Dostęp Otwarty

Za głosem serca

Wywiad z prof. Arturem Mamcarzem

Wielka Interna
Napisałem rozdział o zaburzeniach lipidowych. To dziedzina, którą interesuję się od dawna. Starałem się przedstawić w sposób praktyczny najważniejsze informacje, by lekarz odniósł z tego jak największą korzyść. Myślę, że wszyscy autorzy w taki sposób potraktowali tę książkę. Medycyna w ostatnim czasie bardzo się rozwinęła i ilość informacji jest tak duża, że trzeba umieć je przefiltrować, przeanalizować i wybrać rzeczy, które są najważniejsze. W ten sposób właśnie staraliśmy się stworzyć Wielką Internę. Pamiętam czasy, gdy od napisania rozdziału do wydania książki mijał tak długi okres, że informacje nie były aktualne. Dzisiaj sytuacja jest jeszcze trudniejsza, bo wiedza rozwija się znacznie szybciej. Gratulacje dla wydawnictwa Medical Tribune za to, że udało się zebrać ekspertów z różnych dziedzin medycyny, tym bardziej że również kardiologia mocno się podzieliła.Wielka Interna jest przedsięwzięciem ogromnym, bo nawiązuje do tego, z czego moje pokolenie korzystało, ucząc się w trakcie studiów - do wydawanych wówczas podręczników interny, wielotomowych wydawnictw, które były przemyślanymi drogowskazami przygotowanymi przez naszych wielkich nauczycieli. To pozwalało nam mieć szeroki pogląd na internę. Od czterech lat pracuję w miejscu, które jest interdyscyplinarne. Jest to prawdziwy oddział chorób wewnętrznych z zacięciem kardiologicznym. W zespole są specjaliści różnych dziedzin. Potrzebny jest specjalista z zakresu diabetologii, bo większość naszych pacjentów choruje na cukrzycę. Mamy też kilku kardiologów, dwóch gastrologów, koleżanka specjalizuje się w geriatrii. Warszawskie Powiśle to rejon geriatryczny. Wielu naszych pacjentów przekroczyło 90. r.ż. Z niecierpliwością oczekuję kolejnych tomów Wielkiej Interny, bo z doświadczenia wiem, że interna potrzebna jest lekarzowi na co dzień.

O fascynacji, ludziach z pierwszych stron gazet i nieuniknionej rzadkości rozmawiamy z prof. Arturem Mamcarzem, kierownikiem III Kliniki Chorób Wewnętrznych i Kardiologii WUM

MT: W pana gabinecie wiszą różne portrety, karykatury, medale, a nawet popiersie marszałka Piłsudskiego...

PROF. ARTUR MAMCARZ:To pasja, którą odziedziczyłem po ojcu. Wychowałem się w patriotycznym domu. Ojciec ma ogromny zbiór pamiątek po marszałku. W Polsce jest wielu zbieraczy pamiątek, więc można je kupić lub wymienić. Zresztą mam wiele zainteresowań.

MT: Jak muzyka? Skończył pan szkołę muzyczną i został kardiologiem.

A.M.:Grałem na fortepianie. Dziś nie mam na to wiele czasu. Natomiast czasem, gdy jestem w miejscach, gdzie można pograć, chętnie to robię. Na wybór medycyny złożyło się wiele elementów. Nie jestem warszawiakiem i nie pochodzę z rodziny lekarskiej. Moi rodzice mieszkają w Skarżysku-Kamiennej. Kiedy wybierałem kierunek studiów, mieszkaliśmy w Starachowicach, gdzie się urodziłem. Miło wspominam tamten okres. Chętnie jeżdżę w Góry Świętokrzyskie i przypominam sobie pierwsze fascynacje tym regionem. Pewną rolę w wyborze studiów odegrał mój wychowawca w szkole średniej, germanista, który dostrzegał w nas różne zainteresowania. Dużo rozmawialiśmy. On podróżował do Niemiec, skąd przywoził nam karty z restauracji. Uczyliśmy się nazw potraw, które są typowe dla danego regionu. Rozmowy z nim, a także moje zainteresowania biologią i chemią zdecydowały o tym, że zacząłem myśleć o medycynie. Ale tak naprawdę największe wsparcie miałem w domu. Rodzice mówili, że lekarz to piękny zawód.

MT: Każdy młody człowiek wyobraża sobie, że gdy skończy medycynę, będzie wybitnym operatorem, chirurgiem...

