w mojej rodzinie, gdy bliscy mówią mi: „Mam reumatyzm, lecz mnie”. Ja wówczas tłumaczę, że to nie „reumatyzm”, ale choroba zwyrodnieniowa, która jest wynikiem starzenia się organizmu i wtórnych zmian wytwórczych.

MT: Dziś przez pana przemawiają lata doświadczenia...

M.P.:Tak, choć muszę przyznać, że początki nie były łatwe. Wówczas metody diagnostyczne były proste w przeprowadzeniu, ale skomplikowane w ocenie. Choćby ocena komórek LE. Najpierw pobierało się krew, przecierało się skrzepy i robiło rozmazy. Tego można było się nauczyć. Ale ocena samych preparatów była znacznie bardziej skomplikowana. Kilka miesięcy spędziłem przy mikroskopie, zanim nauczyłem się odróżniać komórki LE. W podręcznikach były łatwe do identyfikacji, znacząco odróżniały się od innych, ale w praktyce często były niszczone w wyniku preparatyki i trzeba było wiedzieć, jaki kształt ma dana komórka, by nie pomylić jej z ciałkiem hematoksylinowym. Podobnych trudności przysparzała ocena przeciwciał przeciwjądrowych. Na początku uznawałem, że świecące jądra komórek świadczą o tym, że mamy do czynienia z przeciwciałami przeciwjądrowymi. Dopiero później okazało się, że czasem to, co widzimy, to autoświecenie, dlatego trzeba zwracać uwagę na jego intensywność. Lęk przyszedł wraz z uzyskaniem dyplomu, a razem z nim samodzielności. Wtedy też musiałem odpowiedzieć sobie na pytanie: Czy bardziej interesują mnie nauki podstawowe, czy wiedza kliniczna? Nie miałem wątpliwości. Chciałem być lekarzem, bo całe życie o tym marzyłem. Od najwcześniejszych lat interesowała mnie anatomia. Do dziś pamiętam, jakie wrażenie wywarł na mnie podręcznik chirurgii, który przeglądałem w księgarni. Z wypiekami na twarzy oglądałem infografikę i opisy najrozmaitszych operacji. W tamtych czasach podręczniki były bardzo drogie, a rodzice nie byli skorzy do inwestowania w nie, uznając moje zainteresowania za dziecięcą fanaberię. Już wtedy chciałem być lekarzem, choć przyznam, że myśląc o przyszłości, najbardziej przerażał mnie ogrom wiedzy z tym związany. Wiedziałem, jak wielką krzywdę można wyrządzić pacjentowi, więc przez moment myślałem, że bezpieczniej będzie, jeśli wybiorę biologię, chemię lub weterynarię. Wygrała jednak medycyna, na którą dostać się było trudno. Jako osoba z mniejszej miejscowości, która nie chodziła do renomowanego liceum, wątpiłem w swoje szanse. Zaraz po egzaminie rozpocząłem pracę w pogotowiu ratunkowym, gdzie od pierwszej klasy liceum w każde wakacje już pracowałem jako sanitariusz. Byłem przekonany, że się nie dostałem, więc sprawdzić wyniki pojechała moja mama. Gdy poinformowała mnie o rezultacie, nie mogłem uwierzyć. Spełniły się moje marzenia!

MT: Dziś kieruje pan poznańską kliniką...

