Dostęp Otwarty

Felieton

Co gryzie profesora Wciórkę?

Prof. dr hab. med. Jacek Wciórka

Small 4376

Ze zdumieniem i rosnącym przygnębieniem czytałem wywiad ze znanym filozofem, etykiem i wykładowcą akademickim na temat wartości życia. Tym razem wywód nie dotyczył wartości życia nienarodzonych dzieci ani osób w podeszłym wieku. Dotyczył liczniejszej grupy „nieudaczników” i „nieszczęśników”, a wśród nich osób chorujących psychicznie. Analizowano zwłaszcza przykłady osób pogrążonych w patologicznym hazardzie i doświadczających depresji. Pytania prowadzącego rozmowę dziennikarza drążyły jednak temat w kierunku, który sugerował objęcie dyskusją wszystkich osób chorych psychicznie. Rozważano, czy w stanach tak „beznadziejnych”, jak wymienione, ale i w innych zaburzeniach psychicznych, gdy „nie ma zgody na takie życie”, lekarz może porzucić zasadę niepodważalnej wartości życia na rzecz ważenia jego jakości, czyli mówiąc dosadniej – sprzeniewierzyć się bezwzględnemu nakazowi ratowania życia pacjenta. W praktyce oznacza to zgodę na aktywny udział lekarza w terminacji życia (eksterminacji?!), realizowaną w postaci eutanazji, wspomaganego samobójstwa albo po prostu sui generis zabójstwa.

Oczywiście w wywiadzie nie namawiano do sprzeniewierzania się prawu czy nakazom etycznym, lecz rozważano dopuszczalność wartościowania życia – to lepsze, to gorsze, a tamto całkiem bezwartościowe. W tym ostatnim przypadku – „życia niewartego życia” – etyk skłonny był przyzwolić na zakwestionowanie prawa zakazującego odbierać życie, przewrotnie wkładając ten fragment swej wypowiedzi w usta lekarza: „Jednak mogę sobie wyobrazić, że w jakichś szczególnych i bardzo wyjątkowych okolicznościach uznałbym, że wolno mi to prawo złamać, i zrobię wszystko, by mnie na tym nie przyłapano”. Zwłaszcza zakończenie tego pseudocytatu wydaje się zmieniać egzystencjalny dramat w sprytny trik z gatunku tych, których pełna jest kultura współczesnych elit.

Być może czasy są dziś takie, że łatwiej niż kiedyś znajdują się lekarze gotowi do takich decyzji. Przykłady z wielkiego świata uczą, że tak bywa. Być może łatwiej dziś też taką decyzję w sensie technicznym (np. przez naciśnięcie dźwigni) i semantycznym (np. poprzez nazwanie jej procedurą) oswoić i wprowadzić w czyn, odczłowieczyć, oddzielić od jej egzystencjalnego i aksjologicznego kontekstu. Czy jednak oznacza to usunięcie doniosłego i nieodwołalnego sensu takiej „terminacji” życia?

Wielokrotnie spotykałem i ciągle spotykam cierpiących, których sytuacja życiowa i stan zdrowia spełniają zaproponowane w wywiadzie kryteria „życia niewartego życia”. Lecz nawet w przypadkach skrajnej determinacji, wyrażonej zwątpieniem w sens swego życia, widzę u nich zawsze oczekiwanie, że jako lekarz nie poddam się temu zwątpieniu i nie zlekceważę tlącej się nadziei. Chodzi przecież najczęściej o stany odwracalne, a moją rolą jest niesienie tym cierpiącym ulgi i pomocy, a nie wysyłanie ich w śmierć. Oni to wiedzą i na to liczą.

Chorujący psychicznie już nieraz w historii stawali się ofiarnym kozłem społecznych kalkulacji i egoizmu. Zastanawia więc, skąd dziś ta gotowość do powielania stereotypów na temat osób doświadczających zaburzeń psychicznych, do podawania w wątpliwość wartości ich życia, do kuszenia sumień lekarskich przyzwalaniem na przepisywanie śmierci? Czy takie transgresje budują czy niszczą zachwalany w wywiadzie kapitał społeczny? A może ten kapitał miałby należeć tylko do tych, co „mają przyjaciół, kontakty i liczne umiejętności”, ale już nie do tych, „co żyją z dnia na dzień” i „trzeba ich pilnować jak małe dzieci”? Może życie przestaje być powszechnym prawem, a staje się przywilejem wybranych?

Czy rozdyskutowanym rozmówcom zadrżałaby ręka, gdyby to im, właśnie im polecono bezpośrednio wykonanie procedury uwalniającej „nieszczęśników”, „nieudaczników” i chorujących psychicznie od ich „nic niewartego życia”? Sprowadzenie śmierci bezpośrednio, własnymi rękoma, na własny rachunek, ze wszystkim konsekwencjami, bez łamania sumień przymuszanych do tego pośredników, lekarzy?