Dostęp Otwarty

Robię wszystko, by spłacić dług życzliwości

Wywiad z prof. Marianem Zembalą

Wielka Interna
Jestem autorem rozdziału poświęconego transplantacji serca. Mam nadzieję, że uważny czytelnik, a przecież do takich należą lekarze, odnajdzie tam potrzebne informacje dotyczące nie tylko wskazań do transplantacji serca u dorosłych i dzieci, ale pozna bliżej uwarunkowania, które uniemożliwiają lub ograniczają ten zabieg ratujący życie. Chciałbym jednak, aby każdy z czytających tom „Kardiologia” Wielkiej Interny wyniósł przekonanie, że transplantacja serca jest dostępnym w Polsce, bardzo potrzebnym zabiegiem, nie tylko ratującym życie, ale i przywracającym jego radość i sens. Mam także nadzieję, że lekarz odczyta moje, a także transplantologów, anestezjologów, kardiologów i lekarzy innych specjalności przesłanie, że tak naprawdę od nas samych, naszej wytrwałości i determinacji w największym stopniu zależy rozwój tej nowoczesnej metody leczenia w regionie i w kraju.

O lekcji pokory i przyjaźniach na całe życie rozmawiamy z prof. Marianem Zembalą, dyrektorem Śląskiego Centrum Chorób Serca w Zabrzu

MT: Dorastał pan w Krzepicach koło Częstochowy w rodzinie bez żadnych tradycji lekarskich. Większość wolnego czasu spędzał w bibliotekach, a sporo poświęcił muzyce i religii. Pojawił się nawet pomysł wstąpienia do seminarium. Co zdecydowało, że postanowił pan jednak zostać lekarzem?

PROF. MARIAN ZEMBALA:Filozofia i teologia nie tylko nie przeszkadzają matematyce, fizyce czy chemii, ale wzbogacają wiedzę i doświadczenie lekarza, którego celem jest służyć, czyli być jednocześnie odpowiedzialnym i wymagającym wobec siebie, własnej wiedzy i rozwijającego się doświadczenia. Nie ma większego znaczenia, gdzie się dorastało. Znacznie ważniejsze jest środowisko i doświadczenia, które nas ukształtowały. Miałem to szczęście, że dorastałem w dobrej rodzinie, mieście niewielkim, choć pełnym bardzo dobrych szkół i ambitnych ludzi. A to zupełnie wystarcza, by nie mieć niepotrzebnych kompleksów prowincji. Zresztą do dziś ich nie mam. Moje zainteresowanie medycyną rozpoczęło się od lektury książki Hansa Selyego „Stres życia”. Ten człowiek zawładnął moim myśleniem na kilka miesięcy na tyle silnie, że uznałem, iż medycyna jest tą dziedziną, w której powinienem się odnaleźć w mojej pracy i służbie wobec potrzebującego bliźniego. Szukałem spełnienia w medycynie nowoczesnej, bardzo wymagającej i stawiającej wysokie wymagania. Transplantologia, która do Polski dotarła wraz z sukcesem dr. Christiaana Barnarda z Kapsztadu i pierwszą transplantacją serca, wzmocniła pragnienie zostania lekarzem. Wiele zawdzięczam także sile oddziaływania wielkich uczonych, profesorów takich jak prof. Wiktor Bross czy prof. Stefan Kokot. To również dzięki nim wybrałem medycynę, i to we Wrocławiu, aby być bliżej prof. Brossa, wówczas bardzo znanego polskiego kardiochirurga i pioniera transplantacji nerek w Polsce. I mimo że w trakcie studiów na Wydziale Lekarskim we Wrocławiu zajmowałem się chirurgią naczyniową pod kierunkiem mojego pierwszego nauczyciela chirurgii, prof. Klemensa Skóry, zdecydowałem się na kardiochirurgię. A że za całokształt studiów otrzymałem prestiżową nagrodę Zrzeszenia Studentów Polskich „Primus Inter Pares”, a więc i prawo wyboru miejsca pracy, mogłem zrealizować swoje marzenia.

MT: Kiedy pierwszy raz spotkał się pan z prof. Zbigniewem Religą?

