Dostęp Otwarty

Koło zamachowe

Wywiad z prof. Stanisławem Czekalskim

Powrót do korzeni

Wielka Interna to podręcznik napisany nowocześnie, kompetentnie zredagowany, prezentujący szeroką, najbardziej aktualną wiedzę. Każdy rozdział ułożony jest według określonego schematu, co oddaje dydaktyczny, a zarazem oparty na twardych dowodach charakter Wielkiej Interny. Do napisania tego podręcznika zaproszono wielu znakomitych autorów, którzy pracowali pod bacznym okiem redaktorów. Starali się oni nadać tej książce jednolity charakter, jednocześnie eksponując to, co jest ważne z punktu widzenia patofizjologii i praktyki klinicznej. Myślę, że jest to największa zaleta tego podręcznika. Czuję się zaszczycony, że współtworzyłem podręcznik do nefrologii i mam nadzieję, że spełni on swoją rolę jako pomoc dydaktyczna. Wielka Interna to podręcznik źródłowy, nowoczesny i przejrzysty. Choroby wewnętrzne dzielą się na coraz węższe specjalizacje. Przez to coraz trudniejsze staje się całościowe spojrzenie na pacjenta, tak więc szeroka wiedza podana w zwięzły i zrozumiały sposób jest niezbędna. W nefrologii dobrym przykładem jest cukrzycowa choroba nerek, której leczenie wymaga wiedzy o cukrzycy i licznych jej powikłaniach narządowych daleko wykraczających poza obręb nerek. Wielka Interna to ważny krok w kierunku ponownej integracji chorób wewnętrznych.

O poszukiwaniu prawdy i wartościach, które nadają sens życiu rozmawiamy z prof. Stanisławem Czekalskim, kierownikiem Katedry i Kliniki Nefrologii, Transplantologii i Chorób Wewnętrznych UM w Poznaniu

MT: Nie lubi pan mówić o swoich osiągnięciach naukowych. Skąd ta skromność?

PROF. STANISŁAW CZEKALSKI:Każdy sukces weryfikuje historia i myślę, że dlatego naukowców powinna cechować skromność. Oczywiście, wytrwała praca jest podstawą sukcesu, ale sens naszej działalności naukowej dają wyniki, które będą służyły innym.

MT: Poszukiwanie prawdy staje się coraz trudniejsze. Im więcej wiemy, tym bardziej dostrzegamy, ile jeszcze przed nami.

S.Cz.:Ale dzięki temu następuje rozwój wiedzy. Przykładem może być nefrologia. Jak mówi wielki internista prof. Franciszek Kokot, nefrologia stała się kołem zamachowym rozwoju medycyny XX wieku. Myślę, że nie ma w tym przesady, bo wielkim osiągnięciem nefrologii, które dało impuls rozwoju innych specjalności było wprowadzenie leczenia nerkozastępczego - hemodializoterapii i dializoterapii otrzewnowej. Te metody leczenia przełamały barierę biologicznej śmierci z powodu niewydolności nerek. Nerka była także pierwszym narządem unaczynionym, który przeszczepiono u człowieka, stwarzając podstawy transplantologii. Zwalczanie mechanizmów odrzucania przeszczepu nerki stało się także stymulatorem rozwoju immunologii klinicznej i szerokiego stosowania leków immunosupresyjnych.

MT: Jak pan wspomina początki swojej kariery medycznej?

S.Cz.:Pierwszą hemodializę w Polsce wykonano w II Klinice Chorób Wewnętrznych mojej Alma Mater, której kierownikiem był prof. Jan Roguski. Byłem wtedy studentem i naiwnie wierzyłem, że przyszłość medycyny należy do sztucznych narządów. Pragnąłem uczestniczyć w upowszechnianiu leczenia choroby dotychczas nieuleczalnej. Duży wpływ wywarła na mnie osobowość prof. Jana Roguskiego i jedna z jego pasji - równowaga wodno-elektrolitowa i kwasowo-zasadowa organizmu. To biochemiczne podejście do patofizjologii poprzedziło erę badań molekularnych. Pamiętam jeden z wykładów prof. Roguskiego, podczas którego wykazał pokorę wobec postępu wiedzy. Przez wiele lat pisał monografię na temat patogenezy i leczenia obrzęków. Już po oddaniu książki do druku dokonano odkrycia nowego hormonu - aldosteronu. Wyznał nam, studentom, że niektóre hipotezy, które sformułował w swoim dziele okazały się nieaktualne.

MT: Nie zastanawiał się pan nad wyborem innej specjalizacji?

