Dostęp Otwarty

Lubię grać pierwsze skrzypce

Wywiad z prof. Tomaszem Stompórem

Wielka Interna
Zaproszenie do współpracy przy tworzeniu Wielkiej Interny nadeszło od prof. Michała Myśliwca, który jest zarówno redaktorem tomu „Nefrologia”, jak i współredaktorem całego cyklu Wielka Interna. To dla mnie wielki zaszczyt, ponieważ wybór do grona autorów Wielkiej Interny jest nobilitacją dla lekarza i uznaniem go za autorytet w danej dziedzinie. Jestem autorem dwóch rozdziałów poświęconych nowotworom łagodnym i złośliwym nerek. Coraz więcej przypadków raka nerki rozpoznawana jest przypadkowo. Dlatego w Wielkiej Internie chcieliśmy przypomnieć nefrologom i internistom, by nie lekceważyli podejrzanych guzów nerek, które choć nie dają objawów klinicznych, są widoczne w badaniu ultrasonograficznym i wymagają pilnej, specjalistycznej diagnostyki. Ponadto dokonał się ogromny postęp w terapii wczesnych i zaawansowanych raków w postaci zabiegów laparoskopowych oraz pozwalających na zachowanie czynnego miąższu operacji oszczędzających, które w mniej zaawansowanych guzach nerki coraz częściej zastępują nefrektomię. Dysponujemy też lekami biologicznymi najnowszej generacji, opartymi o mechanizmy molekularne rozwoju nowotworu. Co prawda nie możemy jeszcze mówić o jednoznacznym sukcesie, na pewno natomiast zmierzamy ku temu, by ciągle jeszcze źle rokujący rak nerki stał się chorobą przewlekłą, którą można leczyć zachowawczo, nawet w stadiach zaawansowanych, gdy nie jest już możliwa radykalna terapia. O tym wszystkim piszemy w tomie „Nefrologia” Wielkiej Interny. Podstawową ideą konstrukcji wszystkich rozdziałów był ich podobny, czytelny i zdefiniowany układ. Zwróciliśmy uwagę na poszczególne elementy patofizjologii i patomorfologii choroby, objawy, sposób rozpoznawania i terapię. Wielka Interna dzięki wystandaryzowanej wiedzy i klarownemu układowi treści, opartej na najnowszych wynikach badań, jest książką referencyjną nie tylko dla lekarzy nefrologów, ale dla wszystkich, którzy nie są specjalistami w tej dziedzinie, a chcieliby pogłębić swoją wiedzę. Jestem przekonany, że podręcznik zaciekawi także specjalistę nefrologa i lekarzy z zaawansowaną wiedzą w tej dziedzinie medycyny. Podobnie odbieram wszystkie tomy Wielkiej Interny.

O poszukiwaniu własnej drogi i nowych wyzwaniach rozmawiamy z prof. Tomaszem Stompórem, kierownikiem Kliniki Nefrologii, Hipertensjologii i Chorób Wewnętrznych Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego w Olsztynie

MT: Na nefrologię zdecydował się pan już na trzecim roku studiów. A o wyborze przesądził przypadek...

Prof. Tomasz Stompór:Chodziłem wówczas regularnie na uczelnianą siłownię, gdzie przychodził dr Władysław Sułowicz, który zawsze dbał o formę. To dzięki niemu zdecydowałem, że też chcę być nefrologiem. I tak zaczęła się moja wielka przygoda. Po stażu, który zakończyłem w 1993 roku, trafiłem do krakowskiej Kliniki Nefrologii, wówczas już prof. Sułowicza. Rzucono mnie na głęboką wodę i szybko zacząłem zajmować się dializoterapią. Moją pierwszą prawdziwą pasją była dializa otrzewnowa. Wtedy było zaledwie kilka ośrodków: Lublin, Zabrze, Gdańsk, Białystok, gdzie młodzi ludzie, tak jak ja, dostali podobne zadania. Myślę, że była to zaplanowana strategia prof. Bolesława Rutkowskiego, konsultanta krajowego w dziedzinie nefrologii.

MT: Dializa otrzewnowa stanowiła wtedy szansę na szybkie rozwiązanie problemu z dializoterapią?

