Dostęp Otwarty

Kraj

Grubość portfela a studiowanie

Dorota Zańko

Aż 64 osoby na jedno miejsce – tylu było chętnych na nowo uruchomiony na Uniwersytecie Rzeszowskim kierunek lekarski. – Na studia stacjonarne zarejestrowało się blisko 3,9 tys. osób – informowała Marzena Domino, kierownik biura rektora UR.

Zainteresowanie przeszło oczekiwania władz uczelni. – Mamy satysfakcję, że udało nam się dużym nakładem pracy stworzyć kierunek, który cieszy się powodzeniem. Kiedy przymierzaliśmy się do własnej medycyny, było dużo głosów przeciwnych, że to przedsięwzięcie nie ma sensu, ale liczba chętnych pokazuje, że jednak ma – mówi prof. Aleksander Bobko, rektor UR. Zaznacza, że daleki jest od euforii. – To zainteresowanie wynika z jednej strony z pewnej obiektywnej chęci studiowania medycyny, z drugiej poniekąd spowodowane jest przez system rekrutacji, który pozwala aplikować jednej osobie w bardzo wiele miejsc równocześnie. Tym samym liczba zainteresowanych jest trochę sztuczna. A to, że Rzeszów staje się w krajowej opinii atrakcyjnym miejscem do życia i do studiowania, odgrywa drugorzędną rolę.

– Jest takie przekonanie, że jeśli gdzieś otwiera się nowy kierunek, to łatwiej się dostać – uważa dr Julian Skrzypiec, przewodniczący wydziałowej komisji rekrutacyjnej na UR. – To, co budujące i ciekawe w przypadku rzeszowskiej medycyny, to fakt, że zgłosiło się wielu kandydatów z bardzo wysoką punktacją. Na ok. 4 tys. aplikujących mamy ok. 1 tys. osób posiadających powyżej 180 punktów – podkreśla dr Skrzypiec. – Taki kierunek ściąga zdolną młodzież, co w dalszej pespektywie stanowi szansę dla regionu.

Na kierunku lekarskim w Rzeszowie przygotowano po 60 miejsc na studiach stacjonarnych i niestacjonarnych. Z kolei na uruchomionej w tym roku medycynie na Uniwersytecie Jana Kochanowskiego w Kielcach jest 75 miejsc na studiach stacjonarnych i 50 na niestacjonarnych. – O jedno miejsce na studiach dziennych ubiegało się tutaj ponad 40 osób – podkreśla Piotr Burda, rzecznik prasowy UJK.

Uprawnienia do kształcenia lekarzy otrzymał także Uniwersytet Zielonogórski. Ma na tym kierunku 60 miejsc na studiach stacjonarnych. W tym roku nie prowadzono naboru na studia niestacjonarne. – Zgłosiło się 1960 kandydatów. O jedno miejsce zabiegały 32 osoby. To dużo jak na pierwszą rekrutację – mówi Ewa Sapeńko, rzecznik prasowy UZ.

Julian Skrzypiec z UR twierdzi, że wpływ na zainteresowanie danym kierunkiem na poszczególnych uczelniach mają w dużym stopniu kryteria rekrutacyjne – brane pod uwagę przedmioty, dwa lub trzy w zależności od uczelni. W Rzeszowie komisja rekrutacyjna brała pod uwagę punkty uzyskane na maturze z biologii na poziomie rozszerzonym oraz chemii lub fizyki, a w przypadku dużej liczby osób o identycznej punktacji o przyjęciu przesądzała liczba punktów z języka obcego. W przypadku rekrutacji na kielecką medycynę absolwenci szkół z nową maturą musieli spełnić kryterium uzyskania minimum (30 proc.) punktów z poziomu rozszerzonego matury z biologii i chemii – tylko z tych dwóch przedmiotów. Na Warszawskim Uniwersytecie Medycznym obowiązkowym trzecim przedmiotem była matematyka.

– Nie powiedziałbym, żeby dodanie matematyki zachęcało do kandydowania na kierunek lekarski – podkreśla dr Skrzypiec. Matematyka przeważnie dla uczniów z klas o profilu biologiczno-chemicznym jest kulą u nogi. Dodanie tego przedmiotu do wymagań rekrutacyjnych jego zdaniem pozwala na większe zróżnicowanie listy rankingowej, ale na pewno nie wpływa na pozytywny wybór przyszłych studentów medycyny, którzy winni legitymować się przede wszystkim ugruntowaną i obszerną wiedzą z biologii. – Gdybym miał decydować o kształcie procesu rekrutacyjnego, na pewno zabiegałbym o wprowadzenie testu weryfikującego predyspozycje psychologiczne, z zakresu kontaktów interpersonalnych. Bowiem przyszły przedstawiciel zawodów medycznych musi umieć nawiązać kontakt ze swoim podopiecznym chorym, co jest podstawą skutecznego leczenia – mówi dr Skrzypiec.

Z kolei prof. Sławomir Snela, pełnomocnik rektora UR ds. tworzenia kierunku lekarskiego, zainteresowanie medycyną tłumaczy prestiżem tego zawodu i ciągłym zapotrzebowaniem na lekarzy w kraju. Jeśli chodzi o liczbę lekarzy w stosunku do liczby mieszkańców, Polska jest na ostatnim miejscu w Unii Europejskiej. – Od lat chętnych do studiowania na kierunku lekarskim jest dużo, a miejsc jest niewiele, więc zainteresowani starają się korzystać z każdej możliwości kształcenia się w tym zawodzie – mówi. Zwłaszcza jeśli mają na uczelnię stosunkowo blisko. Medycyna w Rzeszowie okazała kierunkiem bardzo pożądanym przez lokalnych studentów. – Spośród 3,2 tys. osób, które dokonały wpłaty na stacjonarne, 870 osób pochodzi z Podkarpacia, 510 z małopolskiego, po ponad 300 kolejno z lubelskiego, mazowieckiego i śląskiego – mówi Marzena Domino. Podobnie w przypadku studiów niestacjonarnych, gdzie było 10 chętnych na jedno miejsce. – Najwięcej kandydatów również pochodzi z naszego regionu, na drugim miejscu jest województwo małopolskie, a na trzecim mazowieckie, na czwartym śląskie – dodaje Marzena Domino. W przypadku medycyny „zaocznej” na UR zarejestrowanych w systemie było 640 osób, wpłaty uiściło 570 osób.

Dlaczego tak wielu marzących o medycynie wybiera Rzeszów? Odpowiedzi trzeba szukać przede wszystkim w zawartości portfeli ich rodziców. – Zapytałem mamę jednego z kandydatów o bardzo wysokiej punktacji, dlaczego dziecko wybrało UR w Rzeszowie. Odpowiedziała: „Zarabiam niewiele ponad 2 tys., mąż przechodzi na emeryturę, mam na utrzymaniu jeszcze dwoje dzieci, nie jestem w stanie utrzymać dziecka na studiach w Krakowie, Warszawie czy w Lublinie, a do Rzeszowa oddalonego o ponad 50 km może ono dojeżdżać codziennie” – mówi dr Julian Skrzypiec, prodziekan Wydziału Medycznego UR. – Ponadto w Rzeszowie są stosunkowo niskie koszty utrzymania, co podkreślają w rozmowie ze mną moi podopieczni.

Inne popularne kierunki na UR to filologia angielska i pielęgniarstwo – sześć osób na miejsce oraz fizjoterapia, dietetyka i elektroradiologia – pięć osób na jedno miejsce.