Dostęp Otwarty

Mówią o nim Władysław Budowniczy

Wywiad z prof. Władysławem Sułowiczem

Wielka Interna, czyli kumulacja doświadczenia
Miałem przyjemność współpracować z prof. Michałem Myśliwcem przy tworzeniu podręcznika do nefrologii. Mam dla niego duży szacunek, bo jest bardzo skrupulatny i precyzyjny, a ja, mając również doświadczenie w redagowaniu czasopism naukowych, potrafię to docenić. Z przekonaniem mogę powiedzieć, że prof. Myśliwiec jest gwarantem dobrze napisanego podręcznika. Wielka Interna jest bardzo ważnym źródłem wiedzy zarówno dla młodych adeptów medycyny, jak i dla tych, którzy posiedli już pewne wiadomości, a chcą sobie je utrwalić. Dobór właściwego podręcznika jest niezwykle ważny, bo ewentualne błędy w nim zawarte sprawiłyby, że młode pokolenie lekarzy rozpoczęłoby swoją przygodę z medycyną, bazując na nieprawdziwych danych i nieprecyzyjnych informacjach. Dlatego tak ważne jest, żeby redakcją podręczników zajmowały się osoby doświadczone, które robią to profesjonalnie i solidnie.Wielka Interna to moim zdaniem bardzo dobry podręcznik, który z pewnością znacznie ułatwi uczenie się do egzaminów i specjalizacji. Wiedza zawarta w nim pozwala szeroko spojrzeć na obszar nefrologii, a zarazem jest przedstawiona w sposób nowoczesny, spójny i przejrzysty. W ostatnich latach ukazało się kilka podręczników. Ten jest naprawdę dobry. Można z niego zacząć korzystać już na studiach, bo jest napisany jasnym, prostym i zwięzłym językiem. Polecam go także lekarzom specjalizującym się w nefrologii oraz specjalistom innych dziedzin.

O zbawiennym pracoholizmie i cudach rozmawiamy z prof. Władysławem Sułowiczem, kierownikiem Kliniki Nefrologii CM UJ

MT: Zwiedziłam pana klinikę, wszędzie bardzo czysto, wnętrza ładnie urządzone, wyremontowane pokoje. Jak buduje się taki ideał?

PROF. WŁADYSŁAW SUŁOWICZ:W powstanie kliniki włożyliśmy dużo serca i pracy. O stworzeniu takich warunków dla pacjentów marzyłem jeszcze jako młody lekarz. Obiecałem sobie wówczas, że pacjenci na moich oczach nie będą bezsensownie umierać z powodu braku pieniędzy, kwalifikacji do dializoterapii oraz limitów wieku. Gdy rozpoczynałem pracę jako kierownik tej kliniki, w 1989 roku, dializowaliśmy w programie przewlekłym ok. 40 chorych, a pacjenci wymagający założenia przetoki czekali na zabieg w klinice chirurgii nawet dwa tygodnie. Chory z nefrologii był dla zespołu chirurgicznego dodatkowym, nie zawsze chcianym obciążeniem. Nie mogłem się z tym pogodzić. Dziś w klinice dysponujemy własną salą operacyjną.

MT: W środowisku nefrologów ma pan przydomek Władysław Budowniczy.

W.S.:Prof. Hanicki, szef Kliniki Nefrologii, odchodząc na emeryturę, przekazał mi szkielet budynku, który wymagał wykończenia. Budowa trwała 11 lat. Brakowało środków. Na dokończenie przewidziano 14,5 mld starych złotych, a potrzebowaliśmy 120. Pojechałem więc do Ministerstwa Zdrowia i po długich staraniach zdobyłem pieniądze. Pierwszych pacjentów dializowaliśmy jeszcze przed oddaniem budynku do użytku. Stacja dializ jest najdłużej działającym miejscem w naszej klinice. Koledzy mówią żartobliwie, że tam nigdy nie gaśnie światło. Kolejnym ważnym krokiem była budowa oddziału intensywnej terapii. Ale naszym szczególnym powodem do dumy jest właśnie sala operacyjna z niezbędnym zapleczem, gdzie zakładane są dostępy naczyniowe (cewniki i przetoki) oraz wszczepiane cewniki otrzewnowe pacjentom leczonym w klinice, jak również najtrudniejszym chorym z województwa małopolskiego i podkarpackiego. Rocznie wykonujemy blisko 700 zabiegów.