T.S.:Nie było jeszcze do niej pełnego dostępu, a w niektórych ośrodkach działały komisje kwalifikujące pacjentów do dializy. Niedializowanie oznaczało powolną śmierć. Na szczęście Kraków nie był takim ośrodkiem i trzeba tu podkreślić zasługi prof. Sułowicza, który robił wszystko, żeby potrzebujących chorych kwalifikować do dializoterapii. W tamtych czasach dializa otrzewnowa była obciążona złą legendą, tradycyjnie uznawano ją za gorszą.

MT: Dializa otrzewnowa na długie lata zdeterminowała pana działania?

T.S.:Poświęciłem się temu zarówno klinicznie, jak i naukowo. Skuteczność dializy otrzewnowej to także temat mojego doktoratu. Nauczycielem, którego serdecznie wspominam, był prof. Sułowicz, a drugą osobą, która miała wpływ na moje decyzje życiowe i zawodowe - prof. Jacek Pietrzyk, nefrolog dziecięcy z Krakowa. Ze stypendium z Bostonu przywiózł ideę, by badać skuteczność dializy za pomocą modelowania kinetycznego mocznika. Wprowadził tę koncepcję w Polsce. Ja natomiast miałem szansę być jedną z pierwszych osób, które zaczęły się systematycznie zajmować wdrażaniem tej ugruntowanej już w hemodializie koncepcji na polu dializy otrzewnowej. Tego dotyczyła większość moich wczesnych publikacji i w pewnym okresie ośrodek dializy otrzewnowej, który prowadziłem w Krakowie, był jedną z wiodących placówek w Polsce pod względem liczby pacjentów.

MT: Później zrobił pan specjalizację z chorób wewnętrznych.

T.S.:I naturalną koleją rzeczy była specjalizacja z nefrologii. Później moje zainteresowania się znacznie poszerzyły. Zacząłem zajmować się kłębuszkowymi chorobami nerek, biopsjami oraz chorobami serca i naczyń u pacjentów dializowanych, głównie otrzewnowo. Miałem szczęście spotkać na swojej drodze dr. Mieczysława Pasowicza, który w Krakowskim Szpitalu Specjalistycznym im. Jana Pawła II dysponował aparatem do wielorzędowej spiralnej tomografii komputerowej. To umożliwiało nowatorskie badania zwapnień w tętnicach wieńcowych. Jako pierwsi zastosowaliśmy tę metodę u pacjentów dializowanych, a wyniki zostały opublikowane w „American Journal of Kidney Diseases” w 2003 roku. Dzięki takim osobom jak prof. Wiesława Tracz, prof. Kalina Kawecka-Jaszcz czy prof. Tomasz Grodzicki stałem się trochę kardionefrologiem. W 2003 roku byłem na stypendium Międzynarodowego Towarzystwa Dializ Otrzewnowych w ośrodku kierowanym przez prof. Simona Daviesa w Wielkiej Brytanii. Rok później zrobiłem habilitację, która głównie dotyczyła zmian w układzie sercowo-naczyniowym u pacjentów dializowanych, ze szczególnym uwzględnieniem zwapnień i zaburzeń gospodarki wapniowo-fosforanowej. Kolejnym krokiem była specjalizacja z hipertensjologii, którą zdawałem jako jeden z pierwszych w Polsce. I wreszcie nadszedł czas, by się usamodzielnić.

MT: Zaczął się pan rozglądać za samodzielnym stanowiskiem?

T.S.:Rozważałem kilka miejsc, ale kiedy usłyszałem, że na Wydziale Nauk Medycznych w Olsztynie tworzone są kolejne kliniki, zdecydowałem się na zmianę. Często słyszę pytanie, dlaczego z najpiękniejszego miasta w Polsce przeprowadziłem się do Olsztyna. Zawsze odpowiadam, że Kraków dla kogoś, kto tam mieszka, to nie Planty i Rynek, a przede wszystkim korki i mało krystaliczne powietrze. Dlatego pomyślałem, że nadszedł czas, żeby poszukać nowej inspiracji.

MT: Plan się powiódł?

