Dostęp Otwarty

Pracoholizm okiełznany

Wywiad z prof. Magdaleną Durlik

Wielka Interna
Jestem autorką rozdziału dotyczącego uszkodzeń nerek w chorobach wątroby. Wiemy, że najczęstszą przyczyną niewydolności nerek i powodem dializoterapii nie jest choroba tkwiąca w nerkach, a choroby ogólnoustrojowe, cywilizacyjne, jak cukrzyca, nadciśnienie tętnicze i miażdżyca. Wymaga to bardzo dokładnego zaplanowania procesu terapeutycznego, bo leczymy nie tylko nerki, ale i schorzenia, które powodują ich uszkodzenie. Czasem dochodzi do niewydolności nerek w chorobach wątroby i na to chciałam zwrócić szczególną uwagę czytelników Wielkiej Interny. Konieczny bywa jednoczesny przeszczep nerki i wątroby. Takie zabiegi są wykonywane także w naszym kraju. Warto o tym pamiętać. Dlatego w Wielkiej Internie lekarz znajdzie wiele przejrzystych algorytmów postępowania różnicowego. Myślę, że z tej wiedzy skorzysta zarówno student, lekarz uczący się do specjalizacji, jak i mający duże doświadczenie kliniczne. Wielka Interna to podręcznik dla każdego, kto szuka praktycznej i nowoczesnej wiedzy. Lekarz musi kształcić się przez całe życie, więc jestem przekonana, że Wielka Interna jest książką dla wszystkich lekarzy, niezależnie od specjalizacji i stażu pracy.

O karierze w męskim świecie rozmawiamy z prof. Magdaleną Durlik, kierownikiem Kliniki Medycyny Transplantacyjnej i Nefrologii Instytutu Transplantologii im. prof. T. Orłowskiego WUM

MT: Jest pani uważana za symbol polskiej nefrologii i transplantologii. Jakie były początki?

Prof. Magdalena Durlik:Pochodzę z rodziny lekarskiej. Wszyscy moi bliscy są lekarzami: rodzice, brat, bratowa, były mąż. Wyrastałam w przekonaniu, że i ja będę lekarzem. Chciałam robić karierę akademicką tak jak moi rodzice, profesorowie medycyny. Nie marzyłam o pracy Judyma, lecz o ośrodku akademickim. Urodziłam się w Łodzi, ale gdy miałam 9 lat, rodzice przenieśli się do Warszawy. Tata dostał pracę w Instytucie Reumatologii jako patomorfolog, a mama poszła za nim. Zmieniła specjalizację. W Łodzi pracowała na internie, w Warszawie została reumatologiem. Byli małżeństwem z grupy studenckiej, podobnie jak mój brat z bratową. Tylko ja byłego męża poznałam na stażu z chirurgii na Banacha. Tworzyliśmy wspaniałą rodzinę, która nigdy w święta nie mogła się zebrać, bo zawsze ktoś z nas miał dyżur. O wyborze specjalizacji, jak to często bywa, zadecydował przypadek. Nie myślałam o nefrologii. Chciałam być diabetologiem lub endokrynologiem. Ale decyzję podjął ktoś inny. Szef Instytutu Transplantologii poszukiwał asystenta płci męskiej i spytał absolwentów mojego rocznika, czy znają zdolnego chłopaka. A ponieważ skończyłam studia z wyróżnieniem, powiedzieli, że chłopaka nie znają, ale jest Magda Małdyk. Byłam wówczas na wakacjach, nie było telefonów komórkowych i nie wiedziałam nawet, że zapadają decyzje o mojej przyszłości. Gdy wróciłam z zamiarem zatrudnienia się w klinice diabetologii, dowiedziałam się, że mam już etat w Instytucie Transplantologii. Byłam przerażona. O profesorze Orłowskim już wtedy krążyły legendy. Ale wszyscy wokół mówili, że to tylko staż podyplomowy i po roku mogę wszystko zmienić. Poza tym to była szkoła prof. Orłowskiego, najlepsza interna. Po roku nie zmieniłam pracy i zostałam w klinice prof. Orłowskiego, choć w tamtych czasach nie przypuszczałam, że kiedyś będę jego następcą.

MT: Została pani w instytucie, zrobiła specjalizację i przeszła wszystkie szczeble kariery akademickiej.