MT: Zespół jest na tyle duży, żeby przyjąć wszystkich potrzebujących?

W.S.:Tak, ale limity nałożone na porady ambulatoryjne spowodowały, że i u nas pojawiły się kolejki. Poza tym borykamy się z różnymi problemami: mamy nadwykonania, głównie w ambulatorium, za co NFZ nie zapłacił, podobnie jak nie płaci za wszystkie wykonane procedury. Szpital Uniwersytecki przyjmuje najtrudniejszych i najkosztowniejszych pacjentów. Kiedyś mówiło się, że pieniądze mają iść za pacjentem. Dziś za pacjentem idą tylko kłopoty.

MT: Jest pan znany z umiejętności liczenia pieniędzy i rozrachunków z NFZ.

W.S.:Robię, co mogę. Ostatnio walczę z NFZ o kontraktowanie intensywnej terapii w naszej klinice. NFZ, powołując się na zarządzenie ministra z 1999 roku, uważa, że na oddziale intensywnej terapii powinien być stały dyżur anestezjologa. W naszej klinice sytuacja jest specyficzna, bo oddział intensywnej terapii dedykowany jest tylko pacjentom nefrologicznym. W klinice pracuje dwóch anestezjologów, którzy do południa zabezpieczają pacjentów, natomiast w godzinach popołudniowych intensywną terapią opiekuje się specjalista nefrolog, który w razie potrzeby może wezwać tzw. anestezjologa libero. Na zatrudnienie dodatkowego anestezjologa potrzebne jest dodatkowo 440 tys. zł rocznie, co spowoduje bezsensowne zadłużenie szpitala. Będę walczył i łatwo się nie poddam.

MT: Klinika jest pana oczkiem w głowie.

W.S.:Znam tu każdy kąt. Sam sprawdzałem każde pomieszczenie, wstawienie drzwi i okien, dobierałem wyposażenie, aparaturę, a nawet kolory ścian i płytki podłogowe. Byłem bardzo zaangażowany i wiele się nauczyłem. Nie zapomnę, jak jeden z dyrektorów firmy budowlanej, który nadzorował budowę, poprosił mnie o pomoc w rozwiązaniu problemu, który powstał przy budowie jego własnego domu. W klinice wdrożyliśmy też pewne nowatorskie rozwiązania. W tamtym okresie byliśmy jedyną kliniką nefrologiczną w kraju, która miała tak nowoczesne urządzenia do dializoterapii oraz centralną dystrybucję koncentratu. Sam ją wstępnie zaprojektowałem, wzorując się na tym, co widziałem w zagranicznych placówkach. Po latach ukończyliśmy budowę i dziś czuję, że klinika jest moim dzieckiem, z którym bardzo trudno byłoby mi się rozstać. A jest taka obawa, bo docierają do nas informacje, że choć mieścimy się w nowoczesnym, wybudowanym dla celów dializ obiekcie oraz w stuletnim, odremontowanym budynku, wpisanym do rejestru zabytków, mogą nas przenieść do Krakowa-Prokocimia.

MT: Byłby to ogromny cios dla krakowskiej nefrologii.