T.S.:Jeszcze nie udało mi się go w pełni zrealizować, bo od maja 2009 roku funkcjonuję w oderwaniu od rodziny, co jest dużym wyzwaniem. Ale mam jednak nadzieję, że już w czerwcu, po zakończeniu roku szkolnego, będziemy mogli żyć normalnie. Na razie korzystam z uroków regionu i poświęcam się nowym pasjom, nie tylko medycznym. Przejechałem już ponad tysiąc kilometrów na rowerze i czuję się niemal uprawniony do napisania przewodnika o szlakach rowerowych Warmii. I być może wrócę do swojej starej, zapomnianej pasji, jaką jest aktywne uprawianie muzyki. W Olsztynie działa całkiem dobry, złożony z lekarzy zespół rockowy. A skrzypce, na których kiedyś grałem, są instrumentem, który można wykorzystać na różne sposoby - mamy za sobą pierwsze próby. Miałem szczęście być przy narodzinach kilku znanych polskich rockowych zespołów. Było takie miejsce w Krakowie - Nowohuckie Centrum Kultury - z którego wywodzą się np. Sztywny Pal Azji, Brathanki czy Chłopcy z Placu Broni; bywał tam nikomu wówczas nieznany Maciek Maleńczuk. To nurt życia, który w tamtym czasie był bardzo ważny. Czasem się zastanawiam, co by było, gdybym wybrał inną drogę. Był taki okres, kiedy zastanawiałem się, czy nie warto poświęcić się muzyce. Przeważył chyba zmysł praktyczny. Zwłaszcza że w muzyce trzeba być wybitnym, żeby robić karierę, a mnie do geniuszu trochę brakowało... Może gdybym był bardziej zdeterminowany jako dziecko, w momencie gdy granie na skrzypcach budziło mój sprzeciw, mógłbym coś osiągnąć. Pamiętam, jak cierpiałem, gdy musiałem chodzić na lekcje muzyki, a dookoła było tyle atrakcji... No cóż, z perspektywy ojca, który ma 18-letnią córkę, mogę potwierdzić, że rodziców warto słuchać. Oni miewają rację.

MT: A pan słuchał?

T.S.:Wyboru dokonałem sam, tym bardziej że w mojej rodzinie nie ma tradycji muzycznych ani lekarskich, choć są medyczne. Moja mama jest pielęgniarką, już na emeryturze. Ale kontakt z medycyną, zapach szpitala, to coś, co pamiętam z dzieciństwa (dawniej był to niezwykle charakterystyczny zapach lizolu...). W trudnych czasach, kiedy przychodziłem na świat, moi rodzice jeszcze nie mieli stałego lokum i moim pierwszym domem był hotel pielęgniarski. Wybór medycyny był więc naturalny, niemal „wrodzony”, choć przez pewien czas chciałem zajmować się szeroko rozumianą biologią. Jak zazwyczaj zwyciężył mój pragmatyzm - postanowiłem studiować coś, co ma przełożenie na konkretną pracę zawodową. Myśl o zajęciu się nauką pojawiła się na ostatnich latach studiów.

MT: W Olsztynie zaczyna pan wszystko od nowa?

T.S.:Pewne rzeczy zaczynam od nowa. Trafiłem tu na „szkołę nefrologiczną” o solidnych podstawach i zespół, na którym mogę polegać. Wprowadziliśmy ponownie biopsję nerki z samodzielną oceną materiału biopsyjnego. A od połowy zeszłego roku stopniowo zaczęła w naszym szpitalu dojrzewać idea transplantacji. Zrobiłem specjalizację z transplantologii, zatrudniono chirurga transplantologa. I 26 listopada 2010 roku zostały w Olsztynie przeszczepione pierwsze dwie nerki. Pamiętam, jak z ogromnym wzruszeniem i satysfakcją patrzyłem, gdy pierwsza z nich wypełnia się krwią i zaczyna zmieniać kolor z bladosinego na czerwony. Jako niechirurg stałem za plecami operatorów i robiłem zdjęcia, starając się jak najlepiej uchwycić tę historyczną chwilę. To pamiętna data także z innego powodu: w tym samym dniu podpisywałem akt notarialny zakupu mieszkania w moim nowym mieście.

Rozmawiała Olga Tymanowska (fot. Piotr Męcik)