A.M.:Myślałem o położnictwie, ale szybko zainteresowałem się kardiologią. To było między I a II rokiem, kiedy odbywałem praktyki pielęgniarskie w szpitalu przy ul. Grenadierów. Razem z kolegami z roku pomagaliśmy pielęgniarkom, wypełnialiśmy polecenia lekarzy, dyżurowaliśmy, żeby zobaczyć, w jaki sposób lekarze ratują życie. Do dziś pamiętam pacjenta, który po zawale serca czekał na wypis ze szpitala. I nagle zasłabł. Pamiętam ciąg zdarzeń, które następowały po sobie w szalonym tempie. EKG wykazuje całkowity blok przedsionkowo-komorowy. Szybka reanimacja, elektroda zakładana do serca pod kontrolą monitora. Częstość serca 20 uderzeń na minutę i spada. Skuteczna stymulacja. Skóra odzyskuje różowawy kolor. Częstość serca rośnie. Poprawa przepływu mózgowego. Pacjent stabilny. To było dla mnie fascynujące. Nie miałem już wątpliwości, że chcę być kardiologiem. Prof. Jerzy Kuch prowadził Klinikę Kardiologii w Szpitalu Bródnowskim. Po studiach zapytałem go, czy ma etat. Powiedział, że chyba nie. Zapytał jednak, jaką uzyskałem średnią, a że miałem dobrą, obiecał, że przemyśli sprawę. Następnego dnia przyjął mnie do pracy.

MT: A jednak odszedł pan ze Szpitala Bródnowskiego...

A.M.:Pracowałem tam ponad 20 lat. W życiu człowieka przychodzi czas na podejmowanie decyzji i jeśli pojawia się propozycja, by w innym zespole, w innej klinice i choć w mniejszym szpitalu, ale również w środowisku akademickim objąć kierownictwo kliniki, bo jej szef odchodzi na emeryturę, warto z niej skorzystać. Zespół jest ukształtowany, ale i plastyczny, bo młody, i można razem z nim się rozwijać. Taką mam też naturę - wielu rzeczy uczę się od innych. Te zasady wpoił mi prof. Kuch, mój pierwszy szef, mistrz i przyjaciel, którego śmierć bardzo przeżyłem. Był on kontynuatorem szkoły prof. Askanasa. Mawiał, że wielkość jego zespołu jest wielkością jego adiunktów, dlatego każdy z nas musiał coś wiedzieć najlepiej.

MT: Dziś pana zainteresowania koncentrują się m.in. wokół dwóch skrajnych rzeczy - nadciśnienia u osób w wieku podeszłym oraz medycyny sportowej.

A.M.:Nadciśnieniem u chorych w wieku podeszłym interesuję się trochę z konieczności. Nasi pacjenci to w większości takie osoby. Natomiast medycyna sportowa to fascynacja. Pierwszym kardiologiem sportowym był właśnie prof. Kuch. W jego klinice przewijali się znani sportowcy, których konsultował. Rzadko wymagali hospitalizacji, ale zawsze konieczna była opinia, a wówczas nie było zinstytucjonalizowanej opieki kardiologicznej nad sportowcami. Pacjentami byli wybitni maratończycy, wioślarze, szermierze, ludzie z pierwszych stron gazet. Dostałem nawet autograf od jednego z medalistów olimpiady z lat 60. z czwórki floretowej, który jest naszym pacjentem. To bardzo interesujący człowiek, bo nie dość, że jest olimpijczykiem, to jeszcze skończył akademię sztuk pięknych, maluje. Znam wielu wybitnych sportowców, mistrzów i medalistów olimpijskich, mistrzów świata. Zawsze chętnie z nimi rozmawiam, nie tylko o zdrowiu.

MT: Sportowcy są najczęściej zdrowi.

A.M.:Ale zdarzają się patologie: nadciśnienie tętnicze, wady serca, zaburzenia rytmu. Wszyscy są przerażeni, gdy zdarzy się coś złego. Ostatnio mieliśmy konsylium w sprawie wybitnej zawodniczki. Na szczęście to był fałszywy alarm i na podstawie cyklu diagnostycznego uznaliśmy, że jest zdrowa i może uprawiać sport na takim poziomie. Nie mamy poczucia, że wszystko wiemy, bo każdy problem kliniczny trzeba wnikliwie ocenić. Najłatwiej jest wydać opinię dyskwalifikującą. Jakiś czas temu przyjmowałem juniora, u którego ktoś wykrył schorzenie i zakazał uprawiania sportu. Co to znaczy dla 17-latka, który od wielu lat poświęca wolny czas na treningi? Na szczęście mogłem wydać pozytywną opinię.

