Dostęp Otwarty

Kontrowersje

Co robi pchła Szachrajka w polskiej onkologii?

O pakiecie onkologicznym, niepokojących zmianach i zamieszaniu wokół akcji medialnej z prof. dr. hab. med. Janem Walewskim, dyrektorem Centrum Onkologii – Instytutu im. Marii Skłodowskiej-Curie, rozmawia Jerzy Dziekoński

Small walewski opt

prof. dr hab. med. Jan Walewski

MT: Czy proponowane przez Ministerstwo Zdrowia zmiany w pakiecie onkologicznym są pana zdaniem wystarczające?


Prof. Jan Walewski:
Moje podejście do pakietu onkologicznego jest generalnie bardzo sceptyczne. Obecne kierownictwo resortu próbuje usprawnić sytuację, usuwając z pakietu błędy. Mam nadzieję, że to się uda, chociaż pewności nie mam. Już szereg uproszczeń, samo podejście, że pakiet zostanie ograniczony do rejestracji pacjenta w systemie i zarejestrowania kluczowych momentów leczenia bez konieczności wprowadzania licznych danych i duplikowania dokumentacji medycznej – co jest nie tylko niepotrzebne, ale też niebezpieczne – to już jest dla nas duża pomoc. Planowane są jednak okołopakietowe akty prawne i one właśnie budzą sporo wątpliwości. Chodzi o np. niezupełnie jasny zapis w projekcie ustawy o świadczeniach gwarantowanych, gdzie jest mowa o tym, że wyłączona zostaje bezlimitowość. W uzasadnieniu tego aktu prawnego podaje się, że chodzi o uregulowanie tej kwestii na tym samym poziomie, na którym umiejscowione są zasady zawierania umów, czyli na poziomie NFZ. Zarządzenie prezesa NFZ ma zawierać tę regulację. Przechodzi ona zatem z poziomu ustawowego do poziomu zarządzenia. Dlatego wiele osób ma co do tego zapisu wątpliwości.

Jest spory problem z pakietem onkologicznym, ponieważ wszystkie duże ośrodki onkologiczne zamknęły ubiegły rok ze stratą. Z jednej strony zniesiono limity, a z drugiej obniżono wyceny niemal wszystkich procedur. Skutek jest taki, że w wielospecjalistycznych ośrodkach przychody minimalnie wzrosły, koszty wzrosły za to znacznie, ponieważ przybyło pacjentów, nie wspominając o takich drobiazgach jak wzrost energii elektrycznej o 20 proc.


MT: W onkologii ścierają się dwa nurty – jeden, mówiący o tym, że leczenie powinno być jak najbliżej pacjenta, drugi – że onkologię można uprawiać tylko i wyłącznie w dużych wieloprofilowych ośrodkach. Który pogląd jest panu bliższy?


J.W.:
Oba są prawdziwe. Większość rozpoznań w onkologii wymaga leczenia wielospecjalistycznego, angażującego nie tylko specjalistów, ale też wiele metod. Choćby triada, która była prawdziwa 20, 30 i 40 lat temu – chirurgia, chemioterapia, radioterapia – jest stosowana także dzisiaj, tyle że w o wiele bardziej skomplikowany sposób niż kiedyś. Mamy różne warianty leczenia przedoperacyjnego, pooperacyjnego, warianty leczenia bez chirurgii, ale za to z zaawansowanymi, nowoczesnymi metodami leczenia systemowego, jak chociażby immunoterapia z przeciwciałami czy programy lekowe z nowymi cząsteczkami. Do tego dochodzą zupełnie nowe rodzaje powikłań po leczeniu systemowym, które nie były znane w okresie rozwoju chemioterapii. Mamy nowe metody radioterapii, brachyterapii, radioterapii stereotaktycznej, pojawia się temat radioterapii protonowej. Mówiąc krótko, potrzebna jest „fabryka” do tego, żeby od rozpoznania do zakończenia planu radykalnego leczenia i obserwacji chorych po leczeniu wszystko mogło być wykonane w ośrodku, który ma odpowiednie kompetencje, doświadczenie i możliwości. Warto zadać sobie pytanie, skąd one się biorą. Otóż z liczby chorych, którzy są leczeni. Spójrzmy np. na diagnostykę. Jeżeli mamy małą pracownię patologii prowadzoną przez jednego lekarza, który ma do wykonania diagnostykę cytologiczną, polegającą na ocenie rozmazów komórek pozyskanych metodą punkcji cienkoigłowej oraz ograniczony zasób przeciwciał do oznaczania markerów komórkowych, trudno oczekiwać, że to laboratorium będzie miało dużą wydolność i skuteczność diagnostyczną. Zwłaszcza że często potrzebna jest nie tylko cytologia i immunohistochemia, ale też wymagane są badania genetyczne, cytometria przepływowa. Takie badania można wykonać w zakładzie, który koncentruje wiele przypadków, ma doświadczenie oraz możliwości szkolenia i uczestniczenia w badaniach naukowych. Ale wszystko musi być też robione ze starożytną zasadą, że pacjent jest na pierwszym miejscu. Każda placówka wysokospecjalistyczna powinna być zorientowana na pacjenta. Wobec tego trzeba myśleć o wzmocnieniu jednego i drugiego ramienia. Dzięki małym ośrodkom człowiek, który dopiero stanie się pacjentem, ma szansę na szybkie rozpoznanie choroby.