M.Z.:W Polanicy Zdroju podczas Konferencji Kardiologicznej organizowanej przez prof. Jana Molla, którego bardzo ceniłem i z którym później miałem przyjemność bliżej się poznać. Tak się złożyło, że podczas konferencji mieszkałem w domu zdrojowym, w jednym pokoju właśnie z dr. Zbigniewem Religą. Podczas obrad z udziałem brata Christiaana Barnarda, dr. Mariuszem Barnardem, znanym kardiochirurgiem i dr. Januszem Kuryszem, kardioanestezjologiem, podziwiałem intelekt i swobodę dyskusji dr. Zbigniewa Religi. Oczywiście rozmawialiśmy o transplantacji. Wiedziałem, że mam bardzo wiele do nadrobienia. Czas było wyruszyć na zawodową drogę rozwoju. I tak w roku 1980 wyruszyłem na pięcioletnie spotkanie z europejską kardiochirurgią - przez Belgię i staże w Katolickim Uniwersytecie w Leuven, potem był mój ulubiony Utrecht w Holandii. Widziałem, że pracując bardzo ciężko, nie tylko nadrabiam zaległości, których było sporo, ale i rozwijam się mocniej, szybciej, pełniej, lepiej.

MT: Ale wrócił pan i w roku 1985 rozpoczął pracę w nowo powołanej Katedrze i Klinice Śląskiej Akademii Medycznej w Zabrzu u prof. Zbigniewa Religi.

M.Z.:Przyszedł taki moment, kiedy musiałem dokonać poważnego wyboru: pozostać w Holandii z dobrą pensją i uporządkowanym życiem zawodowym oraz rodzinnym (mieliśmy dwoje dzieci) czy też powrócić do kraju i włączyć się aktywniej w rozwój kardiochirurgii i transplantologii. W podjęciu decyzji pomogła mi żona, która oczekiwała w maju 1985 roku na urodziny bliźniaków, pomogło też zaproszenie doc. Zbigniewa Religii, doc. Stanisława Pasyka i dr Lilii Goldstein, abym przyjechał do Zabrza. Wybrałem Śląsk i bardzo ambitny zespół ze Zbigniewem Religą, ale także dr. Andrzejem Bochenkiem oraz wieloma bardzo młodymi, zdolnymi i pracowitymi kolegami. Co ważne, ten wybór poparła tak­że moja żona, wiedząc, że po Utrechcie trzeba się będzie rozstać także z Wrocławiem. Pracowaliśmy dużo - to mało powiedziane. Mieszkaliśmy w szpitalu. Tylko na weekendy, i to nie wszystkie, wyjeżdżałem do Wrocławia. Żyliśmy operacjami i pomimo że wtedy powikłań było stosunkowo dużo, a kardiochirurgia, zwłaszcza na Śląsku, dopiero się rozpoczynała, wielu tzw. trudnych chorych czekało od lat na pomoc kardiochirurga. Transplantacje wyzwoliły dodatkowo nasze zawodowe marzenia o ratowaniu chorych, którym w inny sposób nie zdołalibyśmy pomóc. Walczyliśmy o pacjentów, ale także sami z sobą i swoimi przyzwyczajeniami. Przy transplantacjach, zwłaszcza tych trudnych, pionierskich, zawsze towarzyszyła nam ogromna niepewność, czasem lęk, a z drugiej strony duma, uczucie spełnienia i misji. Najważniejsze jednak, że sukcesy mobilizowały nas do działania, a niepowodzenia jeszcze silniej uczyły pokory. Ten swoisty - życiowy i zawodowy - balans pozwolił uciec od próżności i popychał do rozwoju. To była wielka szkoła pokory, która wielu z nas połączyła, zbliżyła na całe życie.

MT: Po zrobieniu doktoratu i specjalizacji z chirurgii ogólnej II stopnia wyjechał pan na trzymiesięczny staż do Belgii, a dwa lata później do Holandii, gdzie był pan inicjatorem projektu współpracy w zakresie bezpłatnego leczenia polskich dzieci z ciężkimi, wrodzonymi wadami.

M.Z.:Mam wielką satysfakcję, że udało mi się rozpocząć akcję POLEN PROJEKT, w rezultacie której w latach 1980-2002 ponad 530 dzieci z wrodzonymi wadami serca było bezpłatnie operowanych w Klinice Kardiochirurgii Dziecięcej Szpitala im. Królowej Wilhelminy w Utrechcie. Po 15 latach od tych właśnie dzieci i dzięki ich inicjatywie otrzymałem najbliższe mi odznaczenie - „Order Uśmiechu”. I gdy czasem się zastanawiam, czy coś naprawdę dobrego zrobiłem w życiu, zawsze o tym myślę.

