Dostęp Otwarty

Seks - piękny fundament

Wywiad z prof. dr hab. med. Zbigniewem Lew-Starowiczem

Wielka Interna

 W swoim rozdziale w tomie „Kardiologia” pisałem o kardioseksuologii, czyli połączeniu dwóch szalenie dynamicznie rozwijających się specjalizacji medycyny. Obecnie dzieje się tak w różnych dziedzinach. Pisałem o lękach pacjentów kardiologicznych, którzy obawiają się uprawiania seksu, ponieważ boją się - niepotrzebnie - „słodkiej śmierci”. Nie jest też prawdą, że stosunek seksualny to duży wydatek energetyczny. Nic bardziej mylnego. W rzeczywistości spalamy w jego trakcie zaledwie dwie jednostki MET, co określiłbym obrazowo jako odpowiednik wejścia na drugie piętro. Pacjenci kardiologiczni bali się zażywać leki poprawiające erekcję. Na ich temat krążyły niesprawdzone informacje, m.in. że pogarszają krążenie. Jest odwrotnie. Chorych na serce powinny uspokoić dane, że podobne leki zażywają dzieci w nadciśnieniu płucnym i nic złego się nie dzieje. O tym należy informować pacjentów

 

O początkach seksualnej emerytury, najnowszych badaniach i obawach, które niesie za sobą cyberseks, rozmawiamy z prof. dr. hab. med. Zbigniewem Lew-Starowiczem, krajowym konsultantem w zakresie seksuologii 

MT: Jest pan najbardziej rozpoznawalnym seksuologiem w kraju. Czy taka ocena to dla pana obciążenie, czy przyjemność? 
PROF. ZBIGNIEW LEW-STAROWICZ: Z tym faktem wiążą się plusy i minusy. Na przykład wchodzę do lokalu, gdzie nie ma miejsc, ale zaraz się coś znajduje. Albo naprawiają mi samochód szybciej, niż zapowiadali. Kiedyś nie zapłaciłem mandatu, bo policjant mnie lubił i jedynie pogroził palcem. To naprawdę miłe, kiedy ludzie uśmiechają się do mnie - głównie kobiety. Niedawno w centrum handlowym ochroniarz chciał uścisnąć mi dłoń, dziękując, że mu pomogłem. To ułatwia życie. Jednak nie zawsze wzbudzam sympatię. Część osób patrzy na mnie wilkiem, głównie ze względu na moje poglądy, wykrzykuje, że niszczę polską rodzinę. Ale da się to przeżyć. Gorsze bywa obciążenie psychiczne i moralne, kiedy pacjent mówi: „Jak pan mi nie pomoże, to już nikt mnie nie uratuje”. Traktowanie mnie jak ostatniej deski ratunku nie jest luksusową sytuacją, bo wtedy ciąży na mnie, jako na lekarzu, olbrzymia odpowiedzialność. A niekiedy rzecz sprowadza się zaledwie do tego, że ktoś ma problemy i z żoną, i z kochanką, więc liczy na to, że kontakt ze mną pomoże mu wybrać właściwą partnerkę. 

MT: Dlaczego zajął się pan tą specyficzną dziedziną? 
Z.L.-S.: Na początku kariery zawodowej seksuologia nie była moim celem. Najpierw dążyłem do psychiatrii i psychoterapii, poza studiami medycznymi studiowałem też psychologię. Jednak w tym wszystkim dostrzegłem lukę - właśnie w zakresie życia intymnego. Studentów nikt nie edukował w tej dziedzinie, nikt też nie pytał pacjentów o problemy z seksem, chyba że byli hospitalizowani z różnych powodów. Postanowiłem tę tematykę włączyć do psychiatrii i psychologii, bo przecież one się ze sobą ściśle wiążą. Dopiero z tych trzech pól działania wyłoniła się seksuologia jako dominująca w mojej pracy. Z tej perspektywy społecznej jestem najbardziej rozpoznawalny, może dlatego, że często występowałem w mediach, mówiłem o seksie publicznie. Zaczęto mnie utożsamiać z seksuologią i jestem z tego zadowolony. W czasach, kiedy zacząłem się nią zajmować, pukano się w czoło, pytano, co ja w ogóle robię, co to za dziedzina wiedzy, czy to nie jakaś szarlataneria. Niektórzy uważali, że to tylko psychologia. A teraz cieszę się, że mamy kadrę seksuologów i w końcu seksuologię uznano za dziedzinę medycyny. Jestem dumny, że tak się stało i że w jakiś sposób się do tego przyczyniłem. 