M.D.:Jestem z zamiłowania lekarką i uważam, że transplantologia to szalenie ciekawa dziedzina, dynamicznie się rozwijająca i optymistyczna, bo wyniki przeszczepiania się poprawiają, a jakość i długość życia jest znacznie lepsza. Ale to była bardzo ciężka praca, szczególnie dla kobiety, która tak jak ja ma dom, dwoje dzieci, męża chirurga i pracujących rodziców. Jednak miałam w życiu trochę szczęścia. Trafiła mi się cudowna niania z ogłoszenia w gazecie, dzięki czemu szybko mogłam wrócić do pracy. Dzieci były grzeczne, właściwie nie chorowały. Prof. Orłowski nie uznawał zwolnień lekarskich ani niedyżurowania z powodu posiadania dzieci. Nie zgadzał się też na żadne staże. A kiedy uparłam się, że pójdę na chirurgię i zobaczę chociaż, jak się przeszczepioną nerkę przyszywa, profesor powiedział: „Koleżanko, kto tu będzie za panią pracował?”. Profesor Orłowski był bezgranicznie oddany pracy, nauce, pacjentom, bardzo wymagający wobec siebie, ale także wobec nas. Było ciężko, jednak była to dobra szkoła. Dziś jestem bardzo zadowolona ze swojej drogi zawodowej, choć wszystko jest okupione ciężką pracą. Pracuję siedem dni w tygodniu, nie mam czasu na hobby, ale przestrzegam zasady, że muszę pojechać na tydzień zimowego urlopu i chociaż dwa tygodnie letniego. Ponieważ mam duszę klinicysty, nadal przyjmuję w poradni i opiekuję się pacjentami. Czasami lepiej się czuję, rozmawiając z nimi, niż wykonując straszną robotę administracyjną.

MT: Zrobiła pani karierę w świecie zdominowanym przez mężczyzn.

M.D.:Jestem z natury łagodną optymistką. Nie jestem konfliktowa i chyba dzięki temu zaakceptowano mnie w męskim świecie. Zwłaszcza w transplantologii kobiet na kierowniczych stanowiskach nie ma. Z każdym chcę żyć w zgodzie, ale nie staram się rządzić mężczyznami. W świecie transplantologii jest dużo męskich ambicji. Mężczyźni chirurdzy nie postrzegają kobiety internisty jako konkurencji. Dlatego postawiłam na bezkonfliktowość i koordynację.

MT: Początki musiały być trudne.

M.D.:Rozpoczęłam pracę w Instytucie w 1978 roku. Transplantologia dopiero się rozwijała. W Polsce pierwszy przeszczep przeprowadzono w 1966 roku. Wykonywano 20-30 transplantacji rocznie. Nie było innych leków immunosupresyjnych niż prednizolon i azatiopryna. Chorzy dostawali olbrzymie dawki steroidów. Mieli szereg powikłań. W tamtych czasach przyjmował się co drugi przeszczep, co i tak uznawaliśmy za ogromny sukces. Cieszyliśmy się, gdy pacjent został zakwalifikowany do dializoterapii, co dotyczyło tylko części naszych chorych. To były rezultaty porównywalne ze światowymi. Pierwsze udane przeszczepienie na świecie od bliźniaka jednojajowego odbyło się w 1954 roku. U nas zaledwie 12 lat później. Było tak jak w książkach Thorwalda, gdy trochę błądziliśmy po omacku, wielu pacjentów umierało, inni byli w jakimś stopniu królikami doświadczalnymi, a sukcesem było nawet to, gdy choremu przedłużaliśmy życie o kilka miesięcy. Nie wykonywano przeszczepów od żywego dawcy, nie przeszczepiało się wątroby ani serca. Nie było ustawy transplantacyjnej. Pobieranie nerki odbywało się na zasadzie sekcji zwłok, dopiero po ustaniu krążenia, na podstawie przedwojennej ustawy. Za każdym razem trzeba było powiadomić o tym prokuratora. Nie istniały przepisy ani rozporządzenia. Nikt z nas nie przeczuwał postępu, jaki miał się dokonać. Wszystko zmieniło się dopiero w latach 80., kiedy weszła cyklosporyna. To pozwoliło uzyskać lepsze rezultaty w przeszczepianiu nerek i umożliwiło transplantację innych narządów. Cieszę się, że mogłam być świadkiem tego postępu. Pracuję z chorymi już ponad 30 lat i mam olbrzymie doświadczenie w przeszczepach. Myślę, że środowisko to ceni.

