Dostęp Otwarty

Wielka interna

Fizjolog – gotowy do zadań specjalnych

O odkryciach, które zmieniły współczesne oblicze medycyny, z prof. zw. dr. hab. med. Tomaszem Brzozowskim, kierownikiem Katedry Fizjologii UJ CM w Krakowie, rozmawia Olga Tymanowska

Small brzozowski tomasz08xx opt

prof. zw. dr hab. med. Tomasz Brzozowski

MT: Co było inspiracją wyboru fizjologii jako drogi życiowej?

Prof. Tomasz Brzozowski: Zawsze fascynowały mnie mechanizmy, które leżą u podstaw działania ciała ludzkiego. Rozwijałem te zainteresowania już w kole fizjologicznym podczas studiów. I tutaj, w Krakowie, miałem możliwość, by zaraz po studiach zacząć pracę pod skrzydłami prof. Stanisława Konturka w Katedrze Fizjologii. Profesor był moim mentorem. I choć był bardzo wymagający i nieraz pod ciężarem pracy, jaką na nas nakładał, dosłownie padałem ze zmęczenia, wiele mu zawdzięczam. Bo profesor chciał zaszczepić w nas miłość do nauki i pasję odkrywania, a jednocześnie sam dawał przykład, jak można skutecznie łączyć kształcenie młodych adeptów sztuki medycznej z wykonywaniem doświadczeń. Pamiętam, jak mawiał, by „mierzyć wysoko i sięgać wysokich celów, bo bez tego nic się nie osiągnie”. A cele, jakie stawiał przed nami, często przekraczały nasze możliwości. To były lata 80., okres trudny. Sytuacja polityczna przekładała się na naukę. Mieliśmy skromne warunki pracy. Brakowało dosłownie wszystkiego, ale zdobyliśmy jako fizjolodzy z biegiem lat to, czego zazdrościli nam naukowcy zachodni – nieskrępowane niczym pomysły i inwencję badawczą. Wiedzieliśmy, że chcąc coś osiągnąć, musimy nawiązywać i utrzymywać kontakty z Zachodem. Nie było jeszcze komputerów, więc regularnie wymienialiśmy korespondencję, starając się budować dobre relacje międzynarodowe. Organizowaliśmy spotkania naukowe i kongresy międzynarodowe, aby wzbudzić zainteresowanie i móc zaprezentować własne wyniki. W rezultacie naukowcy zagraniczni sami przyjeżdżali do nas z wizytą, aby przy okazji obejrzeć nasze zaplecze badawcze – niektórych nawet przeszkoliliśmy.

Zasady były proste; pracujesz na doktorat i wyjeżdżasz za granicę. Profesor uważał to za priorytet i starał się, by każdy miał okazję wyjazdu na staż do renomowanego ośrodka na Zachodzie. To dzięki jego uporowi, stymulowaniu nas do ciągłego rozwoju spod jego skrzydeł wyszło aż pięciu profesorów belwederskich. Każdy z nas spędził co najmniej dwa lata za granicą, na dobrych uniwersytetach medycznych i w centrach badawczo-rozwojowych, głównie za oceanem. To było doświadczenie nie do przecenienia. Słynne powiedzenie profesora: „Tutaj już dojrzałeś, a teraz przypatrz się, jak się gdzie indziej pracuje”, staram się wcielać w życie. W owym czasie poza rozwojem naukowym i językowym za wyjazdem przemawiał też aspekt finansowy. To pozawalało młodym osobom stanąć na własnych nogach.

Wielka Interna

W tomie „Gastroenterologia” Wielkiej Interny napisałem rozdziały poświęcone budowie i czynności jelita cienkiego, grubego oraz żołądka. W moim przekonaniu wartość tego podręcznika dla lekarzy praktyków jest ogromna. Wielka Interna to podręcznik nowoczesny, w którym zawarta jest zarówno podstawowa wiedza teoretyczna, jak i najnowsze standardy postępowania, obowiązujące zarówno w Polsce, jak i na świecie.

