Dostęp Otwarty

Na ważny temat

Nie wylać dziecka z kąpielą

O zmianach oraz planach z Markiem Posobkiewiczem, Głównym Inspektorem Sanitarnym, rozmawia Monika Stelmach

Small foto autora opt

Marek Posobkiewicz

MT: Projekt ustawy o Urzędzie Zdrowia Publicznego zakłada likwidację Głównego Inspektoratu Sanitarnego, Państwowej Agencji Rozwiązywania Problemów Alkoholowych, Krajowego Biura ds. Przeciwdziałania Narkomanii oraz Krajowego Centrum ds. AIDS i zastąpienie tych instytucji Urzędem Zdrowia Publicznego. Czy to jest dobre rozwiązanie?


Marek Posobkiewicz:
Dziś bardziej możemy mówić o założeniach niż o samej ustawie, ponieważ nie ma jeszcze tego projektu w obiegu publicznym. Natomiast od wielu lat istnieje w Polsce i dobrze funkcjonuje Urząd Zdrowia Publicznego. Na szczeblu centralnym jego funkcję pełni GIS, lokalnie 16 wojewódzkich i 318 powiatowych stacji sanitarno-epidemiologicznych. Ponieważ mamy dużą granicę zewnętrzną Unii Europejskiej, naszego zdrowia dodatkowo strzeże 10 stacji granicznych. Żaden inny podmiot działający w zdrowiu publicznym nie ma ani takich struktur, ani tak szerokiego wachlarza zadań jak inspekcja sanitarna. Jedynym rozsądnym rozwiązaniem jest więc oparcie się na instytucji, która sprawdziła się już w wielu sytuacjach kryzysowych, w codziennej pracy nadzorczej oraz w promocji zdrowia. Planując łączenie podmiotów, trzeba najpierw sprawdzić, czy wszystkie elementy będą do siebie pasować, a tworząc nową strukturę, trzeba pamiętać, że najmocniejsze elementy muszą być podstawą, bo w przeciwnym razie konstrukcja może nie być stabilna.


MT: Czy wszystkie zadania GIS będą dobrze realizowane po tej zmianie?


M.P.:
Zadania Państwowej Inspekcji Sanitarnej są bardzo szerokie – począwszy od bezpieczeństwa żywienia i żywności, wody, zabezpieczenia przed chorobami zakaźnymi, poprzez program szczepień ochronnych, higienę środowiska, promocję zdrowia, medycynę pracy, ochronę przed szkodliwymi substancjami, bezpieczeństwo preparatów chemicznych, kosmetyków – aż do opiniowania i uzgadniania projektów inwestycyjnych i infrastrukturalnych. Dodając do tego problematykę HIV/AIDS, alkoholizmu i narkomanii, trzeba uważać, żeby przy okazji planowanych zmian nie zmarginalizować ważnych aspektów zdrowia publicznego. Osobną ważną sprawą jest nadzór merytoryczny nad powiatowymi i wojewódzkimi stacjami sanitarno-epidemiologicznymi, które dziś są częścią administracji zespolonej w województwie. Osłabienie nadzoru grozi jednak powstaniem 16 odrębnych struktur wojewódzkich, co może mieć negatywne skutki zdrowotne i gospodarcze, jeśli nie będzie jednolitego postępowania w podobnych przypadkach.


MT: GIS został skrytykowany przez NIK. Raport na temat rynku suplementów diety pokazuje, że do aptek trafiają preparaty zawierające niedozwolone, szkodliwe składniki. Gdzie leży błąd?


M.P.:
Również mam wiele zastrzeżeń do rynku suplementów, czemu dałem wyraz, kierując w ubiegłym roku list do 315 firm działających w tej branży. Zwracałem w nim uwagę na konieczność samoregulacji, szczególnie w zakresie reklamy. Organy inspekcji badają co roku tysiące produktów. Każdy potencjalnie szkodliwy dla zdrowia jest wycofywany z rynku. Dane z kontroli są powszechnie dostępne na stronie GIS w corocznie publikowanym dokumencie „Stan sanitarny kraju”. Uogólnione wnioski NIK mogą dawać przejaskrawiony obraz sytuacji, ponieważ są wysnute na podstawie kilku próbek, a przecież dotyczą rynku, na którym znajduje się kilkanaście tysięcy produktów.


MT: NIK zarzuca Inspekcji Sanitarnej niedostateczną kontrolę nad suplementami, które wchodzą na rynek.


