Dostęp Otwarty

Sztuka zaczynania od nowa

Wywiad z dr Tadeuszem Przybyłowskim

Wielka Interna
Wszystkie rozdziały, które napisałem do Wielkiej Interny, dotyczą podstawowej wiedzy, skierowanej do lekarza pulmonologa, internisty oraz tych, którzy chcą poszerzyć orientację w tym zakresie. Ostra niewydolność oddechowa (ARDS) to problem, z którym może mieć do czynienia każdy lekarz, nie tylko specjalista pulmonolog. A diagnostyka i leczenie ARDS dla wielu lekarzy nadal stanowi problem, podobnie jak odma opłucnowa. I choć nie każdy lekarz musi umieć wykonać drenaż, to powinien wiedzieć, jak chorobę rozpoznać i jakie kroki diagnostyczne podjąć. Dlatego w publikacji „Stany Nagłe” ujęliśmy pełną i kompleksową wiedzę w tym zakresie. Kolejnym ważnym tematem są zaostrzenia w POChP. Takich chorych jest bardzo wielu, a koledzy na oddziałach chorób wewnętrznych często mają problem, jak ich leczyć. Dlatego w podręczniku zamieściliśmy algorytmy postępowania w zaostrzeniach POChP. Mam nadzieję, że będzie to przydatne i pomocne dla lekarzy, którzy się tymi chorymi zajmują. W Wielkiej Internie wiele tematów zostało opisanych bardzo szczegółowo. Lekarz znajdzie tam dużo rycin i wykresów, co ułatwia przyswajanie wiedzy. W tomie „Pulmonologia” znalazły się także rozdziały poświęcone badaniom spirometrycznym, pletyzmografii, testom nadreaktywności oskrzeli oraz gazometrii, badaniom wysiłkowym, zaburzeniom oddychania w czasie snu i badaniu stężenia tlenku azotu w wydychanym powietrzu. Jesteśmy bardzo zadowoleni, bo udało nam się stworzyć jeden z pierwszych atlasów badań czynnościowych, czyli zestaw badań w nowoczesnej pulmonologii, poparty przykładami autentycznych chorych, którzy u nas byli leczeni. Myślę, że wiedza dotycząca badań wysiłkowych jest niezbędna wielu lekarzom. Płucno-sercowy test wysiłkowy z pewnością zainteresuje lekarzy, którzy zajmują się pacjentami z chorobami pulmonologicznymi. Informacje dotyczące pletyzmografii, testów nadreaktywności oskrzeli i gazometrii, a także badań poziomu tlenku azotu przydadzą się w codziennej pracy w przychodniach pulmonologicznych i alergologicznych. Lekarzowi POZ natomiast na pewno przyda się wiedza z zakresu spirometrii, tym bardziej że informacje są poparte przykładami i sposobem ich interpretacji. Atlas badań czynnościowych polecam także studentom. Myślę, że będzie to dla nich cenny dodatek do zajęć teoretycznych. W ostatnich latach położono nacisk na poprawność metodyczną ich wykonywania. Zmieniły się też zasady interpretacji. Atlas, który lekarz znajdzie w Wielkiej Internie, uwzględnia najnowsze wytyczne polskie i międzynarodowe. Może pomóc tym, którzy nie zajmują się pulmonologią na co dzień, a chcieliby wiedzieć, jak prawidłowo interpretować pewne nieprawidłowości. Chcieliśmy, by była to książka, z której skorzysta każdy specjalista pulmonolog, choć mam nadzieję, że sięgną po nią także interniści oraz lekarze zajmujący się innymi dziedzinami medycyny. Wielka Interna będzie bardzo ważną pomocą również dla tych, którzy teraz przygotowują się do egzaminu specjalizacyjnego z pulmonologii. Oni na pewno powinni z Wielkiej Interny skorzystać.

O krętych drogach, marzeniach i twardym stąpaniu po ziemi rozmawiamy z dr. Tadeuszem Przybyłowskim z Katedry i Kliniki Chorób Wewnętrznych, Alergologii i Pulmonologii WUM

MT: Pulmonologię wybrał pan jeszcze na studiach, a pierwsze próby zatrudnienia się w klinice nie były obiecujące.