Podręcznik stanowi unikalne dzieło, zawarte są w nim najważniejsze informacje przydatne w praktyce klinicznej dotyczące wszystkich podstawowych narządów, począwszy od jamy ustnej i przełyku, poprzez żołądek, jelita, wątrobę i trzustkę. Jest to książka niezastąpiona nie tylko dla gastroenterologów, ale także dla przedstawicieli nauk podstawowych myślących praktycznie oraz lekarzy internistów, którzy na co dzień mają kontakt z pacjentami z chorobą wrzodową, refluksową, niealkoholowym stłuszczeniem wątroby, a także z nieswoistymi zapaleniami jelit (NZJ), a pamiętajmy, że te schorzenia otrzymały status chorób globalnych, szerzących się szczególnie, jak w przypadku NZJ, zwłaszcza w krajach rozwiniętych.

Jestem przekonany, że Wielka Interna będzie stanowiła nieocenioną pomoc dla wielu lekarzy w ich codziennej praktyce klinicznej.

MT: Początki nie były łatwe, tym bardziej że rozpoczynał pan pracę na stanowisku technicznym.

T.B.: W tej katedrze przeszedłem wszystkie etapy rozwoju. Od pracownika naukowo-technicznego doszedłem do godności profesora i kierownika katedry. Pełnię też funkcję prezesa ZG Polskiego Towarzystwa Fizjologicznego, które ma siedzibę w tej katedrze, i prodziekana na uczelni. Ale pierwsze kroki rzeczywiście były trudne i frustrujące. Na stanowisku naukowo-technicznym pracowałem dwa lata. Najpierw uczyłem się eksperymentowania na dużych zwierzętach, głównie psach, zgodnie z trendem nauk zaproponowanych przez Pawłowa, a później kierowałem zespołem doświadczalnym pracującym na przewodzie pokarmowym mniejszych gatunków zwierząt, w tym szczurów, myszy i myszoskoczków. Dziś, w dobie tak dużych restrykcji komisji etycznej, oczywiście to nie byłoby możliwe. I choć badania w ten sposób prowadzone bezpowrotnie minęły, nauka Iwana Pawłowa jest wciąż żywa. To właśnie jego badania odruchów warunkowych i bezwarunkowych stanowiły przełom i nadały kierunek rozwoju fizjologii. Można rzec, że ta nauka jest wiecznie żywa, gdyż w oparciu o jego wyniki nadal kształcimy studentów.

Praca była trudna, niekiedy żmudna, ale szybko odkryłem w sobie pasję naukową. Fascynował mnie sposób, w jaki narządy ze sobą współpracują, jak możemy chory organ, szczególnie w obrębie przewodu pokarmowego, poddać korekcie farmakologicznej. Szybko też zrozumiałem, że fizjologia jest obszerną nauką, która się dynamicznie zmienia. Świat przynosi coraz to nowe rozwiązania w fizjologii związane z odkrywaniem nowych hormonów, peptydów i receptorów. Fizjologia rozwija się na równi z medycyną, co widać dobrze na przykładzie Nagród Nobla. A szereg odkryć, jak np. bakterii Helicobacter pylori jako czynnika sprawczego zapalenia, choroby wrzodowej, niekiedy nawet raka żołądka, zrewolucjonizowało poglądy na schorzenia przewodu pokarmowego.


MT: Przełomów było wiele.


