W efekcie prokurator podkreślił, że konieczne jest dokładne ustalenie, jakie czynności lekarz wykonywał, gdy doszło do scysji. Od tego zależy ostateczna kwalifikacja czynu sprawcy. Problem sprowadza się więc do prawidłowej analizy faktów i dowodów w rozpatrywanej sprawie. W tym samym kierunku podążył SN.

Według Sądu Najwyższego

W przywołanym postanowieniu SN zauważył, że wobec pełnienia przez C. dyżuru na szpitalnym oddziale ratunkowym jako członka karetki pogotowia zastosowanie znaleźć mógłby rzeczywiście także art. 5 PRM, który stanowi, że osoba udzielająca pierwszej pomocy, kwalifikowanej pierwszej pomocy oraz podejmująca medyczne czynności ratunkowe korzysta z ochrony przewidzianej w Kodeksie karnym dla funkcjonariuszy publicznych. W art. 3 pkt 2, 4 i 7 tejże ustawy zdefiniowane zostały określenia „kwalifikowanej pierwszej pomocy”, „medycznych czynności ratunkowych” i „pierwszej pomocy”.

Jednak zarówno art. 44 UZL, jak i art. 5 PRM mają charakter przepisów odsyłających. Ściśle określają sytuacje, w których lekarz „korzysta z ochrony przewidzianej (…) dla funkcjonariuszy publicznych” (art. 5 PRM) lub „przysługuje mu ochrona prawna należna funkcjonariuszowi publicznemu” (art. 44 UZL). W jednej i w drugiej ustawie zakres ochrony został ściśle ograniczony do dokonywania określonych czynności. Zawarte w nich przepisy, odczytywane literalnie, tzn. zgodnie z dyrektywą języka ogólnego, dotyczą sytuacji, w których lekarz rzeczywiście i w danym momencie świadczy pomoc doraźną lub wykonuje obowiązki określone w ustawie. Interpretacja taka jest zgodna z regułami wykładni językowej, która powinna być stosowana w pierwszej kolejności. Dodatkowo SN zauważył, że granice ochrony lekarza wyznacza nadto treść art. 226 § 1 k.k., który to przepis stanowi, że do określonego w nim czynu zabronionego dochodzi jedynie „podczas i w związku z pełnieniem obowiązków służbowych”. Nie obejmują sytuacji innych niż służbowe. W przypadku lekarzy będzie to udzielanie pomocy doraźnej (a więc udzielanie pierwszej pomocy i podejmowanie medycznych czynności ratunkowych) lub pomocy lekarskiej wtedy, gdy zwłoka w jej udzieleniu mogłaby spowodować niebezpieczeństwo utraty życia, ciężkiego uszkodzenia ciała lub ciężkiego rozstroju zdrowia oraz w innych wypadkach niecierpiących zwłoki.

Co warte podkreślenia, za wykonywanie czynności, o których mowa wyżej, SN uznał jednak także działanie zmierzające bezpośrednio do ich udzielenia od chwili odebrania zindywidualizowanego wezwania lub od chwili podjęcia przez lekarza stosownych działań z własnej inicjatywy. Z pewnością jednak te przepisy nie obejmują czasu pełnienia przez lekarza dyżuru na szpitalnym oddziale ratunkowym, jeśli w danym momencie tylko oczekiwał na wezwanie do wyjazdu załogi karetki pogotowia ratunkowego.

∗∗∗

Co z tego wszystkiego wynika dla lekarza C.? Niestety, kilka możliwości. Sprawa toczyć się teraz będzie w sądzie rejonowym. Sąd będzie musiał ustalić, czy lekarz rzeczywiście tylko czekał na wezwanie i „nie wykonywał żadnych czynności”, czyli, jak ktoś mógłby utrzymywać, w danym momencie nic nie robił. Wtedy niech się sądzi sam. Nie znam wprawdzie sytuacji np. na warszawskich oddziałach ratunkowych, kiedy lekarz „nic nie robi”. Nawet gdy pacjenta akurat nie ma, musi wypełniać formularze potrzebne biurokracji. Może C. zmierzał od pacjenta do pacjenta, może szedł odebrać wyniki badań, udzielał informacji bliskim albo po prostu mył ręce po badaniu chorego? Jeśli tak, to „wykonywał czynności” i sprawę poprowadzi prokurator.

W zasadzie rozstrzygnięcie SN wydać się może prawidłowe. Art. 226 k.k. zatytułowany „Znieważenie funkcjonariusza publicznego podczas pełnienia obowiązków służbowych” umieszczony został w rozdziale XXIX kodeksu pt. „Przestępstwa przeciwko działalności instytucji państwowych oraz samorządu terytorialnego”. W lutym ubiegłego roku w wyniku skargi obywatela oceniał ten przepis Trybunał Konstytucyjny (sygn. akt SK 70/13).

Wyjaśniał wówczas, że „podstawowym celem wyodrębnienia przestępstwa zniewagi funkcjonariusza publicznego jest ochrona autorytetu instytucji państwowych” oraz że „cel, jakim jest ochrona autorytetu organów władzy publicznej, związany jest ściśle z zapewnieniem możliwości efektywnego wykonywania funkcji”. I dalej, że przepis ów „kładzie nacisk na ochronę niezakłóconego wykonywania obowiązków, a nie bezpośrednio na ochronę godności”.

Mimo to sympatię budzą usiłowania sądu rejonowego zmierzające do jednolitego traktowania całego czasu dyżuru, a nie stanowisko znacznie bardziej przecież doświadczonego SN, dla którego przepis jest aż tak jasny, oczywisty, więc niech sobie sąd za każdym razem ustala, co w danej chwili robił lekarz.