Dostęp Otwarty

Wielka interna

Przez życie w rytmie bluesa

O miłości do muzyki, sile żywiołów i kobiecie, która nadała życiu sens, z prof. dr. hab. med. Grzegorzem Wallnerem, kierownikiem II Kliniki Chirurgii Ogólnej, Gastroenterologicznej i Nowotworów Układu Pokarmowego UM w Lublinie, rozmawia Olga Tymanowska

Small wallner mm005 opt

prof. dr hab. med. Grzegorz Wallner

MT: Znajomi mówią o panu, że jest pan niezwykle konsekwentny w dążeniu do celu.


Prof. Grzegorz Wallner:
Rzeczywiście tak jestem odbierany przez środowisko, ale ten upór i konsekwencja nie zawsze są traktowane jako moja zaleta. Część osób uważa, że to wada, a mój charakter odbierają jako zacięty i nieustępliwy. Chirurgia jest dyscypliną ludzi o silnych osobowościach, indywidualistów. To powoduje, że często łączy nas szorstka przyjaźń. Ale choć jestem postrzegany jako człowiek o silnej osobowości, odporny na różnego rodzaju stres, wewnętrznie to bardzo mocno przeżywam.

W mojej karierze było na szczęście więcej blasków niż cieni. Trzeba też pamiętać, że chirurgia jest specyficzną dziedziną medycyny, która daje nam „władzę absolutną” nad ludzkim ciałem. To powoduje, że często, zwłaszcza na początku kariery zawodowej, wpadamy w nadmierne poczucie władzy, nieograniczonych możliwości, niekiedy określane jako syndrom Boga. Wśród chirurgów funkcjonuje żart, że chirurg od Boga różni się tylko tym, że Bogu nie wydaje się, że jest chirurgiem. Natomiast chirurgowi dosyć często, zwłaszcza w początkowym okresie kariery zawodowej, wydaje się, że jest panem życia. Ale kolejne lata pracy zawodowej to weryfikują.

Chirurgia bardzo szybko uczy pokory, bo nie zawsze odnosi się sukcesy. Każdy pacjent jest wyzwaniem, często zaskakującym i trudniejszym, niż na początku mogłoby się wydawać. Sytuacja, gdy jest się na sali operacyjnej i wszystko wydaje się pod kontrolą, szybko może się zmienić. Pozornie prosty zabieg okazuje się najtrudniejszą operacją, z jaką przyszło się nam zmierzyć. To wszystko uczy krytycyzmu do własnych umiejętności, wiedzy, doświadczenia. W pracy stale powinna nam towarzyszyć racjonalność, pokora i prawdomówność, bo nasze działanie, szczególnie nieprawidłowe, w każdej chwili może być zweryfikowane przez kolejnego lekarza. Na kłamstwa w tym zawodzie nie ma miejsca. Pracujemy często w silnym stresie, pod presją czasu. Dlatego ważne jest, by tworzyć zgrany team chirurgów, dobrze rozumiejących się, wzajemnie się wspierających, współpracujących ze sobą, z pełnym zaufaniem do innych członków zespołu. Nie powinniśmy z perspektywy pracy tracić świadomości, że najważniejszy jest w tym wszystkim pacjent, jego zdrowie, życie, poczucie bezpieczeństwa.

Nie zawsze jest to możliwe. We wzajemnych relacjach z kolegami i innymi ludźmi starałem się być bezkonfliktowy. Taką zresztą mam konstrukcję psychiczną, że dążę do porozumienia, a nie do konfrontacji. Natomiast cenię zdrową rywalizację, z pokorą również przyjmuję uwagi krytyczne, jeśli są one słuszne. Nie mam poczucia, że tylko ja wszystko wiem i potrafię najlepiej. Nie ma dla mnie znaczenia, czy jest to inny uznany autorytet, czy też kolega z mojego zespołu, czy student. Jeśli mnie przekonają do swoich racji racjonalnymi argumentami, z chęcią je przyjmuję, bez poczucia urazy.

