Dostęp Otwarty

Odróżniam sprawy ważne od świecących drobiazgów

Wywiad z prof. Piotrem Pruszczykiem

Wielka Interna, czyli Dobra Interna
Zdarzyło mi się uczestniczyć w przygotowywaniu różnych książek i podręczników. Tym razem jednak odczuwam ze strony współautorów większą chęć pracy niż zazwyczaj. Ich stosunek do tego projektu jest więcej niż pozytywny. Dla wielu z nich współpraca przy Wielkiej Internie jest czymś szczególnym, bo jak mówią, uczestniczenie w tworzeniu tej książki, która najpewniej będzie pozycją referencyjną, ma swoje znaczenie. Myślę, że wszyscy mamy świadomość, jak duże jest to przedsięwzięcie, i staramy się, by to była książka na jak najwyższym merytorycznym poziomie. Autorzy tomu kardiologicznego to niewątpliwie pierwsza liga polskich kardiologów. Podręcznik przedstawia bardzo konkretne, wiarygodne informacje opisane w sposób zrozumiały i przystępny, co nie znaczy uproszczony. Książka łączy indywidualne podejście poszczególnych autorów i odzwierciedla obiektywny stan wiedzy zawarty między innymi w wytycznych. Nazwaliśmy książkę Wielką Interną, choć uważam, że to ma być przede wszystkim Dobra Interna. Jest coś takiego jak samospełniająca się przepowiednia i oby tak było także w tym wypadku. To duże wyzwanie dla wszystkich autorów. Ale czasami warto zmierzyć się z czymś szczególnie dużym i istotnym. Co innego napisać rozdział do książki, a co innego mieć świadomość, że jest to pozycja, która ma szansę być pozycją trwale wpisującą się w nauczanie studentów i lekarzy.

O (nie)cnotliwej skromności, żonie jak lek na całe zło i karierze bez potu i łez rozmawiamy z prof. Piotrem Pruszczykiem, kierownikiem Kliniki Chorób Wewnętrznych i Kardiologii WUM

MT: Niełatwo się o panu czegokolwiek dowiedzieć.

PROF. PIOTR PRUSZCZYK:I bardzo dobrze.

MT: Czy jako naukowiec chce pan pozostać w cieniu? Czy to słuszna strategia?

P.P.:Tyle spraw pochłania mnie w życiu, że zwykle brak mi czasu na opowiadanie o sobie. A poza tym nieważne jest, jak się człowiek sam przedstawia, ale jak go inni oceniają na podstawie wyników jego działań.

MT: Czy czekanie, aż inni pana znajdą, jest dobrą strategią?

P.P.:Jest takie niemieckie powiedzenie: skromność jest cnotą, ale bez niej zachodzi się dalej. Pewnie jest w tym wiele prawdy. Z kolei premier Jerzy Buzek ostatnio powiedział, że całe życie stał z boku, aż go wreszcie znaleziono. Nie można powiedzieć, że taka postawa jest skazana na niepowodzenie, ale oczywiście zawsze warto zachować umiar.

MT: Jest pan bardzo skromny.

P.P.:To nie o skromność chodzi. Porównajmy nasze życie do naczynia, do którego można włożyć kilka dużych kamieni, kilka małych i kilka drobnych. Jeżeli wrzucimy najpierw wiele małych, kilka najważniejszych, dużych kamieni już się nie zmieści. W związku z tym należy najpierw włożyć dwa, trzy kamienie, które są naprawdę ważne, a potem uzupełniać mniejszymi. A nie wsypać dużo świecących drobiazgów, bo potem nie będzie miejsca na istotne elementy.

MT: Co dla pana jest tym dużym kamieniem?

P.P.:Dwa największe to praca i rodzina. Nie miałbym tej pozycji zawodowej, gdyby jednym z ważnych elementów nie była praca. Co do tego nie mam wątpliwości.

MT: Doktorat obronił pan w wieku 31 lat, habilitację w wieku 35 lat, a profesorem został, mając 41 lat. Jak taka szybka kariera, okupiona ciężką pracą, wpłynęła na pana życie?