MT: A co pan uważa za swój największy sukces jako lekarza? 
Z.L.-S.: Za sukces uważam to, że seksuologia w ogóle się utrzymała. Miała kiedyś być skreślona z listy specjalizacji lekarskich, było to już nawet przygotowane! Następnym sukcesem jest fakt, że powstał nadzór specjalistyczny, obejmujący województwa, działają konsultanci wojewódzcy, powstała struktura organizacyjna. Na pewno mam też bardzo duży udział w powstaniu towarzystw naukowych, bo gdy zaczynałem być seksuologiem, nie było jeszcze żadnego towarzystwa naukowego, zaledwie sekcja. A teraz istnieje Polskie Towarzystwo Seksuologiczne, które ma kilkuset członków, oraz Towarzystwo Medycyny Seksualnej, zrzeszające wyłącznie lekarzy. Utworzyłem ośrodek naukowy na wydziale psychologii i duży ośrodek w Centrum Medycznym Kształcenia Podyplomowego. W sensie naukowym za sukces uważam napisanie ponad stu książek i kilkuset artykułów. A w sensie czysto lekarskim cieszy mnie świadomość, że wielu ludziom pomogłem, lecząc ich z dysfunkcji seksualnych, pomagając wybrnąć z kłopotów, patologicznych związków, nieszczęśliwych układów małżeńskich. Patrząc na swoją pracę z perspektywy lat, widzę, że dzięki lekarzowi wiele osób może mieć - i ma - udane życie seksualne. Od początku działalności zawodowej zawsze miałem kontakt z pacjentami, nigdy nie siedziałem za biurkiem. Teraz wprawdzie przyjmuję trzy razy w tygodniu, ale kiedyś pracowałem tak przez cały tydzień, a więc diagnozowałem 50 osób tygodniowo. Jeśli pomnożyć tę liczbę przez lata pracy, są to tysiące pacjentów. To też daje niemałą satysfakcję. 

MT: Jak w czasie pana kariery zawodowej zmienił się sposób mówienia o seksie? Jeśli tak, to jaki wkład przypisuje sobie pan w tę zmianę? 
Z.L.-S.: Kilkadziesiąt lat edukacji seksualnej zrobiło swoje. Podliczyłem, że łączne nakłady moich książek wyniosły 800 tys. Była to spora promocja seksu w Polsce, a ściślej - promocja zmiany sposobu myślenia o nim. Te tematy przestały wiązać się z sensacją, zaczęto je traktować normalnie, a seksuolog zaczął być postrzegany tak samo jak każdy inny specjalista medycyny. W tym wszystkim bardzo pomogły media, książki Michaliny Wisłockiej, Mikołaja Kozakiewicza, audycje telewizyjne. 

MT: Ale część starszego pokolenia ciągle dystansuje się do spraw seksu - stara się wykluczyć je ze swojego życia. To trudni pacjenci. 
Z.L.-S.: Oni przeszli na seksualną emeryturę i to zupełnie niepotrzebnie. Jeżeli osoby sześćdziesięcio-, siedemdziesięcioletnie lubią seks i są w tej sferze aktywne, będą na ten temat rozmawiać. W naszej populacji jest ich wiele. Natomiast nie będą chcieli słyszeć o tych sprawach ci, którzy się już wycofali i dlatego seks ich drażni. Może wynika to z nudy w ich związku lub z choroby. Na przykład mają cukrzycę albo biorą leki na nadciśnienie i nie wiedzą, czy mogą bezpiecznie współżyć. Tymczasem niezależnie od tego, co się z nami dzieje, utrzymanie aktywności w tej sferze życia wpływa na poprawę zdrowia, służy długowieczności. To potwierdzają światowe badania naukowe: jest to znakomity trening układu krążenia, układu oddechowego, ćwiczenie dla całego organizmu, przywracające radość życia. Towarzysząca mu chemia działa przeciwdepresyjnie. Następuje poprawa odporności. A jednocześnie seks stanowi piękny fundament istnienia dla każdego związku. Jego dobroczynne działanie, począwszy od poziomu biochemicznego, a skończywszy na relacjach międzyludzkich, jest bardzo dobrze udokumentowane. Mamy dowody, że seks ma w życiu człowieka prozdrowotne działanie.