Wielka Interna

W tomie „Gastroenterologia” Wielkiej Interny napisałem rozdziały dotyczące chorób przełyku, połączenia przełykowo-żołądkowego i żołądka. Zawarłem w nich informacje dotyczące chorób nowotworowych oraz zaburzeń czynnościowych w kontekście diagnostyki, leczenia i współpracy chirurgiczno-gastroenterologicznej. Te jednostki chorobowe są rozpoznawane zarówno przez internistów, jak i gastrologów, chirurgów ogólnych oraz lekarzy innych specjalności. Stanowią one także przedmiot zainteresowania torakochirurgów, laryngologów i chirurgów dziecięcych oraz kardiologów i pulmonologów.

W rozdziałach zostały zawarte podstawowe informacje na temat tych schorzeń, które są przydatne w codziennej praktyce każdego lekarza.

Ezofagologia jest nauką stosunkowo młodą, docenioną dopiero w okresie ostatniego 25-lecia. Z czego to wynika? Zmieniły się możliwości diagnostyki tych jednostek chorobowych, znacząco poprawiły techniki obrazowania, oceny zaburzeń motoryki, obiektywnego potwierdzania różnego rodzaju epizodów zarzucania żołądkowo-przełykowego lub dwunastniczo-żołądkowo-przełykowego.

Mam nadzieję, że napisane przeze mnie wraz ze współpracownikami z kliniki, którą mam zaszczyt kierować, rozdziały pozwalają z jednej strony lepiej zrozumieć podstawy patofizjologii wielu chorób układu pokarmowego, a jednocześnie przełożą się na nowe możliwości terapeutyczne, które powinny być znane nie tylko chirurgom i gastroenterologom, ale również internistom czy lekarzom podstawowej opieki zdrowotnej, którzy mają najszerszy kontakt z pacjentami.

W związku z tym dobra znajomość podstaw patofizjologii, diagnostyki i możliwości terapeutycznych pozwala lekarzom wielu specjalności, w tym przede wszystkim internistom, od razu podjąć odpowiednie decyzje ukierunkowujące dalsze postępowanie z tymi chorymi.


MT: Konsekwencja w działaniu przełożyła się też na sukcesy zawodowe, ale ich źródła sięgają daleko poza medycynę.


G.W.:
Myli się ten, kto myśli, że zawód chirurga był jedynym z zamierzeń, które chciałem osiągnąć. Jako młody chłopak nie myślałem o medycynie. Do ostatniego momentu wahałem się, jaki profil studiów wybrać – ścisłe czy biologiczne. Równie blisko mi było do studiów technicznych i innych przyrodniczych. Pasjonowałem się też sportem i od najmłodszych lat aż do końca studiów grałem profesjonalnie w koszykówkę. To w dużej mierze ukształtowało mój charakter, bo w sporcie najważniejsza jest determinacja, konsekwencja oraz zdrowa rywalizacja. Te cechy pozostały mi do dziś.

Sport to też doskonałe antidotum na stres i dzięki temu łatwiej było mi przejść przez wszystkie etapy edukacji, kończąc je z wyróżnieniem, w szkole podstawowej, w liceum i na studiach lekarskich. Przy czym nie traktowałem nigdy sportu jako sposobu na życie. Był to tylko dodatek, coś, co pozwalało mi w jakimś sensie się wyszumieć lub pozbyć nadmiaru energii.

Kolejnym elementem, który mnie ukształtował, była muzyka. Dziś jestem żartobliwie określany przez kolegów jako największy bluesman wśród chirurgów i najlepszy chirurg wśród bluesmanów. Muzyka zawsze była dla mnie bardzo ważna i towarzyszy mi na każdym kroku, nawet na sali operacyjnej. To zamiłowanie do muzyki przeniosłem na synów. Jeszcze nie umieli chodzić, a już się kiwali w rytm bluesa. Dzięki zawodowi, który uprawiam, i związanymi z nim licznymi wyjazdami poznałem wielu wybitnych bluesmanów. Regionem, który jako kolebka bluesa był mi zawsze szczególnie bliski, jest północna część Missisipi, gdzie mam wielu znajomych muzyków, z którymi jestem w stałym kontakcie. Lubię Południe USA z jego mroczną atmosferą, zapachem magnolii, gdzieś w Luizjanie, Missisipi, oddające klimat sztuk Tennessee Williamsa przepełnionych tajemniczością, mistycyzmem i seksualnością.