P.P.:Nie używałbym sformułowania „okupiona”, bo to brzmi pejoratywnie, jak okupiona potem i cierpieniem. Przecież jedni lubią rozrywki, inni pracę, a rozrywki jako miłe uzupełnienie. Dla tych drugich to po prostu wybór drogi życiowej.

MT: Tak jak dla pana?

P.P.:Clive Staples Lewis napisał kiedyś krótki felieton o kręgach i ludzkich przyczynach wchodzenia do nich. Można znaleźć się w kręgu, ponieważ dzieją się tam ciekawe rzeczy, w których chcemy uczestniczyć. Alternatywnie interesuje nas sam fakt przebywania w określonym kręgu. W takim przypadku nie zawsze jest istotne, co się tam dzieje, ważne jest, aby w nim być. Znam pewną osobę, która regularnie chodziła do filharmonii, a po wielu latach przyznała, że muzyki nie zna, nie rozumie, a nawet nie bardzo ją lubi. Pytanie, w jakim celu bywała w filharmonii. Ja zdecydowanie wolę ten pierwszy scenariusz, czyli uczestniczenie w tym, co jest ciekawe i mnie interesuje. Nie należę do osób, które od zawsze wiedziały, co chcą w życiu robić. I choć moja matka jest lekarzem, do końca liceum myślałem o studiowaniu fizyki lub chemii fizycznej. Dopiero pod koniec szkoły średniej pomyślałem o medycynie. Zresztą wybór kierunku studiów nigdy nie spędzał mi snu z powiek. Szkoła średnia rządzi się innymi prawami i lepiej ten czas przeznaczyć na przyjemniejsze myśli. Poza tym w tamtym okresie kierunek studiów mógł być wybrany kilka miesięcy przed maturą. Miałem dobre wyniki w nauce. Jednak nie determinowało to mojej aktywności. W szkole średniej raczej wiodłem żywot bardziej beztroski, co nie znaczy, że nieświadomy.

MT: Na studiach to się zmieniło?

P.P.:Nie wiem, czy uczyłem się więcej, czy mniej od rówieśników, ale zawsze potrafiłem oszacować liczbę godzin potrzebną do dobrego zdania egzaminu. W związku z tym wiedziałem, kiedy muszę zacząć się uczyć. Szczęśliwie nigdy nie pomyliłem się w tych wyliczeniach i w związku z tym nigdy nie oblałem egzaminu.

MT: Jest pan osobą poukładaną świetnie zorganizowaną. Nigdy nie czuł pan braku spontaniczności?

P.P.:Nie miałem takiego odczucia. W czasie studiów większość wakacji zimowych spędziłem na nartach, a letnich - pływając po Mazurach. Wiele rzeczy niekoniecznie musi trafiać do szufladki „okupione wyrzeczeniami”. Nie mam poczucia heroizmu. Chodziłem na spotkania z kolegami, grałem w koszykówkę. To nie jest tak, że lata studiów przesiedziałem w kącie, czytając podręczniki. Zresztą okres studiów na warszawskiej AM wspominam bardzo dobrze. Miałem mniej ograniczeń czasowych. Można było w czwartek wieczorem wyjechać na narty, żeby w poniedziałek wrócić, albo za 100 marek przejechać stopem pół Europy. Dziś jest inaczej.

MT: Pamięta pan tę podróż za 100 marek?

P.P.:Po zakończeniu praktyk studenckich w Berlinie wybrałem się na wycieczkę po krajach, jak to się wówczas mówiło, Europy Zachodniej. Zdarzały się też, podobnie jak dużej grupie studentów, różne dorywcze prace za granicą. Zajmowałem się np. zrywaniem chmielu w okolicach Jeziora Bodeńskiego. To też było ciekawe doświadczenie i okazja do poznania wielu barwnych ludzi.

MT: Czy teraz zabiera pan autostopowiczów?

P.P.:Przyznam się, że od kilku lat nie. Albo jeżdżę pociągami, albo rodzinnie z wypakowanym samochodem. Aczkolwiek gdy mam możliwość, zabieram osoby w mundurach.

MT: Sentyment do munduru jest zrozumiały, bo miał pan okazję służyć w oddziale dowodzonym przez doc. Tomasza Hryniewieckiego.

