Dostęp Otwarty

Umiem liczyć, żeby móc leczyć

Wywiad z prof. Kazimierzem Ciechanowskim

Wielka Interna
W gronie twórców Wielkiej Interny znalazłem się na zaproszenie prof. Michała Myśliwca, redaktora tomu „Nefrologia”. Jestem autorem rozdziału dotyczącego oceny czynności nerek. To temat ważny nie tylko dla nefrologów, bo badanie ogólne moczu, układu moczowego czy nerek jest podstawą w diagnostyce. Zasiadając wiele lat w komisjach egzaminacyjnych specjalizacji II stopnia z chorób wewnętrznych, ze zdziwieniem stwierdzałem, że trudności z interpretacją najprostszych badań laboratoryjnych mają nawet specjaliści czy kandydaci na ordynatorów. Później, już jako praktykujący lekarz, niejednokrotnie spotykałem się z faktem, że w badaniu ogólnym moczu opacznie interpretowano infekcję, zaś przeoczono istotniejsze choroby, które w porę rozpoznane miały szansę na wyleczenie, jak np. kłębuszkowe zapalenie nerek. Ciągle zapominamy, że nerki chorują podstępnie i objawy ich schorzeń nie idą w parze z zaawansowaniem choroby. Na te badania postanowiłem zwrócić szczególną uwagę. Są one podstawą wstępnego rozpoznania nefrologicznego, punktem wyjścia do innych badań, a jednocześnie są tanie i możliwe do wykonania w każdym laboratorium. Ważne, by były właściwie interpretowane.

O polityce w medycynie, tajnych zebraniach i walce z pionem partyjnym rozmawiamy z prof. Kazimierzem Ciechanowskim, kierownikiem Kliniki Nefrologii, Transplantologii i Chorób Wewnętrznych PAM

MT: Jest pan młody, wysportowany, codziennie biega pan 20 km.

PROF. KAZIMIERZ CIECHANOWSKI:Tak, to prawda, choć od czterech tygodni mam przerwę ze względu na kontuzję ścięgna Achillesa, co nie znaczy, że się nie ruszam. Tydzień temu wróciłem z Alp, gdzie codziennie pokonywaliśmy ok. 20 km ze średnim przewyższeniem 1200 m. Mieliśmy niezłe tempo, dwa razy szybsze, niż zakładają przewodniki turystyczne, czyli 3 km/h, 300 m w górę. W ciągu jednej godziny robiliśmy 600 m przewyższenia i 800 m deniwelacji. A biegać zacząłem razem z moim młodszym synem, dziś biega cała moja rodzina. Lubimy jechać w góry i dać sobie w kość, bo my, gatunek ludzki, jesteśmy na tak wysokiej pozycji w hierarchii świata zwierząt dzięki temu, że nasi przodkowie biegali, pokonując nawet antylopy na sawannach afrykańskich. Człowiek jest jedynym zwierzęciem przystosowanym do biegów długodystansowych. Jesteśmy w stanie biegać kilkadziesiąt godzin bez przerwy. To jest nasze osiągnięcie ewolucyjne. Społeczeństwa, którym wiedzie się najlepiej, najwcześniej uświadomiły sobie tę ewolucyjną zależność i biegają.

MT: I zdrowo się odżywiają. Jest pan znany z liczenia kalorii.

K.C.:Dzięki temu w ciągu pół roku udało mi się zgubić prawie 7 kg, choć moje BMI nigdy nie przekroczyło 24 - dziś mam 22,5. Choć jako dziecko byłem niejadkiem, zauważyłem, że z wiekiem człowiek staje się coraz bardziej oszczędny nie tylko w sensie finansowym, ale również metabolicznym. Gdy trzęsące się wałeczki na brzuchu utrudniały mi bieganie, postanowiłem coś z tym zrobić. Chudłem powoli, kilogram na miesiąc, jedząc tylko tyle, ile mogłem spalić.

MT: Nie marzył pan o karierze sportowca?

K.C.:Kiedy miałem kilkanaście lat, zacząłem biegać. Od czasu do czasu budziła się we mnie myśl, że może mógłbym być sportowcem, ale dochodziłem do wniosku, że wszystko, na co byłoby mnie stać, to bieg na 5 km o minutę dłużej niż polska czołówka, i choć pewnie jakieś ligowe punkty bym zdobywał, w mistrzostwach Polski nigdy nie wziąłbym udziału. Postanowiłem, że sport będę traktował hobbystycznie. W małej wiejskiej szkole podstawowej w Chwarstnicy, 25 km od Szczecina, o sporcie wiele nie myślałem. Kolegom wystarczała piłka, papierosy i tanie wino, a ja czytałem książki. W szóstej klasie przeczytałem ich ponad 200, co do tej pory stanowi mój życiowy rekord. Potem przyszła szkoła średnia i studia na łódzkiej WAM.