Kształtuje mnie również natura, szczególnie góry i woda to żywioły, które mnie pasjonują. Z natury czerpię siłę i po latach mieszkania w bloku przeprowadziłem się na wieś. Dzięki temu mam motywację i siłę do podejmowania kolejnych wyzwań zawodowych.


MT: Pana zainteresowania krystalizowały się powoli.


G.W.:
Rozpoczynałem pracę od urologii. Uważałem to za piękną specjalność, ale na początku drogi zawodowej nie chciałem zawężać się do jednego układu. Okazja nadarzyła się szybciej, niż myślałem. Zdawałem egzamin specjalizacyjny I stopnia z chirurgii, kiedy przewodniczący komisji egzaminacyjnej zaproponował mi przejście do kierowanej przez siebie kliniki. To otworzyło przede mną nowe możliwości. Rozwijałem się naukowo, zawodowo i poświęcałem zajęciom dydaktycznym ze studentami. Znów, jak w sporcie, stawiałem przed sobą kolejne cele: zdobycie specjalizacji II stopnia z chirurgii, uzyskanie stopnia doktora nauk medycznych, zrobienie habilitacji.

Moje zainteresowania naukowe coraz bardziej były ukierunkowane na układ pokarmowy, a szczególnie na górny odcinek przewodu pokarmowego. To zaowocowało szeregiem publikacji z pogranicza chirurgii i gastroenterologii, zbliżyło mnie ze środowiskiem gastroenterologów, którzy mnie zaakceptowali, uznali moje kompetencje zawodowe i aktywność naukową. Ściśle współpracowałem ze sławami polskiej gastroenterologii, z prof. Eugeniuszem Butrukiem, z prof. Krzysztofem Marliczem i prof. Andrzejem Nowakiem. Byłem też wielokrotnie zapraszany do udziału we wspólnych, interdyscyplinarnych konferencjach, wieloośrodkowych badaniach klinicznych, do współautorstwa wielu interdyscyplinarnych publikacji. To jeszcze bardziej ukierunkowało mnie w stronę chirurgii gastroenterologicznej.


MT: Na początku roku 2000 uzyskał pan tytuł profesora, co dało panu impuls do kolejnych działań.


G.W.:
To zbiegło się z odejściem na emeryturę prof. Pawła Misiuny, mojego szefa i przewodnika w okresie dojrzałego życia chirurgicznego. Jednak kierowanie kliniką nigdy nie było moim wyłącznym celem. Traktowałem to raczej jako kolejną możliwość, która się przede mną otwiera. Była to też logiczna konsekwencja drogi zawodowej. Wygrałem konkurs i od blisko 20 lat kieruję kliniką. To znowu wytyczyło kolejne etapy i cele, zarówno naukowe, jak i zawodowe, jako chirurga, naukowca i nauczyciela akademickiego. Niewątpliwą przyjemność sprawia mi możliwość promowania młodej kadry naukowej. Przez dwie kadencje pełniłem funkcje prodziekana i dziekana I Wydziału Lekarskiego UM w Lublinie. Konsekwencją tego jest też działalność w Towarzystwie Chirurgów Polskich. Przez wiele lat pełniłem kolejno funkcję przewodniczącego Oddziału Lubelskiego TChP, komisji ds. kształcenia podyplomowego i specjalizacji, później sekretarza generalnego, wiceprzewodniczącego, aż w końcu prezesa. W 2015 roku zostałem konsultantem krajowym w dziedzinie chirurgii ogólnej. Nie traktuję tego wyłącznie w kategoriach sukcesu. Oczywiście to olbrzymia satysfakcja być docenionym przez kolegów, ale też poczucie obowiązku w stosunku do całego środowiska chirurgów w Polsce. Dla mnie to kolejne wyzwanie, pozwalające na realizację pewnych koncepcji i celów związanych z chirurgią.