M.P.:...i jestem bardzo zadowolony, choć nawet po studiach ciągle myślałem o anestezjologii i powrocie do rodzinnego Konina. W poznańskiej klinice nie było wówczas etatów. Zaproponowano mi studium doktoranckie. Po roku zostałem zatrudniony w pełnym wymiarze godzin. Choć codziennie uczę się medycyny, wiele rzeczy mnie do tej pory zaskakuje. Kiedyś wydawało mi się, że znam objawy kliniczne poszczególnych chorób, wiem, jak leczyć, i umiem przewidzieć skutki. Teraz widzę, że każdy pacjent indywidualnie choruje. I trzeba mieć pokorę w stosunku do swojej wiedzy. W medycynie zawsze należy wątpić, nawet jeśli coś uważamy za słuszne i oczywiste. Z uwagi na przewlekły proces zapalny chorób reumatycznych z „naszymi” pacjentami nawiązujemy więź, znamy ich problemy życiowe, tym bardziej że stres często prowadzi do zaostrzeń chorób. Obserwujemy, jak zdrowieją. Do dziś uwielbiam patrzeć na radość w oczach chorych, gdy czują się dobrze. Tym bardziej że wielu z siłą i optymizmem podchodzi do choroby. Nie wiem, czy sam bym tak potrafił. Zresztą bywa, że jako lekarz czasem się załamuję. Miałem kiedyś pacjentkę chorą na toczeń rumieniowaty układowy, która przeszła udar mózgu. Następnie z powodu działania niepożądanego leków doświadczyła uogólnionej martwicy naskórka, co w 90 proc. kończy się zgonem. Mimo że szanse były znikome, chora i z tego wyszła. Po pewnym czasie przyszła do mnie z narzeczonym. Chcieli jechać na Mazury. Upewniłem ich, że jej stan zdrowia pozwala na wyjazd. Po dwóch tygodniach przyszła do mnie jej mama z kwiatami, ubrana na czarno. Okazało się, że w drodze powrotnej mieli wypadek samochodowy. Zderzenie czołowe. Oboje zmarli. Ta dziewczyna tyle przecierpiała, wyszła z tego, a gdzieś pisana jej była śmierć.

MT: Wierzy pan w determinizm?

M.P.:Chcę myśleć o sobie jako o człowieku wolnym, bo wówczas wszystkie działania straciłyby sens, ale wielokrotnie zaskakują mnie sytuacje życiowe, które są nieprzewidywalne. Na szczęście życie mnie boleśnie nie doświadczyło. Natomiast miałem kilka sytuacji, dowodów uznania, nawet gdy chciałem być niezauważony.

MT: Jak wybór na prorektora ds. studenckich?

M.P.:W pierwszej chwili nie uwierzyłem, myślałem, że to pomyłka, bo nigdy o to nie zabiegałem. Jednak okazało się, że to sami studenci zaproponowali moją osobę na to stanowisko. Oczywiście nie będę ukrywał, że połechtało to moje ego. Ale zobaczyłem w tym szansę, by pomóc studentom, zwłaszcza tym, którym jest trudniej, tak jak mi przed laty, bo przyjechali z innych miast. Czasem myślę, że może to mi było pisane.

MT: Dziś jest pan urzędnikiem, naukowcem, wykładowcą i lekarzem. Trudno łączyć tyle funkcji?

M.P.:Staram się godzić wszystkie funkcje, ale nadal pacjent jest dla mnie najważniejszy. Lubię też uczyć studentów. Dzięki nim zachowuję młodość. Dobrze pamiętam początki swojej pracy klinicznej. Byłem przerażony. AM opuściłem, uważając, że umiem nieomal wszystko, i dopiero potem okazało się, jak złudne było to uczucie, gdyż lekarzami stajemy się przez nabytą praktykę kliniczną. Pamiętam dyżur, a pracowałem wtedy w pogotowiu w Koninie, kiedy dostałem wezwanie do młodego mężczyzny z gorączką, dusznością i złym samopoczuciem ogólnym. Opukałem, osłuchałem. Rozpoznałem zapalenie płuc. Z dumą poinformowałem go o diagnozie i konieczności przyjmowania antybiotyku. I nagle stanąłem przed problemem - jaki lek, w jakiej dawce i jak długo stosować. Dlatego zawsze powtarzam moim studentom: uczmy się praktycznych rzeczy, a uzyskane informacje teoretyczne wykorzystujmy w praktyce, aby pomagać chorym. Wszak jest to nasze powołanie.

Rozmawiała Olga Tymanowska (fot. Piotr Jasiczek)