MT: Od 1990 roku zajął się pan programem transplantacji serca, serca i płuc i jako pierwszy w Polsce wprowadził pan mapping śródoperacyjny, operacyjne leczenie napadowego częstoskurczu komorowego w chorobie niedokrwiennej serca oraz pierwszy zastosował u chorego obie tętnice piersiowe wewnętrzne w chirurgicznym leczeniu choroby niedokrwiennej serca. Jakie były początki?

M.Z.:Tak, to prawda, w historii polskiej transplantologii i kardiochirurgii mam wiele pionierskich zabiegów, które cieszą i dają poczucie zawodowej przydatności. Ale te wszystkie sukcesy stały się możliwe dzięki znakomitemu zespołowi współpracowników - kardiochirurgów, kardiologów, anestezjologów, transplantologów, także pielęgniarek i personelu medycznego. To oni oprócz chorych są sensem i celem mojego zawodowego życia. Robię wszystko, aby ten wielki dług życzliwości spłacić.

MT: Wykonał pan też po raz pierwszy w Polsce transplantację serca u dziecka, pierwszą w kraju transplantację pojedynczego płuca, pierwszą w Polsce jednoczesną transplantację serca i płuc. Które z osiągnięć jest dla pana najważniejsze?

M.Z.:Nie chciałbym stopniować tych wydarzeń, bo każdy zabieg jest na swój sposób wyjątkowy. Oczywiście mam ogromną satysfakcję, że wykonywałem pionierskie zabiegi medyczne, ale równie istotne są te mniej spektakularne, co nie znaczy, że łatwiejsze. Jednym z takich zabiegów była operacja matki samotnie wychowującej troje małych dzieci. Pamiętam, jak bardzo się bałem, szczególnie gdy zabieg i stopień jego niespotykanych trudności na sali operacyjnej zaczął mnie przerastać. Na szczęście wszystko skończyło się bardzo dobrze, ale do dzisiejszego dnia na samo wspomnienie uciekam w metafizykę i wzmacniam w sobie poczucie służenia innym.

MT: Dziś, mimo licznych obowiązków administracyjnych, wykonuje pan 200 operacji rocznie. A trudną i intensywną pracę godzi pan z życiem rodzinnym i licznymi pasjami: poezją, żeglarstwem, grą na akordeonie i instrumentach klawiszowych. Nie brakuje panu czasem energii?

M.Z.:Oczywiście, że brakuje, ale jeżeli się ciężko pracuje i dobrze organizuje czas, można bardzo wiele zdziałać. Znam wielu ludzi, którzy pracują znacznie ciężej ode mnie i to oni są dla mnie swego rodzaju znakiem, przesłaniem i drogowskazem. Każdy z nas, lekarzy, czerpie energię od potrzebującego pomocy chorego. To jest najważ­niejsze źródło naszej życiowej i zawodowej siły. Ważna jest też rodzina i jej harmonia, ale także relacje międzypokoleniowe oraz kreatywność i dojrzałość wobec wyzwań. Czasem jednak szukam spokoju i wyciszenia. Muzyka, wiatr, teatr, poezja pomagają rozumieć świat i ludzi. Pomagają nam w codzienności się rozwijać. Przykładam dużą wagę do tego, jak wypełnię dzień w moim szpitalu, potem wieczorem w domu. Dobry tydzień to przecież suma dobrych dni, dobry miesiąc - tygodni, a dobry rok to spełnione miesiące. Dlatego potrzebne są marzenia, czas na zatrzymanie rozbieganych myśli. Wtedy powstają najlepsze pomysły i wtedy odkrywamy przed sobą kolejne wyzwania, których nie wolno nie podjąć. Nawet jeżeli sami dochodzimy do wniosku, że nas przerastają, nie przestawajmy wierzyć. Może nasi najbliżsi wychowankowie, współpracownicy są już przygotowani, by podjąć nowe, trudne wyzwania. Jest to przecież najlepsze świadectwo postępu, ale i uczciwości wobec chorych i medycyny.

Rozmawiała Olga Tymanowska (fot. Włodzimierz Wasyluk)