MT: Pański poprzednik promował połączenie COI z Instytutem Hematologii. Czy ten postulat jest nadal aktualny?


J.W.:
Nie, nie jest aktualny.


MT: Czy są zatem planowane inne działania? Czy brane jest pod uwagę odłączenie oddziału gliwickiego?


J.W.:
Centrum Onkologii – Instytut im. Marii Skłodowskiej-Curie jest instytutem badawczym i jednocześnie podmiotem leczniczym. Podlega ministrowi zdrowia. W sprawie struktury i statusu instytutu głos rozstrzygający ma więc resort zdrowia. Jeżeli ktoś mówi o oddzieleniu oddziału w Gliwicach i nadaniu mu samodzielności, to albo nie bardzo wie, o co chodzi, albo ma ukryte intencje. Nie jest możliwy proces podziału, którego efektem końcowym byłoby oddzielenie gliwickiego oddziału jako samodzielnego instytutu. Musiałoby to być poprzedzone całą serią procesów. Na początku tej serii musiałaby być decyzja o podziale instytutu. Procedura ta jest opisana w rozporządzeniu Rady Ministrów: według tego aktu prawnego minister występuje z wnioskiem o podział do Rady Ministrów po dokonaniu analizy stanu majątkowego instytutu i uzyskaniu opinii Komitetu Ewaluacji dotyczącej dorobku naukowego, zasobów i potencjału naukowego. Wniosek o podział określa także los elementów powstających w wyniku podziału. Zamiar utworzenia instytutu badawczego z części gliwickiej oznaczałby, że minister zdrowia uważa za zasadne istnienie dwóch różnych instytutów posiadających takie same zadania, konkurujących o zasoby niezbędne do realizacji jednolitej polityki zdrowotnej państwa w dziedzinie onkologii. Taka sytuacja konkurujących instytucji specjalistycznych może być zdrowa w warunkach wolnego rynku usług świadczonych przez podmioty prywatne (o ile uznajemy, że taki wolny rynek istnieje), ale w odniesieniu do instytucji publicznych nadzorowanych przez jednego ministra jest niedorzecznością. To przeczy logice. Powodem wielkiej kampanii, za którą stoi kilka wpływowych osób, jest interes lokalny. Nie chcę wchodzić w to, jaki to interes, nie jestem sędzią i nie znam wszystkich faktów. Jest kilka osób, które chcą mieć instytut onkologii, w dodatku jeszcze z określeniem „śląski” w nazwie. Mówienie o tej procedurze obarczone jest legendą i mitami. Cała kampania medialna adresowana jest do ludzi, którzy nie mają możliwości oceny wiarygodności zawartej w niej treści ani intencji osób, które ją prowadzą. Podaje się opis rzeczywistości, który nie jest zgodny ze stanem faktycznym. Po pierwsze, nie można w ten sposób przeprowadzić całego procesu, po drugie, nie ujawnia się prawdziwego celu całego zamieszania.


MT: Mówi się o pieniądzach.


J.W.:
Mówi się o drenażu pieniędzy, co nie jest prawdą. Takie stwierdzenie powinno być czymś udokumentowane. Wszystko, co wiem o pieniądzach, napisałem w dostępnym na naszej stronie internetowej oświadczeniu, gdzie znajdują się daty, fakty i wielkości kwot, o które chodzi. Jest jeszcze sprawozdanie finansowe, które zostało przekazane Ministerstwu Zdrowia. Jest też plan finansowy na 2016 rok. Wszystko jest jawne. Nie ma żadnych tajemnic. Ktoś rozpowszechnia plotki w mediach i organizuje akcje polityczne, które nie są umotywowane prawdziwymi informacjami. Dostałem oficjalne pismo od jednego z posłów z pytaniem, czy planowane jest połączenie działów finansowych. Pytanie sugerujące czy z ukrytym założeniem? Wymyślane są bajki na ten temat. Jeżeli ktoś interesuje się bajkami, to ma do tego prawo, ale nie powinien nimi zastępować opisu faktów. Ja, prywatnie, lubię bajkę o pchle Szachrajce i znam ją prawie na pamięć.