Mam uczucie coraz szybciej upływającego czasu, a chciałbym jeszcze pewne rzeczy doprowadzić do końca. W szpitalu, w którym mam zaszczyt pracować, rozpoczynamy przygotowania do budowy części zabiegowej. To konieczne, bo chirurgia wraz z rozwojem wiedzy i gwałtownym postępem technologicznym zmienia się w szybkim tempie i musimy za tymi zmianami nadążać. Etap zakończenia inwestycji zbiegnie się z moim przejściem na emeryturę. Moim marzeniem byłoby doprowadzenie do sytuacji, aby osoba, która obejmie kierownictwo kliniki, miała lepsze warunki funkcjonowania niż ja. Szpital ma ok. 200 lat, mieści się w starych pomieszczeniach poklasztornych i permanentnie jest adaptowany do zmieniających się warunków.


MT: Jest pan świadkiem zmian. Jakie były kroki milowe?


G.W.:
Postęp w chirurgii z jednej strony jest związany z wiedzą, a z drugiej z postępem technologicznym. Początki mojej kariery zawodowej to 1978 rok, czasy chirurgii tradycyjnej. Na początku lat 90. pojawiły się techniki minimalnie inwazyjne, które zasadniczo zmieniły możliwości uprawiania chirurgii. Następnym etapem, który mentalnie wymusił całkiem inne perspektywy postępowania terapeutycznego, było odkrycie kompletnego ludzkiego genomu w 2007 roku. Nagle okazało się, że wcale nie dotarliśmy do kresu naszych możliwości, że przed nami jeszcze długa droga, w tym perspektywy dalszego rozwoju nowoczesnej chirurgii. Już dziś chirurgia to nie tylko zabiegi operacyjne w skali makro, ale mikro, nano czy w niedalekiej perspektywie na poziomie molekularnym. Droga do tego, czym dysponujemy, była bardzo długa. Nie sposób nie wspomnieć Williama Mortona, prekursora anestezjologii, który w 1846 roku przeprowadził zabieg z wykorzystaniem eteru. Kolejnym krokiem milowym było wprowadzenie zasad aseptyki, antyseptyki oraz walka z zakażeniami. To wszystko spowodowało, że można było bezpieczniej operować, szerzej i głębiej wkraczać w ludzkie ciało. Kolejny etap to odkrycie przyczyn zakażeń chirurgicznych, z wielkim wkładem Roberta Kocha czy Ludwika Pasteura, pionierów współczesnej mikrobiologii. Możliwości walki z powikłaniami septycznymi uzyskaliśmy dzięki odkryciu penicyliny przez Alexandra Fleminga czy nieco później streptomycyny przez Selmana Waksmana. Kolejny etap to wprowadzenie technik diagnostycznych endoskopowych, a zwłaszcza fiberoskopowych, czyli giętkich endoskopów. Potem przyszedł czas opracowania technik minimalnie inwazyjnych oraz terapii żywieniowej, pozajelitowej. Kolejny krok milowy to transplantologia, co dało nam nowy oręż w walce z wieloma chorobami. Warto też pamiętać o sztucznych narządach, sztucznej krwi. Dla mnie ważnym elementem metodologicznego postępu medycyny, a chirurgii szczególnie, było wprowadzenie nowego paradygmatu uprawiania naszego zawodu w oparciu o zasady evidence based medicine, evidence based surgery. To trudny, ale niezwykle istotny element jakościowy praktyki klinicznej, który w zasadniczy sposób przyczynił się do poprawy jakości leczenia chirurgicznego.