T.B.:
Pamiętam je. Wiele lat zajmowałem się cytoprotekcją, co stanowiło też temat mojego doktoratu. Poprzednia koncepcja uszkodzeń żołądka, które prowadziły do rozwoju choroby wrzodowej, uwzględniała nerwizm, czyli wydzielanie kwasu solnego w zwiększonej ilości po pobudzeniu nerwowym. I taki pogląd, od czasów badań Pawłowa, przez lata obowiązywał, wzmocniony dogmatem: Jak nie ma kwasu, to nie ma wrzodu. Konsekwencją tego było chirurgiczne leczenie choroby wrzodowej poprzez wagotomię, czyli przecięcie nerwów błędnych, co miało na celu zmniejszenie wydzielania kwaśnego soku żołądkowego, zniesienie pobudzenia komórek okładzinowych i zmniejszenie ich wrażliwości na działanie gastryny. Był to zabieg mocno okaleczający, istotnie upośledzający inne funkcje trzewne, w tym motorykę i opróżnianie żołądka. Lata praktyki pokazały, że to nie była dobra droga. Badania nad cytoprotekcją udowodniły, że prostaglandyny mają zdolność ochrony komórek błony śluzowej przed działaniem czynników uszkadzających. Udowodniono, że protekcja błony śluzowej jest możliwa bez wpływania na czynności wydzielnicze. Pierwsza praca na ten temat ukazała się w 1979 roku, ale w kolejnych latach okazało się, że cytoprotekcja czy raczej gastroprotekcja to pojęcia uniwersalne, i nie tylko przypisywane prostaglandynom. Miałem szczęście pracować w czasach nowej, rodzącej się koncepcji.


MT: Kolejnym krokiem było przeniesienie tej nauki do badań u ludzi.


T.B.:
Jako młody adept sztuki fizjologicznej wspólnie z innymi znakomitymi fizjologami i późniejszymi kierownikami katedry, m.in. doc. Tadeuszem Radeckim i prof. Wiesławem Pawlikiem, podawaliśmy do żołądka prostaglandyny, a także szereg innych substancji, które, jak się okazało, też mają prostaglandynowy mechanizm. W naszej katedrze powstała koncepcja, by niewielkie ilości czy stężenia powszechnie uważanych za substancje toksyczne związków takich jak roztwory hiperosmotyczne, wysoko procentowy etanol czy też sole żółciowe, które w dużych ilościach powodują rozległe uszkodzenia struktury śluzówkowej, podawać bezpośrednio do żołądka. Paradoksalnie więc próbowaliśmy udowodnić, że niewielkie ilości niskoprocentowych związków hiperosmotycznych, etanolu i soli żółciowych, które podawano do żołądka parę minut przed czynnikami uszkadzającymi błonę śluzową żołądka, mogą mieć korzystne „lecznicze” działanie. Okazało się, że niewielkie ilości każdej z tych substancji, a zwłaszcza etanolu 5-6-proc. czy żółci w niskich stężeniach, chronią błonę śluzową przed uszkodzeniem przed następowo działającym tym samym czynnikiem, np. etanolem 95-proc. czy stężonym roztworem żółci. To były pionierskie prace, które zasadniczo zmieniły nasze spojrzenie na zdolności adaptacyjne żołądka i główne schorzenia przewodu pokarmowego. Badania pochłaniały mnie bez reszty i utwierdzały w przekonaniu, że decydując się na fizjologię, dokonałem właściwego wyboru. W zaciszu pracowni, choć pracowaliśmy ciężko, widzieliśmy efekty naszych zmagań. Trzeba było tylko wyciągać logiczne wnioski z pewnych zjawisk i doświadczeń i przenieść tę wiedzę do kliniki, co stanowiło największą trudność. A każde doświadczenie rodziło nowe pytania. Nasze badania opublikowaliśmy w kilku wiodących pismach amerykańskich. To był 1983 rok. Amerykanie nie mogli się nadziwić, że w takim kraju, w okresie stanu wojennego można prowadzić kompleksowe i nowatorskie badania.


MT: Rezultatem było imienne zaproszenie do odbycia stażu w szpitalu dla weteranów wojennych, jednym z wiodących ośrodków w Kalifornii.


T.B.:
Spędziłem tam dwa lata. Zgodnie z wizją prof. Konturka pojechałem zobaczyć, jak się „robi naukę za granicą”. Wyjazd dał mi bardzo dużo, choć pierwsze trzy miesiące do łatwych nie należały. Praktyka, którą zdobyłem w Polsce, bardzo mi pomogła. Szybko zaadaptowałem się do nowych warunków i poza pracą w laboratorium naukowo-badawczym zajmowałem się też kształceniem amerykańskich rezydentów. Dzięki współpracy z chirurgami gastroenterologicznymi część badań mogłem przeprowadzać na ludzkiej błonie śluzowej.