Dr Tadeusz Przybyłowski:Kierownikiem kliniki był wówczas prof. Wacław Droszcz. Umówiłem się z nim na rozmowę. Powiedziałem, że miło wspominam zajęcia, a ponieważ niedługo kończę studia, chciałbym znaleźć tu zatrudnienie. Prof. Droszcz powiedział, że z ulicy byle kogo nie weźmie. Nie dałem jednak za wygraną i przez pół roku przychodziłem na dyżury, uczyć się od starszych kolegów. Profesora nie było łatwo zadowolić i z całą pewnością urokiem osobistym go nie oczarowałem. Zawsze byłem na dyżurach i obchodach, także w sobotę, gdy przyjeżdżał do kliniki. Pod koniec roku otrzymałem telefon. Profesor zgodził się mnie przyjąć, najpierw na staż, a później zaoferował mi zatrudnienie. Pulmonologią zainteresowałem się dość wcześnie. W przeciwieństwie do wielu kolegów nigdy nie chciałem być kardiologiem. Przez pewien czas myślałem o internie, ale potem pulmonologia mnie zaintrygowała. I postanowiłem, że do interny wrócę, jeśli nie sprawdzę się w tej dziedzinie. Przez wiele lat bardzo lubiłem dyżurować, bo na dyżurze zawsze coś ciekawego się działo. Teraz dyżury mnie męczą.

MT: Po opuszczeniu AM został pan wrzucony na głęboką wodę?

T.P.:Po studiach nie czułem się przygotowany do pracy z człowiekiem. Czy byłem przerażony? Raczej nie, choć może dziś tego nie pamiętam. Wspominam tamten okres jako czas, gdy byłem zaintrygowany, ciągle ciekawy i żądny wiedzy. Wywodzę się z rodziny lekarskiej, więc medycyna była dość naturalnym wyborem. Gdy byłem na studiach, rodzice mówili: my pracujemy i kiepsko zarabiamy, ale jak ty skończysz studia, na pewno będzie inaczej. Skończyłem studia w 1989 roku. Miesięcznie, jak większość kolegów, miałem od sześciu do ośmiu dyżurów. I chyba rzeczywiście było lepiej, bo za pierwszą „dyżurową pensję” byłem w stanie kupić radiomagnetofon, który do tej pory stoi w pokoju lekarskim i ciągle działa.

MT: Po stażu dostał się pan na studia doktoranckie. Wówczas tematem, który zdominował pracę kliniki, były zaburzenia oddychania w czasie snu.

T.P.:W klinice pracował mój promotor, prof. Janusz Kowalski, a prof. Wacław Droszcz zainwestował znaczną część budżetu kliniki w sprzęt i zachęcał nas do badań. Mawiał, że jestem jak szczur wrzucany do beczki z wodą - albo wyjdzie, albo się utopi. Rzeczywiście, czułem się takim szczurem wrzuconym w temat zaburzeń oddychania w czasie snu. Musiałem stworzyć wszystko od początku. Dostałem szansę. Wówczas było to zagadnienie traktowane przez wielu lekarzy z przymrużeniem oka. Powszechnie uważano, że każdy czterdziestolatek chrapie, zwłaszcza jeśli jest otyły. O żadnej patologii mowy nie było. Dopiero z czasem okazało się, jak wielu osób ten problem dotyczy i że OBPS zwiększa ryzyko nadciśnienia tętniczego, choroby wieńcowej i udaru mózgu. I w krótkim czasie z małej pracowni udało się stworzyć jedną z pierwszych tak prężnie działających placówek w Polsce.

MT: Postrzegał pan to jako szansę czy zesłanie?

T.P.:Jako szansę. Był sprzęt i wielu chorych, którym trzeba było pomóc. W miejscu, gdzie tworzono pracownię, stała aparatura diagnostyczna, w kącie komputer. Na środku było łóżko. Choremu przyklejało się różne elektrody, czujniki i obserwowało, jak śpi. Pamiętam jednego z naszych pierwszych pacjentów. Był to 42-latek, który trafił tutaj z powodu notorycznego zasypiania. Kiedyś zasnął, wychodząc z łazienki. Rozbił sobie głowę i wymagał założenia szwów. Na skórze dłoni, przedramion i brzucha miał mnóstwo maleńkich blizn, bo często zasypiał z papierosem, a budził się, dopiero gdy gasł on na jego skórze. Był zawodowym kierowcą, ale jak przyznał, zasypiał na każdym czerwonym świetle.

MT: Później wyjechał pan do USA na 1,5 roku.