P.P.:Rzeczywiście, byłem w plutonie, którego Tomek był dowódcą. Karnie wypełnialiśmy jego prawie wszystkie polecenia. Pamiętam, że pewnego rodzaju modą było, aby nosić mundur w jak najbardziej fantazyjny sposób - 101 sposobów wiązania szalika wojskowego. Pewnie nie różniłem się od innych kolegów. A obecnie myśląc o osobach w mundurach, przede wszystkim mam na myśli harcerzy.

MT: Doc. Hryniewiecki, jak sam przyznaje, został wybrany na dowódcę, bo był najwyższy. Nie było panu żal, że to nie pan?

P.P.:Ambicji dowodzenia nie miałem. Na pewno nie w wojsku.

MT: Czy lubi się pan podporządkowywać?

P.P.:Chyba zawsze byłem dość samodzielny. Prawdą jest, że z biegiem czasu szefów nade mną jest coraz mniej, zostają ci najważniejsi. Bez szefów również daję sobie radę.

MT: Pana żona jest lekarką - neurologiem dziecięcym z WUM. Czy to miłość ze studenckiej ławy?

P.P.:Można tak powiedzieć. Poznaliśmy się na pierwszym roku studiów, pobraliśmy - już po studiach. Nie byliśmy nigdy w tej samej grupie studenckiej. Natomiast wtedy życie studenckie burzliwie toczyło się w Anatomicum. Można powiedzieć, że to było miejsce, w którym pierwszy raz dostrzegłem moją przyszłą żonę. To był impuls. Tego się nie da opisać.

MT: Umówił się pan na randkę?

P.P.:Niestety, nie od razu. Dlatego trwało to kilka lat.

MT: Zobaczył pan fascynującą kobietę i przez te wszystkie lata tylko się pan jej przyglądał?

P.P.:Nie, nie. Aż tak nieśmiały nie jestem.

MT: Małżeństwo lekarza z lekarką to dobry wybór?

P.P.:Bardzo dobry. Polecam wszystkim. Oznacza duże zrozumienie, co nie znaczy, że jeżeli małżeństwo jest różnej profesji, zrozumienia nie ma. Jednak taka sytuacja umożliwia większe wzajemne zrozumienie. I wyrozumiałość, co też ma niebagatelne znaczenie.

MT: Czy sprawy zawodowe nie stanowią wtedy części życia rodzinnego?

P.P.:Oczywiście, że tak. Trudno sobie wyobrazić, że się zamyka szufladę, wraca do domu i wchodzi w zupełnie inne kapcie. Odczucia, problemy w sposób naturalny są przenoszone. Cudownie jest, gdy ma się możliwość porozmawiania z osobą życzliwą, wyrozumiałą, która w dodatku różne rzeczy wie, bo jest z tzw. branży.

MT: Czy żona ma podobne usposobienie?

P.P.:Moja żona jest po prostu wspaniała i już.

MT: Kiedy uświadomił sobie pan, że to właśnie ta kobieta jest dla pana szczególna?

P.P.:Cały czas to sobie uświadamiam. Miłość to nie jest iluminacja, odkrycie wszystkiego. To jest pewien proces, który się toczy nieprzerwanie od 20 prawie lat, od kiedy jesteśmy małżeństwem, i cały czas się pogłębia. Pewnie więcej będę wiedział za kolejne 20 lat.

MT: Jest pan również ojcem trójki dzieci.

P.P.:Mam córkę w liceum i dwóch chłopców - bliźniaków jeszcze w szkole podstawowej. To jest dla nas wielkie, wspaniałe doświadczenie, bo cała trójka jest różna. Nawet bliźniaki różnią się zarówno pod względem fizycznym, jak i potrzeb emocjonalnych. Rodzina to jeden z tych dużych kamieni, które trzeba włożyć do naczynia.

MT: Czy ma pan nadzieję, że dzieci pójdą w pana ślady?

P.P.:Najważniejsze, żeby umiały znaleźć własną pasję i własną drogę. Katarzyna, która jest w II klasie liceum, poważnie rozważa pójście na medycynę. Jeżeli tak zrobi, będzie bardzo dobrze. Jeżeli nie, też będzie bardzo dobrze. Jej wybór, jej życie. Oczywiście czynnikiem sprzyjającym lub czynnikiem ryzyka jest fakt, że rodzice są lekarzami i lubią to, co robią, lub jeśli pani woli, robią to, co lubią. Ale powinna pójść swoją drogą.