M.P.:
Jak podaje NIK, tyle że małym druczkiem w przypisach, Polska należy do krajów, w których jest jeden z bardziej restrykcyjnych systemów kontroli suplementów diety. Dobitnym tego dowodem były skargi kierowane przez firmy do Komisji Europejskiej dotyczące rzekomego ograniczenia przez GIS swobodnego przepływu towarów. Zdarza się bowiem, że zakres kontroli znacznie wykracza poza regulacje unijne, np. w przypadku zawartości substancji farmakologicznych. Natomiast główny zarzut NIK, czyli możliwość „wprowadzenia do obrotu suplementu diety natychmiast po złożeniu powiadomienia”, otwarcie kwestionuje prawo obowiązujące w Unii Europejskiej. Tak sformułowany postulat powinien być skierowany wprost do Komisji Europejskiej. Tym niemniej od wielu miesięcy, wspólnie z Ministerstwem Zdrowia i innym instytucjami, pracujemy nad zmianami w prawie. Główne elementy to właśnie ograniczenie nieetycznych lub wręcz niezgodnych z prawem reklam, zwiększenie kar za wprowadzanie produktów niezgodnych z wymogami prawa, wprowadzenie terminów rozpatrywania spraw. Kluczowa jest wiedza konsumentów na temat tego, czym są suplementy diety, kiedy ich stosowanie ma sens, a kiedy niesie za sobą zagrożenia dla zdrowia. Dlatego przygotowujemy kampanię społeczną mającą na celu zwiększenie świadomości przeciętnego konsumenta.


MT: Kampanie GIS są głośno i różnie komentowane, np. ostatnia „Melanż. Oczekiwania vs. rzeczywistość”. Jednak nadal przegrywamy walkę z dopalaczami.


M.P.:
Wspomniana kampania akurat odnosi się nie tylko do dopalaczy, lecz do wszystkich używek i była zrealizowana ze środków tzw. programu szwajcarskiego. Edukacja to silne narzędzie w ograniczaniu negatywnych następstw tych używek, ale żadna akcja społeczna nie zlikwiduje negatywnych zjawisk, takich jak narkotyki, nadużywanie alkoholu czy palenie tytoniu. Staramy się stosować różne formy przekazu. W przypadku młodzieży ogromną rolę odgrywa internet i język komunikatów. Mentorski ton w przypadku młodzieży z reguły nie działa. Oni bardziej boją się śmieszności, np. po nadużyciu alkoholu niż jego skutków zdrowotnych.


MT: Pomimo kampanii informacyjnych na temat szczepień internet został zdominowany przez ruchy antyszczepionkowe. Jak dużym dziś problemem staje się odchodzenie od tej formy profilaktyki?


M.P.:
Jako lekarz mogę powiedzieć, że to prawdziwa plaga naszych czasów. Nie tylko odchodzenie od szczepień, lecz generalnie negowanie oficjalnej wiedzy medycznej i korzystanie ze wszelkiej maści znachorów i uzdrowicieli odbywa się ze szkodą zdrowia. Na Nowy Rok dostałem kilkadziesiąt „czerwonych kartek” od przeciwników szczepień. To grupa naprawdę dobrze zorganizowana i – z punktu widzenia zdrowia publicznego – niebezpieczna. Ale w stosunku do całej naszej populacji bardzo mała. Mamy ciągle dobre wskaźniki wyszczepialności, są one na poziomie ponad 95 proc. Znacznie więcej jest dzieci, które ze względów medycznych w danym momencie mają przeciwwskazania do szczepień niż tych, których rodzice od tego obowiązku się uchylają. Polacy chcą szczepić swoje dzieci, a wielu z nich korzysta również ze szczepień, które nie są finansowane ze środków publicznych.


MT: Do nowego kalendarza szczepień obowiązkowych dopisał pan te przeciw pneumokokom.


M.P.:
Dotychczas z bezpłatnych szczepień przeciwko pneumokokom mogły skorzystać jedynie dzieci z tzw. grup ryzyka: urodzone przed 37. tygodniem ciąży oraz zmagające się z niektórymi schorzeniami. Rodzice, którzy chcieli zaszczepić swoje dzieci poza Programem Szczepień Ochronnych, musieli się liczyć z kosztem kilkuset złotych. Eksperci od ponad dekady apelowali o sfinansowanie ich ze środków publicznych. Zakażenia pneumokokowe są najczęstszą przyczyną zapalenia ucha środkowego, zatok oraz przewlekłego zapalenia oskrzeli. Choroby pneumokokowe są uznawane za główną przyczynę zgonów. Każdego roku z tego powodu umiera do miliona dzieci poniżej 5. r.ż. Dlatego obok malarii zostały uznane przez WHO za najwyższy priorytet wśród chorób, którym można zapobiegać poprzez szczepienia. Ostatnim tak dużym rozszerzeniem kalendarza szczepień było wprowadzenie w 2006 roku przez ówczesnego ministra zdrowia śp. prof. Zbigniewa Religę szczepień przeciw Haemophilus influenzae typu b. Kalendarz szczepień ogłaszany przez GIS to dokument techniczny. Wielką zasługą obecnego ministra zdrowia jest to, że po wielu latach oczekiwania udało się znaleźć środki na te szczepienia.