MT: Czasem są też opinie dotyczące dramatycznych sytuacji, jak w przypadku śmierci Kamili Skolimowskiej z powodu zatoru płucnego.

A.M.:Wiemy, że nie uda nam się zapobiec wszystkim nagłym zgonom w sporcie. Nie odkryjemy wszystkich tajemnic. Powtarzam za dr. Wojciechem Braksatorem, pierwszym przewodniczącym sekcji kardiologii sportowej PTK (dziś ja pełnię tę funkcję), że to jest tzw. nieunikniona rzadkość. Natomiast struktura opieki kardiologicznej nad sportowcami zmierza ku temu, by wyeliminować przypadki, gdzie ryzyko jest większe. Kilka razy udało nam się wykryć u sportowca ubytek w przegrodzie międzyprzedsionkowej, u znanej zawodniczki wadę zastawki płucnej, u innych nieprawidłowości zastawki aortalnej, wielokrotnie - nadciśnienie tętnicze czy zaburzenia rytmu serca. Skuteczna diagnostyka i terapia nie zamyka im drogi do uprawiania sportu i sukcesów, na które pracowali wiele lat. Widziałem także sportowców, którzy chorują na cukrzycę, jak wybitny wioślarz Michał Jeliński. Wielu choruje na astmę, choć to dziś temat kontrowersyjny. Pracuję jako przewodniczący komitetu wyłączeń terapeutycznych, bo sportowiec, który choruje np. na cukrzycę, musi mieć zgodę na przyjmowanie insuliny, ponieważ ten jeden z najsilniejszych hormonów anabolicznych jest na liście środków zakazanych. Medycyna sportowa wzbudza wiele emocji nie tylko u nas, lekarzy, ale również wśród zawodników, trenerów. Ale pacjentką, która szczególnie zapadła mi w pamięć, była trzydziestokilkuletnia kobieta, która trafiła do mnie z zawałem na jednym z pierwszych dyżurów na kardiologii w szpitalu na Bródnie.

MT: To się bardzo rzadko zdarza w tak młodym wieku.

A.M.:Tak, to prawda, dodatkowo wtedy obowiązywały zupełnie inne sposoby leczenia zawału serca. Nikt jeszcze nie myślał o kardiologii interwencyjnej. Pacjentka po kilkunastu minutach od przywiezienia do szpitala miała migotanie komór. Była zdefibrylowana. Reanimacja była skuteczna. Nasze działanie nie było skomplikowane. Chora była klasycznie leczona z powodu zawału. Wtedy były początki leczenia fibrynolitycznego. Mam wrażenie, że to migotanie komór wystąpiło właśnie po fibrynolizie. Liczyliśmy się z tym, że w trakcie reperfuzji może dochodzić do ciężkich zaburzeń rytmu, i tak właśnie było. Dodatkowym czynnikiem ryzyka było palenie tytoniu. Pani Teresa przychodzi do mnie już od 25 lat. Wtedy była młodą mamą, teraz jest młodą babcią. Weszła w moje życie jako dobry duch, ktoś, kto spowodował, że miałem sporo szczęścia.

MT: Czym jest dla pana szczęście?

A.M.:To moja praca, która jest twórcza i pasjonująca, oraz moja rodzina. Żona jest lekarzem dermatologiem. Zrobiła też specjalizację z alergologii. Jest szefową poradni alergologicznej na Pradze. Prowadzi również firmę, która poprawia nastrój i powoduje, że wiele kobiet, a także mężczyzn, którzy korzystają z postępu medycyny estetycznej, czuje się lepiej. Widzę, że sprawia jej to ogromną satysfakcję. Mamy dwie córki. Jedna ma 20 lat i jest na I roku fizjoterapii na WUM. Jej życiową pasją jest taniec. Druga skończyła SGH. Jest product managerem w L'Oréalu. Oczekujemy wnuczki. Moja rodzina to właśnie moje szczęście i największa życiowa inspiracja.

Rozmawiała Olga Tymanowska (fot. Włodzimierz Wasyluk)