Dostęp Otwarty

Felieton

Co gryzie profesora Wciórkę?

Small 4133

W uznanych czasopismach międzynarodowych z coraz większą częstością i coraz bardziej wyrazistą intencją krytyczną pojawiają się od jakiegoś czasu teksty przepowiadające zmierzch schizofrenii, owego „świętego symbolu psychiatrii”. Nie towarzyszy im już obrazoburcze zacietrzewienie charakterystyczne dla niegdysiejszej krytyki antypsychiatrycznej, lecz raczej troska o przyszłość opieki psychiatrycznej, o nowe rozwiązania kliniczne i o postęp badań naukowych. Krytyka podejmuje kilka wątków.

Po pierwsze, w obecnie uzgodnionej postaci, diagnoza schizofrenii z trudem definiuje swą kliniczną zawartość. Jest zbyt ciasna, by sensownie ująć różnorodność wtłaczanych do niej ludzkich kryzysów. Stąd kolejne próby uzgadniania użytecznej klinicznie definicji diagnostycznej – poprzez poszukiwania trafnych rang, proporcji lub wymiarów klinicznego prototypu choroby. Ale diagnoza jest też zbyt luźna, by sprostać wymogom zaawansowanych badań patogenetycznych. Stąd zapewne ów szalony, nozograficzny taniec badaczy szukających pomocy już to w wąziutkich mikrofenotypach, już to w rozlewających się spektrach, już to w krzyżujących się ujęciach transdiagnostycznych.

Po drugie, choć od dawna dyskutowana, coraz bardziej oczywista wydaje się konstatacja, że schizofrenia nie jest bytem jednostkowym ani realnym, lecz tylko nazwą, hipostazą niezbyt udatnie określającą nader różne ludzkie cierpienia, różniące się i fenomenologicznie, i patogenetycznie.

Po trzecie, nazwa ta niesie w sobie znaczenia na tyle niejasne i niezrozumiałe, że staje się coraz trudniejsza do ogarnięcia przez fachowców, ale jest zupełnie nieczytelna dla laików, którzy z tego powodu ignorują ją lub posługują się emocjonalnymi uprzedzeniami oraz poznawczymi stereotypami przylepionymi do niej na przestrzeni dziesięcioleci jej semantycznego rozwoju.

Po czwarte, określenie to z powodzeniem wymyka (wymknęło) się swoim użytkownikom, stając się urzeczowionym niby-bytem, złudzeniem, obdarzonym jednak w praktyce kliniczno-społecznej sporą mocą rażenia. Wykorzystana jako motyw naznaczania i piętnowania osób, może deformować indywidualne losy, dzielić i przeciwstawiać sobie ludzi, poniżać ich i dyskryminować, a nawet wykluczać ze wspólnoty.

Po piąte, wspomniane znaczenia i konotacje „schizofrenii” mogą stanowić przeszkodę w postępowaniu klinicznym i pomocnej organizacji systemu opieki psychiatrycznej. Wielu potrzebujących opóźnia kontakt z leczeniem lub unika go. Wielu innych nie respektuje zaleceń, lub nawet się im wytrwale przeciwstawia, traktując pomoc jako opresję.

Propozycje idą nie tylko w kierunku eliminacji (dekonstrukcji) pojęcia schizofrenii lub jego gruntownej reformy (rekonstrukcji), bądź zmiany nazwy na bardziej zrozumiałą, a mniej stygmatyzującą i deprymującą (np. zespół uwrażliwienia psychotycznego, zaburzenie spektrum psychotycznego, zespół dysregulacji wyróżniania), ale także w kierunku bardziej generalnej zmiany nastawienia profesjonalnego, dostrzeżenia nie tylko wąsko ujętej patologii, ale i szerszego kontekstu chorowania, zdrowienia oraz udzielania pomocy.

Czy ten ruch sygnalizuje rzeczywistą możliwość zmiany paradygmatu schizofrenii, czy ma tylko wartość przemijającego powiewu naiwnej jego krytyki? Cierpienia wpisywane do schizofrenii dotykają wielu dość podstawowych wartości egzystencjalnych, ważnych nie tylko dla cierpiących, ale i dla tych, którzy starają się im pomagać. Takie pojęcia długo bronią swych pozycji, zakorzenionych przecież w praktyce społecznej i kulturze.

Z moich obserwacji wynika, że choć niektórym pacjentom odpowiada paradygmat medyczny, z wieloma łatwiej rozmawiać o pomocy w kryzysie psychotycznym, niż o leczeniu schizofrenii – nawet wtedy, gdy oba podejścia wymagają podobnych działań. Myślę więc, że pacjenci po schizofrenii płakać nie będą. Płakać będą pewnie bywalcy i prześmiewcy medialni, chętnie boksujący innych schizofrenią.

A psychiatrzy? Czy mogliby żyć i działać bez jej „autorytetu”?

Prof. dr hab. med. Jacek Wciórka