MT: Dziś mamy ustawę transplantacyjną i dużo bardziej uporządkowane przepisy niż kiedyś.

M.D.:To bardzo delikatny temat, który zawsze będzie budził kontrowersje. Nauczyliśmy się postępować ostrożnie. Choć wiemy, że zwłoki nie są własnością rodziny i według ustawy jest tzw. zgoda domniemana, zawsze rozmawiamy z bliskimi zmarłego. Ustawa zabezpiecza nas też przed komercją, nie akceptując altruistycznego dawstwa organu. Problemów jest wiele. W dalszym ciągu zbyt mało wykonuje się u nas przeszczepień od dawców zmarłych, których uzupełnieniem powinny być przeszczepy rodzinne. Kwalifikacja dawców żywych do pobrania nerki przysparza nam wielu stresów, bo przecież narażamy zdrowego człowieka na ryzyko różnych powikłań, również zgonu. Prowadzimy dokładne badania, także z udziałem psychologa, by sprawdzić, czy dawca jest świadom swojej decyzji i czy nie doszło do nadużyć. Według naszych obliczeń, prowadzonych od kilkunastu lat, tylko co trzeci przeszczep rodzinny dochodzi do skutku. Dwie trzecie zostaje odrzucone z przyczyn zdrowotnych, immunologicznych lub innych. Rozmowy są trudne. Wiele rodzin jest zdeterminowanych. Często dawcami są kobiety oddające narząd dorosłym dzieciom, mężom lub partnerom. Mężczyzna decyduje się na taki krok dużo rzadziej. Bywa też, że znajdujemy u dawców różne choroby we wczesnej fazie. Udało nam się w ten sposób wykryć kilka nowotworów. Zdarzają się też przeszczepienia od dzieci dla rodziców. Nie pochwalam tego, choć w świetle prawa nie możemy ich zabronić. W Polsce na przeszczep nerki czeka się 8 miesięcy od momentu znalezienia się na liście. Czasem uważamy, że chory powinien poczekać. Czasem odradzamy przeszczep rodzinny. Jest wiele dylematów etyczno-moralnych.

MT: To musi być obciążająca emocjonalnie praca.

M.D.:Ale wdzięczna. W każdej dziedzinie medycyny są dylematy. Czy przenoszę te emocje do domu? Chyba nie. Czasem myślę o decyzji, którą podjęliśmy, szukam w internecie informacji, najczęściej w domu robię już kolejną rzecz, piszę artykuł, przygotowuję wykład, czytam czasopisma, ciągle się uczę. Idę do przodu. A w wolnej chwili dużo czytam, chodzę do kina, spotykam się z dziećmi. Cieszą mnie małe rzeczy, rzadkie momenty, które mogę przeznaczyć tylko dla siebie. Nie potrzebuję wyjazdów do spa. Wystarczy mi dłuższy spacer, rower, dobra powieść. Poza tym stosuję terapię zajęciową, relaksuję się, sprzątając i robiąc porządki w domu. To zawsze bardzo dobrze mi robi. Tym bardziej że wraz z awansem pojawia się coraz więcej nowych obowiązków i funkcji - pewnie już tak będzie do emerytury. Ale nie narzekam. Mam dwoje dzieci, które, choć nie poszły na medycynę, odnalazły swoją pasję w życiu. Córka mieszka w Australii, syn w Londynie. W lipcu zostanę babcią. Taką nowoczesną, latającą babcią.

MT: Jest pani pracoholiczką?

M.D.:Oczywiście, nie mogłabym leżeć do góry brzuchem. Zawsze byłam najlepszą uczennicą i w domu grzecznie wypełniałam wszystkie obowiązki. Później wyręczałam dzieci i męża. Kosztowało mnie to wiele pracy.

MT: Pani były mąż jest też silną osobowością. Oboje bardzo dużo osiągnęliście. Czy związek dwóch tak ambitnych ludzi okazał się za trudny?

M.D.:Utrzymaliśmy go 25 lat, choć pewnie nie był idealny. Nie należy rozpatrywać przeszłości, to nic nie zmieni. Żyję teraźniejszością i przyszłością. A każdy dzień jest szczelnie wypełniony. Nie oglądam się za siebie, nasze drogi się rozeszły i tak się w życiu zdarza. Idziemy własnymi, nowymi ścieżkami w życiu prywatnym, ale pozostajemy w dobrych kontaktach.

Rozmawiała Olga Tymanowska (fot. Włodzimierz Wasyluk)