MT: Jak pan reaguje na plany córki?

P.P.:Wie, że to nie najłatwiejszy kawałek chleba. Zresztą sama musi mieć pewne odczucie, patrząc na aktywność żony i moją. Należy jednak do osób, które mają swoje wizje i potrafią je spokojnie realizować.

MT: A pan nie żałuje swojego wyboru?

P.P.:Zdecydowanie nie. Medycyna pozwala zrealizować wiele potrzeb, intelektualnych, emocjonalnych. To nie jest łatwe, ale czy chodzenie po górach jest łatwe? Jednak ludzie chodzą. Nie twierdzę, że medycyna jest czymś prostym, łatwym, ale pewnie większość zawodów też ma swoje wyzwania.

MT: Kardiologia jest tym szczególnym wyzwaniem?

P.P.:Zapewne był czas, kiedy, jak większość młodych studentów medycyny, fascynowała mnie chirurgia. Aczkolwiek tzw. medycyna zachowawcza też ma swoje bardzo mocne strony. Na wybór kardiologii wpływ mieli ludzie, których spotkałem podczas studiów. To oni uchylili okienko, przez które mogłem zajrzeć i zobaczyć, co jest szczególnie interesujące.

MT: Kto panu to okno uchylił?

P.P.:Pewnie wiele osób. Długo pracowałem w Klinice Chorób Wewnętrznych i Nadciśnienia Tętniczego. Szczególne znaczenie miała prof. Barbara Dąbrowska, w której zespole pracowałem przez wiele lat. Także prof. Januszewicz - ówczesny szef tej kliniki, oraz prof. Chodakowska. Pamiętam też zajęcia z kardiologii podczas studiów. Wiele z nich było dla mnie prawdziwą przygodą intelektualną. Funkcjonowanie układu krążenia było dla mnie czymś szczególnie logicznym. W porównaniu z innymi dziedzinami chorób wewnętrznych, szczególnie w kardiologii można było myśleć, że układa się, przynajmniej dla mnie, w pewną całość. Poza tym serce jest czymś magicznym. Znacznie bardziej niż prawa czy lewa nerka. Ten argument też miał znaczenie.

MT: Później zaczął się pan specjalizować w zatorowości płucnej. Trudno być specjalistą w tak wąskiej dziedzinie?

P.P.:Nie sądzę, żeby to była wąska specjalność. Każdy ma swoją drogę dochodzenia do różnych rzeczy. W początkowym okresie mojej pracy zajmowałem się badaniami holterowskimi, później pewien czas spędziłem w Waszyngtonie, gdzie pochłaniała mnie kardiologia eksperymentalna. Praca laboratoryjna miała swoje plusy, choć brakowało mi tej dozy emocji, która wiąże się z pracą klinicysty. Potem zacząłem zajmować się badaniami echokardiograficznymi, za pomocą których można różne rzeczy ocenić i zajmować się bardziej szczegółowo patologiami zastawek albo np. zatorowością płucną. Poza tym jak do tej pory zawsze miałem szczęście spotykać szczególnych ludzi. Był czas, kiedy w jednym pokoju pracowałem razem z Tomkiem Pasierskim i Adamem Torbickim. I nikt wówczas nie przypuszczał, że każdy z nas zostanie profesorem i szefem ośrodka klinicznego. Do tej pory łączy nas szczera przyjaźń. I choć nie spotykamy się na popołudniową herbatę, mamy świadomość, że zawsze możemy na siebie liczyć.

MT: Koledzy mówią o panu tak: „Niezwykle opanowany, milczy, ogarnia rzeczywistość z góry, jednostka wybitna”.

P.P.:Tak mówią? Pewnie do osób bardzo emotywnych nie należałem. I bardzo dobrze. Nigdy też nie byłem specjalnie gadatliwy, choć pewnie ta rozmowa tego nie potwierdza. Staram się dużo rozmawiać zarówno z pacjentami, jak i moimi współpracownikami. Rodzina też nie narzeka. Pewnie nie jestem typem gawędziarza.

Rozmawiała Olga Tymanowska (fot. Włodzimierz Wasyluk)