MT: Wojskowa akademia to była dobra decyzja?

K.C.:W tamtych latach funkcjonował mit lekarza wojskowego, co wywodziło się z przekonania (na podstawie przedwojennego centrum szkolenia sanitarnego oficerów), że jest on lepiej wyszkolony. Zresztą wszystkie szpitale wojskowe i resortowe miały wyższy standard, lepsze wyposażenie i uposażenie. To zdecydowało o moim wyborze. Ale WAM szybko się rozczarowałem. Wydawało mi się, że wojsko jest uporządkowaną strukturą, gdzie obowiązują przepisy i zasady.

MT: Odszedł pan na drugim roku. Nie było problemów?

K.C.:Nie, ale tylko dzięki temu, że komendantem WAM był prof. Tadeusz Brzeziński, który też z wojskiem się pożegnał, bo dla twardogłowych okazał się zbytnim liberałem. Był to moment, kiedy zaczęły pojawiać się nowe perspektywy. Służby specjalne państw Układu Warszawskiego wiedziały, że coś się szykuje, i jeszcze przed konklawe mieliśmy tzw. informacje polityczne, na których ostrzegano nas przed kardynałem Karolem Wojtyłą. Ale w pewnym momencie rozległy się w Łodzi dzwony, że został on papieżem. Ogarnęła nas ogromna radość, tylko pion polityczny nie bardzo wiedział, jak zareagować. Przed pierwszą pielgrzymką papieża do Polski, na którą nikt z nas nie mógł się wybrać, bo na ten czas zawieszono wydawanie przepustek, na WAM odbyło się badanie nastrojów. Pamiętam rozmowę z zastępcą komendanta ds. politycznych, który zapytał, co sądzę o pielgrzymce. Odparłem, że widząc klękającego papieża, uwierzyłem, że Grób Nieznanego Żołnierza jest rzeczywiście grobem, bo do tej pory myślałem, że to pomnik.

MT: Były konsekwencje?

K.C.:Nie miałem żadnych nieprzyjemności w przeciwieństwie do kolegów, którzy niosąc szafę po schodach, zarysowali na półpiętrze portrety dowódców państw Układu Warszawskiego.

MT: Z WAM przeszedł pan na PAM.

K.C.:Ale w pewnym momencie wylądowałem na bruku, bo na WAM przestałem istnieć, a na PAM nie zostałem jeszcze przyjęty. Miałem dobre oceny, jednak wywiad na mój temat trwał wiele tygodni. Władze PAM chciały się upewnić, czy nie jestem przestępcą politycznym.

MT: A gdyby WAM uznał, że to jednak było porzucenie?

K.C.:Groziłby mi wyrok, który najpierw w więzieniu trzeba odsiedzieć, a później uzupełnić służbę wojskową, którą, jako człowiek karany, odbywało się w jednostce karnej, np. w Orzyszu.

MT: A bardzo rozrabiał pan politycznie?

K.C.:Nie bardzo. Za swoje jedno z największych osiągnięć uważam udaną rezygnację z fryzjera wojskowego. Z żołdu potrącano nam 15 zł. Raz w miesiącu przychodził fryzjer, pan Staś, który strzygł nas wszystkich. Niestety był alkoholikiem i trzech pierwszych ostrzygł w miarę równo, a pozostałym trzęsącą ręką nacinał uszy. Nawet pół butelki armeńskiego koniaku, którą dostał kiedyś od szefa Sztabu Warszawskiego, na nic się nie zdało. Zgłosiłem więc postulat, żeby z niego zrezygnować, bowiem picie pana Stasia działa na nas demoralizująco i zaburza socjalistyczne stosunki międzyludzkie. Był to mój pierwszy sukces w walce z pionem partyjnym.

MT: Na PAM już się pan nie buntował?

K.C.:Był to rok '80. W męskiej toalecie na PAM w budynku rektoratu za rurą hydrauliczną znalazłem zaproszenie na zebranie w klubie katolickim. Z PAM przyszedłem tylko ja i kolega. I choć mieszkaliśmy w tym samym pokoju w akademiku, z zebrania wracaliśmy oddzielnie. Żaden z nas nie odważył się wspomnieć o zebraniu ani o tym, że się tam widzieliśmy.

MT: Strach był uzasadniony?