Po sześciu miesiącach pobytu udało mi się też przedstawić prezentację na zjeździe Amerykańskiego Towarzystwa Gastroenterologicznego. To był wielki sukces, a zarazem ogromny stres. Do dziś pamiętam nieprzespaną noc w hotelu i ćwiczenie każdego szczegółu. Zostałem też uprzedzony, kto z konkurencyjnego środowiska lekarskiego prawdopodobnie będzie moim oponentem, skąd powinienem się spodziewać pytań. I muszę przyznać, że choć zebrałem szereg komplementów, wcale tak dobrze nie wypadłem. Przypuszczam, że dziś byłbym w stanie wygłosić ten tekst znacznie lepiej.


MT: Udało się panu po powrocie do kraju kontynuować badania?


T.B.:
Doświadczenia z USA przeniosłem na polski grunt. Badałem zjawisko cytoprotekcji w warunkach ex vivo, czyli w bardzo trudnej preparatyce, jaką są gruczoły żołądkowe izolowane od zwierząt i ludzi. Skrawki błony ludzkiej i zwierzęcej błony śluzowej będące źródłem izolowanych gruczołów żołądkowych dawały mi możliwość porównania tego, co widzimy w badaniach laboratoryjnych, z tym, co obserwujemy w klinice. Ale żeby prowadzić tak specjalistyczne badania, potrzebowaliśmy środków. O to nie było łatwo – trzeba było aplikować do ówczesnego KBN. Byłem szczęśliwcem, który otrzymał finansowanie, co pozwoliło na prowadzenie wielu eksperymentów badawczych. Ukoronowaniem moich wcześniejszych badań i całego dorobku naukowego była habilitacja w 1993 roku, a później nadanie mi tytułu profesora.

W miarę upływu czasu poprawiały się też nasze możliwości badawcze. Po remoncie katedry dysponowaliśmy już coraz lepszym zapleczem laboratoryjnym, z grantów mieliśmy fundusze na badania. W związku z tym koncentrowaliśmy się nie tylko na czystej fizjologii jak do tej pory, ale zaczęliśmy, zgodnie z tendencją światową, zajmować się badaniami genetycznymi. Stworzyliśmy w katedrze pracownię genetyczną, poszerzyliśmy profil badań o badania ekspresji genowej różnych czynników fizjologicznych i patologicznych. Nie zarzucając kontaktów amerykańskich, zaczęliśmy też blisko współpracować z ośrodkami niemieckimi, w których odbyłem kilka krótkich, kilkumiesięcznych staży. Nasze badania dotyczyły przewodu pokarmowego, a głównie choroby refluksowej, choroby wrzodowej i zapaleń jelit. Badaliśmy bioptaty błony śluzowej pod kątem wielkości sygnału na poziomie ekspresji kwasów nukleinowych i białka. Na tej podstawie ocenialiśmy skuteczność farmakoterapii. W ten sposób poszerzyliśmy naukę zgodnie z do dziś obowiązującym trendem światowym.


MT: Przełożenie takich badań na klinikę jest bardzo trudne.


T.B.:
Rzeczywiście, to zawsze najtrudniejszy moment i wymaga lat ciężkiej pracy, by daną metodę sprawdzić, poprawić i implementować. Ale w tym przypadku dość szybko okazało się, że przydatność badań genetycznych jest ogromna. Mając na przykład geny odpowiedzialne za wzrost czy to błony śluzowej, czy też przepływu naczyniowego w przewodzie pokarmowym, który poprawia gojenie i uczestniczy w protekcji błony śluzowej, możemy lepiej zaplanować terapię. Ten trend, który rozwinął się w naszej katedrze i który mam przyjemność rozwijać po dziś dzień ze swoim wspaniałym zespołem, wpisuje się w charakter medycyny translacyjnej, która prowadzi od pulpitu doświadczalnego do kliniki.