S.Cz.:Studiując, starałem się spojrzeć na medycynę z kilku perspektyw. Na wydziale lekarskim nie było obowiązkowych praktyk wakacyjnych. Jednak zdecydowałem się odbyć praktykę z chirurgii i interny po IV roku studiów w szpitalu powiatowym w Wałczu. Pracowały tam także siostry szarytki. Pewnej nocy pochylił się nade mną biały anioł w charakterystycznym czepcu, delikatnie potrząsnął moim ramieniem i powiedział: „Panie doktorze, proszę wstać. Nie ma kto operować, a mamy pacjenta z ostrym zapaleniem wyrostka”. I tak przy asyście siostry szarytki zoperowałem „ostry wyrostek”. Było to wspaniałe przeżycie, które do dziś pamiętam. Później był obowiązkowy staż podyplomowy na oddziale chirurgii, który realizowałem w Szpitalu Miejskim w Toruniu. Dr Donat Massalski, ordynator oddziału, a wcześniej chirurg spod Monte Cassino, uważał, że będę dobrym chirurgiem. Dzięki temu asystowałem przy wielu operacjach, a kilka z nich przeprowadziłem pod jego okiem. Poczułem smak satysfakcji, jaką daje chirurgowi udany zabieg operacyjny. Ale odkryłem również, że najczęściej sukces ten jest związany z właściwie postawioną diagnozą. A tę zazwyczaj stawia dobry internista.

MT: Miał pan talent i zwinne ręce. Czemu zrezygnował pan z chirurgii?

S.Cz.:Zanim dokona się wyboru specjalizacji, dobrze jest przyjrzeć się specyfice przynajmniej kilku z nich. Przyznam, że w każdej z podstawowych dziedzin medycyny klinicznej miałem ofertę pracy. Zaraz po stażu zaoferowano mi stanowisko asystenta w klinice pediatrii. Ale w czasach, gdy nie było przeszczepów szpiku, tragedia dzieci chorych na białaczkę, bo na takim oddziale pracowałem, okazała się zbyt dużym wyzwaniem emocjonalnym. Ofertę odrzuciłem. Poza tym, jak wspomniałem wcześniej, już jako student spotkałem mistrza. To też zdecydowało, że mając kilka możliwości wybrałem internę jako wstęp do nefrologii.

MT: I dzisiaj nie żałuje pan tego wyboru?

S.Cz.:Na pewno spełniłem swoje zamierzenia. Jako najważniejsze z nich uznałem promocję młodych, zdolnych ludzi, którzy chcieli iść moim śladem. Uznałem, że ważne jest, by móc spojrzeć na medycynę nie tylko z polskiej perspektywy. Boleję, że obecnie moi asystenci, a zwłaszcza asystentki, bo medycyna się feminizuje, nie chcą jeździć na staże zagraniczne. Tym bardziej, że ja długo czekałem na swoją szansę. Przez 10 lat od momentu uzyskania dyplomu odmawiano mi wydania paszportu bez podania przyczyny. W końcu, w epoce Gierka, udało mi się wyjechać na staż naukowy do Paryża, a nawiązana współpraca umożliwiła mi późniejszą pracę przez rok jako profesor nadzwyczajny na tamtejszym uniwersytecie. Pracowałem także jako wizytujący naukowiec w Fundacji i Klinice Mayo. Do dziś pamiętam dzień, kiedy musiałem w gronie krytycznych kolegów przedyskutować własny projekt badawczy związany z rozwojem powikłań przewlekłej niewydolności nerek. Pamiętam liczne popołudnia, gdy razem z innymi członkami zespołu recenzowaliśmy prace przysyłane z redakcji najlepszych czasopism światowych. Rano otrzymywaliśmy odbitki i o 16.00 profesor po kolei prosił nas o ocenę wartości pracy, nigdy nie ujawniając własnej. Dla mnie to była nie lada nauka, zwłaszcza gdy praca oceniona przeze mnie wysoko została potem ostro skrytykowana przez starych wyjadaczy. Dziś się zastanawiam czy to nie wyrobiło we mnie nadmiernego krytycyzmu.

MT: Nie miał pan pokusy, aby uciec do tej lepszej, doskonalszej medycyny?