MT: Czy w pana kilkudziesięcioletniej pracy lekarskiej zdarzały się sytuacje trudne, które pana przerosły, zaskakiwały? 
Z.L.-S.: Pamiętam, że w jednej z książek opisywałem zaburzenie o nazwie Koro. To zespół lękowy, w którym pacjent jest przekonany, że jego narządy są wsysane do jamy brzusznej, co spowoduje jego śmierć. Nie miałem też wcześniej pojęcia o seksomii, czyli zespole Morfeusza, który polega na podejmowaniu w czasie snu aktywności seksualnej takiej, jakiej nie ma na jawie. Teraz nie bywam już tak zaskoczony. Postęp wiedzy jest niebywały i ciągle pojawiają się nowe odkrycia, na przykład na temat kobiecej anatomii i fizjologii seksualnej. Zaskakuje mnie jednak, że seks znalazł się w tyglu wojny politycznej. Mamy spór wokół gender. Na ten temat wypowiadają się politycy, a my - lekarze i naukowcy - jesteśmy w to wciągani. Wszyscy oczekują, że Starowicz opowie się po którejś ze stron, by potem mnie z tego rozliczać. 

MT: W przeszłości, w jednym z wywiadów powiedział pan, że homoseksualizm można leczyć. 
Z.L.-S.: Rzeczywiście, przyznaję, tak kiedyś mówiłem, ale się z tego wycofałem, bo zmieniła się wiedza na ten temat. Kiedyś homoseksualizm był w międzynarodowej klasyfikacji lekarskiej wymieniony jako choroba. Więc i pacjenci przychodzili i prosili o leczenie, którego udzielałem zgodnie z ówcześnie obowiązującymi standardami. Nie wciągałem ich na siłę do swego gabinetu, nie mam więc w związku z tym poczucia winy. Takie sytuacje zdarzają się w każdej specjalizacji, bo nauka ciągle się rozwija.

MT: Nad czym pracuje pan obecnie? 
Z.L.-S.: Razem z moimi kolegami z Zakładu Seksuologii Medycznej i Psychoterapii przy CMKP w Warszawie najwięcej uwagi poświęcam pedofilom. Jednak na razie jestem na etapie zbierania informacji i trudno mówić nawet o wstępnych wynikach. Kończy się jeden grant poświęcony seksualności u kobiet z nowotworami piersi. Opracowanie na ten temat ukaże się w przyszłym roku. Obecnie na wydziale rehabilitacji na AWF prowadzę zakład, który zajmuje się badaniami nad rehabilitacją seksualną osób niepełnosprawnych, po zawałach, z chorobą Alzheimera, Parkinsona. Poza tym mam pomysły na dwa kolejne granty, ale żeby je dostać, należy wygrać konkurs. Nie chcę się zatrzymywać w pracy naukowej. Seksuologia funkcjonuje na pograniczu prawie wszystkich specjalizacji medycznych, dlatego naprawdę jest nad czym pracować. Sądzę, że nie wystarczy mi życia na wszystkie badania z nią związane. 

MT: Dokąd zmierzają przemiany w seksualności? 
Z.L.-S.: Obserwuję u wielu młodych mężczyzn, że bardziej atrakcyjna staje się dla nich masturbacja z udziałem pornografii internetowej, niż seks z realną partnerką. Wyobraża pan sobie, co będzie się działo, jak zawita do nas cyberseks? Zakładając na głowę hełm ze specjalnymi okularami, będzie można zmaterializować wszelkie fantazje w trójwymiarze i to nie wychodząc poza swój pokój. To dopiero będzie nieskończona możliwość stymulacji wyobraźni. Taka samowystarczalność seksualna może stać się bardziej atrakcyjna niż ta w związkach. Powstaną inne typy relacji, będzie ich większe zróżnicowanie. Pojawią się związki kontraktowe, czyli takie na kilka lat, z możliwością przedłużenia na kolejne lub zakończenia. Jedno jest pewne: nie zginie instynkt macierzyński. 
 

Rozmawiał Ryszard Sterczyńsk