K.C.:Spotkania były legalne, bo klub miał koncesję. Ale w tamtych czasach niczego nie można było przewidzieć.

MT: Studia skończył pan jednak bez problemu i w momencie obejmowania kierownictwa kliniki był pan najmłodszym szefem nefrologii w kraju.

K.C.:Miałem wówczas niewiele ponad 40 lat i przyznam, że szykowałem się do kierowania kliniką. Trzeba znać biografie profesorów, wiedzieć, kiedy mogą odejść na emeryturę, by zaplanować własną karierę. Trzeba też mieć dobry zespół. Udało mi się zaangażować w klinice mądrych i zdolnych ludzi. Choć wielu kolegów nie wierzyło, że mi się powiedzie.

MT: Dlaczego?

K.C.:Dałem ogłoszenie, w którym gwarantowałem zrobienie w ciągu dwóch lat doktoratu, otwarcie specjalizacji z chorób wewnętrznych. I ogłoszenie wisiało. Starsi koledzy się śmiali, że nikt w klinice nefrologii nie będzie chciał pracować. Na szczęście nie mieli racji.

MT: Akademicka nefrologia powstała w Szczecinie dopiero pod pana kierownictwem.

K.C.:To był paradoks, bo przecież Szczecin miał jednego z najlepszych polskich nefrologów, prof. Stanisława Czekalskiego, który był kierownikiem Kliniki Endokrynologii. Sam profesor wielokrotnie żartował, że wystarczyło, by na kilka miesięcy wyjechał ze Szczecina, a od razu powstała klinika nefrologii.

MT: Niełatwo było stworzyć coś od podstaw?

K.C.:Nie. Tym bardziej że tu, gdzie dziś jest nefrologia, miała być dermatologia. Po rozmowie z dyrektorem szpitala, dr. Romanowskim, który był temu przeciwny, postanowiłem zaproponować rektorowi PAM utworzenie przy klinice dermatologii pododdziału alergologii. Tłumaczyłem, że za cztery lata prof. Nowak, szef dermatologii, przejdzie na emeryturę i nie będzie miał zastępcy. Obiecałem, że zrobię specjalizację z alergologii i obejmę kierownictwo kliniki z pododdziałem dermatologicznym. Rektor uznał, że jeśli chcę coś zrobić, lepsza będzie nefrologia, a naciski z MZ przesądziły sprawę. Dwa dni później poprosiłem prof. Czekalskiego o otwarcie specjalizacji z nefrologii.

MT: Prof. Nowak poddał się bez walki?

K.C.:Ależ nie, rozpoczęły się przepychanki, listy otwarte, ostre słowa krytyki, każdy bronił swojego. Mimo że rektor zgodził się przeprowadzić rozmowę z prof. Nowakiem, liczne wyzwiska ze strony szefa dermatologii padły właśnie w moim kierunku. Ale przetrwaliśmy.

MT: Stworzył pan nefrologii znakomite warunki, a zespołowi zagwarantował zarobki przekraczające 5 tys. zł brutto dla lekarza po rezydenturze.

K.C.:Niektórzy zarabiają znacznie więcej. Dlatego nie boję się konkurencji, nawet ze strony prywatnych firm.

MT: A syndrom krótkiej kołdry. Pana to nie dotyczy?

 K.C.: U nas w klinice wszyscy są na kontrakcie. Dzięki temu personel ograniczony jest do niezbędnego minimum, ale obowiązuje zasada solidarności: „Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego”.

MT: Obyło się bez protestów?

K.C.:Oczywiście, że nie. Dlatego z każdym przeprowadziłem rozmowę, tłumacząc, o ile wzrośnie jego pensja po przejściu na kontrakt. Dyrekcja poszła pracownikom na rękę. Zgodziła się na roczne bezpłatne urlopy w szpitalu, gwarantując, że po roku pracownicy będą mieli wybór - zostać na kontrakcie lub wrócić do starej formy zatrudnienia. Nikt nie wrócił na etat. To uzdrowiło też stosunki międzyludzkie. Dziewczyny przestały chorować i okazało się, że na dziecko nie trzeba już brać dni wolnych, bo może nim zaopiekować się babcia. Jest jeden warunek: wszyscy muszą pracować na tych samych zasadach, być solidarni, tworzyć jeden zespół.

MT: W środowisku mówi się, że umie pan liczyć pieniądze.

K.C.:Niektórzy szefowie klinik mówią, że są od leczenia, a nie od liczenia, a ja im mówię: jak nie będziesz umiał liczyć, to nie będziesz leczyć.

Rozmawiała Olga Tymanowska (fot. Andrzej Szkocki)