W.S.:To prawda. W Krakowie wykonano pierwszą dializę w 1962 roku. Od tamtego czasu wiele się zmieniło. W 1967 roku odbywałem pierwszą praktykę studencką. Dializowani byli w zasadzie tylko młodzi ludzie z ostrą niewydolnością nerek. Wszyscy z przewlekłą niewydolnością umierali. Niewielu otrzymało pomoc, bo początkowo była jedna sztuczna nerka, dializatory przygotowywał zespół i zajmowało to dużo czasu. Na bęben nawijało się celofan służący do produkcji kiełbas. Sprawdzana była jego szczelność, dezynfekowano to parą i wypełniano krwią. Płyn dializacyjny robiło się w dużym kotle, mieszało wiosłem i z tego robiono koncentrat. Błony często pękały i krew lała się strumieniami. Niemałe też było ryzyko infekcji. Jednym z podstawowych problemów był zespół twardej wody, bo nie było stacji uzdatniania i do dializy używało się wody wodociągowej. Część chorych przeżyła ten okres. Jeden z nich rozpoczął dializoterapię w wieku 15 lat. Dziś ma już prawie 50 lat. Takich pacjentów mamy wielu. Zdarzały się też trudne chwile. Czasem z kilkuosobowej sali mogliśmy zakwalifikować tylko jednego pacjenta, dla pozostałych chorych nie starczyło miejsca. Kolejny trudny moment to obowiązujące wtedy limity. Dializowane były tylko pierwotne nefropatie. Nie dializowano osób powyżej 50. r.ż., a później 60. r.ż. Dziś nie ma żadnych ograniczeń. Najstarsza osoba, którą dializowałem przewlekle, miała ponad 100 lat. Uroczyście obchodziła swoje setne urodziny. Podczas wielkiej fety w obecności władz miasta jubilatka zwróciła się do zebranych: „Pamiętajcie, drogie panie, młode zdobi uroda, a starsze zadbanie”.

MT: Skończył pan studia w 1972 roku. Nefrologia wówczas nie zapowiadała się tak obiecująco.

W.S.:Kiedyś trafił do nas pacjent z bardzo wysokim poziomem potasu z porażeniem kończyn. Nie wstawał z łóżka. Już po pierwszej dializie stał na własnych nogach, stwierdzając, że dokonaliśmy cudu. Medycyna uczy pokory i nawet jeśli ma się wiele lat pracy za sobą, nigdy nie można być pewnym rozstrzygnięcia. Pamiętam pacjenta, który był podłączony do respiratora przez trzy tygodnie. Z dnia na dzień jego stan się pogarszał. Już nie wierzyłem, że uda się go uratować. A on dziś jest w dobrej formie. Mieliśmy też pacjenta, który był tak osłabiony, że upadł w toalecie, i na własnych rękach go stamtąd wynosiłem. Ważył 38 kg. Pamiętam, pojechałem kiedyś Pod Wadowice na wieś, a on w polu kosił. Takie momenty dodają nam wiary w sens tego, co robimy. Dziś wiem, że wybór zawodu był słuszny, choć o wszystkim zdecydował przypadek. Wychowywałem się w małej miejscowości pod Nowym Sączem. Mój przyjaciel namówił mnie, żebyśmy poszli do technikum górniczego w kopalni Wujek. Zostaliśmy przyjęci. O zmianie decyzji zadecydowało ostatnie wypracowanie z języka polskiego na temat: „Kim chcę być w przyszłości”. Napisałem, że chciałbym zostać lekarzem. Nauczycielka zareagowała pozytywnie: Dobrze się uczysz, możesz pójść do liceum i na studia. I tak też zrobiłem.

MT: Wśród nefrologów ma pan opinię pracoholika.

W.S.:Dużo czasu spędzam w klinice, ale mam też inne pasje. Zajmuję się sportem. Chętnie grywam w ping-ponga. Mam kolegów nefrologów, którzy chcieli mnie ograć, a jeden z nich w tym celu wykupił sobie nawet lekcje z instruktorem. Nie udało mu się, bo gdy potrzeba, gram prawą i lewą ręką. Poza tym lubię tenisa ziemnego, golfa, jeżdżę na nartach. Mogę się też uznać za kawalarza. Kiedyś po jednym z kongresów naukowych w Zakopanem zorganizowano ognisko, podczas którego gazda opowiadał dowcipy. Zaproponował, żeby któryś z nas spróbował opowiedzieć kawał. Stanąłem do pojedynku i po godzinie wyszedłem z niego zwycięsko. Znajomi się śmieją, że klinika pochłania moje życie. Ale ja myślę, że najważniejsze to umieć wszystko sobie poukładać. Nie tylko w życiu. Także w gabinecie. Wiem, gdzie stoi każdy segregator.

MT: Jeden z pana kolegów zapytany o pana słabości mówi: Nie ma żadnych słabości, a przynajmniej ich nie ujawnia.

W.S.:Lubię mieć wszystko pod kontrolą, ale jak każdy mam słabości. Jako mężczyzna jestem za bardzo wrażliwy i mam miękkie serce. Łatwo wybaczam.

Rozmawiała Olga Tymanowska (fot. Piotr Kędzierski)