S.Cz.:Miałem pokusę. I miałem propozycję. Poza tym przed 1980 rokiem moja żona chciała, by dać nam, a zwłaszcza dzieciom szansę na życie w wolnym kraju. Nigdy nie byłem członkiem partii, w związku z czym zaliczano mnie do opozycji. W latach 1980-81 udało mi się zorganizować wyjazd wraz z rodziną do Grecji na Międzynarodowy Zjazd Nefrologiczny. Stamtąd miałem z kolegami z USA jechać do kliniki Mayo. Ale władza ludowa nie zezwoliła na wyjazd mojemu najmłodszemu synkowi, który był wtedy małym dzieckiem. I kiedy w Grecji mieliśmy podjąć ostateczną decyzję, starsze dzieci powiedziały, że one wrócą pieszo do brata, a my możemy jechać. Ta argumentacja przeważyła i wróciliśmy do Polski. Przyznam, że emigrację rozważałem tylko ze wzglądu na dobro rodziny, bo wielopokoleniowa tradycja mojej rodziny, ich walka o niepodległość Polski, zobowiązywały mnie do pozostania w kraju. Emigracja nigdy nie była moim marzeniem, a raczej wynikiem utraty nadziei, że w Polsce coś się zmieni. Na szczęście się zmieniło.

MT: Pana żona jest lekarzem ortopedą i specjalistą rehabilitacji. Poświęciła karierę naukową dla pana i dzieci?

S.Cz.:Myślę, że gdyby przedłożyła karierę naukową nad obowiązki żony i matki, to na pewno Jej kariera łatwiej by się potoczyła, bo moja szła jak po grudzie. W 1963 r. uzyskałem dyplom lekarza. Nie mogłem dostać się na staż podyplomowy. Musiałem go realizować na wolontariacie, a potem czekać na etat w wymarzonej klinice. Moja żona miała lepsze warunki startu zawodowego, jest skrupulatna i odpowiedzialna i z pewnością osiągnęłaby o wiele więcej niż doktorat w „karierze” naukowej, gdyby nie Jej hierarchia wartości i pewne zdarzenie, z którego dziś żartujemy. Na wstępną wersję jej pracy habilitacyjnej wylał się sok z kiszonej kapusty, którą niosła do domu i to położyło kres jej ambicjom naukowym. Żona zawsze miała poważne podejście do życia. Byliśmy kolegami z tego samego roku. Od początku wiedziałem, że mamy pewne wspólne wartości moralne, etyczne i rodzinne. Wiedziałem również, że będzie to osoba, która postawi mi wysokie wymagania, i że będzie to najlepsza matka moich dzieci. Ale to nie była miłość, która wybuchła od razu. Po pierwszym spotkaniu pomyślałem nawet, że traktuje ona życie zbyt serio. A ja miałem wiele zainteresowań. Chodziłem jako wolontariusz na historię sztuki, udzielałem się w ognisku plastycznym, uprawiałem różne sporty, chętnie tańczyłem i startowałem nawet w konkursach tanecznych. Ale przy następnych spotkaniach coraz bardziej doceniałem wartości, które ona reprezentuje i jej niezwykłą urodę. Ślub wzięliśmy po studiach, dopiero gdy dostałem etat w Klinice.

MT: Wychowywał się pan w konserwatywnym domu?

S.Cz.:Jestem zdecydowanym przeciwnikiem ultranowoczesności. Nie uważam, by kontynuowanie tradycji czy reprezentowanie pewnych wartości świadczyło o konserwatyzmie. Mówiąc o moim domu rodzinnym, powiedziałbym raczej „dom, który reprezentował tradycyjne, polskie wartości”. Chciałem stworzyć swój własny dom oparty na podobnych zasadach. Mam troje dzieci. Wszystkie ukończyły już studia, założyły rodziny. Jestem też dziadkiem dziewięciorga wnucząt: siedmiu chłopców i dwóch dziewczynek. W przeszłości postawiłem moim dzieciom trzy wymagania: mają ukończyć studia, biegle znać jeden język obcy i dobrze prowadzić samochód. Nie wyobrażałem sobie też, żeby zakładali rodzinę przed skończeniem studiów i podjęciem pracy, bo rodzina to odpowiedzialność, również finansowa. Myślę, że w tym zakresie odnieśliśmy z żoną sukces.

MT: Nie było warunku, że wszyscy mają skończyć medycynę?

S.Cz.:Przeciwnie. Chciałem, by dokonali własnego wyboru. Medycyna nie była pierwszym kierunkiem, o którym pomyślałem. Najpierw chciałem studiować architekturę, ale musiałbym wyjechać do Krakowa. Miałem zaledwie 17 lat i rodzice się nie zgodzili, bym studiował poza Poznaniem. Potem chciałem być geologiem, ale niestety moja matka była kierownikiem katedry geologii w Poznaniu i uważała, że nie wypada, bym kształcił się na kierunku, którym ona kieruje. Pozostała medycyna, nauka, która ma służyć człowiekowi. Dziś nie żałuję.

Rozmawiała Olga Tymanowska (fot. Włodzimierz Wasyluk)