T.P.:Pracowałem w laboratorium Department of Preventive Medicine w Madison, gdzie również zajmowałem się zaburzeniami oddychania w czasie snu. Pytaniem badawczym, wokół którego konstruowałem warsztat naukowy, był wpływ zaburzeń oddychania w czasie snu na przepływ krwi w mózgu. W tym celu trzeba było stworzyć warunki imitujące powietrze wysokogórskie, przez dodanie azotu do wdychanego powietrza. Grupa zdrowych ochotników symulowała bezdech w okresie czuwania. Badaliśmy ich oddech w czasie snu, zjawisko oddychania periodycznego oraz przepływ krwi w mózgu. Miło ten czas wspominam. Dobre relacje międzyludzkie i łatwy dostęp do wszystkiego, co było potrzebne. W Polsce najpierw trzeba było znaleźć fundusze, złożyć 15 podań i czekać co najmniej pół roku, aż wniosek przejdzie przez proces zamówienia.

MT: Po powrocie z USA przestał się pan zajmować zaburzeniami oddychania w czasie snu. Dlaczego?

T.P.:Była potrzeba zorganizowania pracowni testów wysiłkowych. Razem z zespołem kolegów zaczęliśmy tworzyć wszystko od podstaw. I choć mieliśmy to, co trzeba: bieżnię, komputer i program - i tak zorganizowanie pracowni oraz rozpoczęcie badań nie było łatwe. Na szczęście wspólnie z producentem, który życzliwie się ustosunkował do naszych sugestii odnośnie do zmian w oprogramowaniu, udało nam się zmodyfikować sprzęt stosownie do naszych potrzeb. Początki były trudne, bo w klinice w tej dziedzinie dopiero przecieraliśmy szlaki. Choroby rozpoznawało się wcześniej podstawie badań spoczynkowych. Wprowadzenie do diagnostyki badań wysiłkowych umożliwiło rozpoznawanie astmy wysiłkowej oraz zaburzeń w chorobach śródmiąż­szowych i POChP. Dzięki temu pojawiły się nowe możliwości diagnostyki. Pamiętam pacjenta, 42-letniego kolegę po fachu, który trafił do nas z powodu złej tolerancji wysiłku, z bardzo niecharakterystycznymi objawami. Wykonaliśmy badanie wysiłkowe i przypadkowo okazało się, że jego stan zdrowia wynika nie ze schorzeń układu oddechowego, ale z ponad 90 proc. zwężenia pnia lewej tętnicy wieńcowej.

MT: Po raz kolejny zaczynał pan od podstaw. To nie było frustrujące?

T.P.:Medycyna często jest frustrująca. Przez pewien czas zajmowałem się także diagnostyką inwazyjną. Wykonywałem bronchoskopię, zajmowałem się biopsjami opłucnej, robiłem torakoskopię. Ale potem otrzymałem nowe zadanie. Na szczęście szybko wciągnąłem się w nowe badania. Udało nam się stworzyć dobrze działającą pracownię. To daje satysfakcję. Dziś przeprowadzamy tu liczne badania, koleżanki zrobiły doktoraty, co w pewnym stopniu jest sukcesem całego zespołu. Staliśmy się integralną częścią pracowni badań czynnościowych. Myślę, że najbliższy czas będzie bardzo ciekawy, bo po wielu staraniach udało nam się zdobyć nowy zestaw do badań czynnościowych. To będzie najnowocześniejszy sprzęt w kraju. Poprzedni miał ponad 16 lat i nie spełniał kryteriów technicznych.

MT: Dzięki pana pracy udało się stworzyć dobrze działającą pracownię. Nie obawia się pan kolejnego awansu?

T.P.:Na szczęście w pulmonologii nie ma już takiej szansy. Wszystkie inne pracownie są już pozajmowane. Raczej kolejnego awansu nie będzie.

MT: Nadal się pan frustruje czy pogodził się już pan z rzeczywistością?

T.P.:Tuż za drzwiami jest prawdziwa medycyna w postaci chorych i trudno się pogodzić z tym, że w XXI wieku, w centrum europejskiego kraju, chorzy leżą na materacach na szpitalnym korytarzu. Wciąż nie mogę do tego przywyknąć.

MT: Jak pan sobie radzi ze stresem?

T.P.:Jeżdżę na nartach, rowerze, pływam. Sportów ekstremalnych nie uprawiam. W zeszłym roku narciarstwo skończyło się zerwaniem więzadła krzyżowego w kolanie. Jakiś czas temu kupiłem samochód terenowy. To było moje marzenie. Ot, taki mały snobizm.

Rozmawiała Olga Tymanowska (fot. Katarzyna Mazańska)